Chyba przerzucimy się z końca na początek. Tak, to całkiem dobre.
Chyba. Zauważyłam też moją tendencję do wciskania Spółki Popierdolonych Artystów gdzie się da. Trudno. Hizaki jest na tyle barwną postacią, że można z nim zrobić wszystko. Dosłownie.
Dodam, że pisałam w środku nocy, więc wybaczcie wszelkie błędy.
Mniejsza. Oto opowiadanie otwierające serię inspirowaną disneyem. W celu zachowania głównej merytoryki bajek zachowałam wątek miłosny. Witam w świecie gejozy według Koro.
Powitajcie najbardziej zryte fanfiction o Gazetto w sieci.
Ślicznie dziękuję za taką ilość komentarzy pod poprzednim wpisem. Cieszyłabym się niezmiernie, gdyby ten poziom się utrzymał, bo miło jest coś czytać. Dajcie znać, czy pisać tego więcej, czy raczej sobie odpuścić. Wiecie, akcja-reakcja.. Hehe. Okej, Już się zamykam, bo przed Wami jedno z dłuższych opowiadań na tym blogu. Miłego czytania ^^
______________________________________________________
Dawno, dawno te… Dawno?
W tym sęk, że nie było to wcale tak
dawno. Po prostu z przyzwyczajenia zaczynam tak gadać, bo wszystkie historie,
jakie opowiadał mi ojciec w dzieciństwie charakteryzowały się tym, że początek
miały identyczny. Kiedy byłem bardzo małym trytonem nie przeszkadzało mi to tak
bardzo, ponieważ uwielbiałem, gdy coś mi opowiadał. Jednak z upływem lat
zaczęło mnie to nudzić i skupiałem się na wszelkich niedociągnięciach. Ach, ten
zmysł perfekcjonisty…
- Kouyou! Ileż mam cię prosić,
żebyś opuszczał deskę jak wychodzisz z kibla? – wrzasnęła moja siostra.
Wywróciłem oczami.
- Przecież opuściłem… -
odpowiedziałem. Zawsze musiała się do czegoś doczepić. Właśnie ona była naszą
największą udręką. Jedna, jedyna syrena w rodzinie. Mimo, że Ruki był do niej
całkiem podobny, to i tak nie był aż tak irytujący. Żyliśmy pod wodą, w końcu
się odmoczy.
- Uruha, zrobiłeś mi syf na
łóżku!
No dobrze. Jednak Ruki też był wkurzający.
Popłynąłem na miejsce popełnionej przeze mnie zbrodni i oparłem się o stary
koralowiec. Ten mały pryszcz pływał sobie od jednego rogu pokoju do drugiego,
nosząc jakieś rzeczy i zamykając w skrzyniach. Cały czas nie rozumiałem tej
chorej grawitacji, która panowała w naszym domu. W całym królestwie wszystko –
prócz tego że pływaliśmy w wodzie – było jak na lądzie.
- Nie pruj się, bo obudzisz
Masashiego. A on ci nie daruje. – uśmiechnąłem się diabelsko i zrzuciłem na
podłogę jakiś pojemnik z jego komody. Mały wyglądał jakby miał zaraz
eksplodować ze złości. Zaśmiałem się pod nosem i szybko opuściłem pokój.
Okazało się, że jednak byłem w błędzie, bo Masashi wcale nie spał. Z jego
pokoju nie dochodziło dzikie chrapanie, a ten jego futrzasty stwór z akwarium
na głowie dryfował sobie bezwładnie wokół mnie. Pomiziałem go po brzuszku i
zaśmiałem się. Przez nieuwagę uderzyłem w coś twardego. Otrząsnąłem się i
spojrzałem na przeszkodę. Przeszkoda miała szerokie barki, kruczoczarne włosy
i… różowy ogon mieniący się srebrzystymi, pojedynczymi łuskami. Czyli to, czego
Masashiemu tak bardzo zazdrościł Ruki i to, czego brunet tak bardzo
nienawidził.
- Cześć, Masaś – wyszczerzyłem
się. Ciemnowłosy złapał kota za ogon i przyciągnął do siebie, mijając mnie z
kamiennym wyrazem twarzy. Zmierzał do pokoju Rukiego. Czyli jednak go obudził.
Zmyłem się z miejsca zdarzenia jak najszybciej się dało. Po drodze natknąłem
się na moich pozostałych braci – Yukiego i Zina. Chyba właśnie robili sobie
zawody w puszczaniu bąków. Wolałem nie wnikać. Zależało mi tylko na tym, żeby w
końcu znaleźć ojca, którego nie było nigdzie. Zatrzymałem się i popatrzyłem na
podłużny przedmiot wciągany do jakiegoś pokoju. Zaciekawiony podpłynąłem do
niego. Nieco rozmoczona, złota rzecz, który była kwintesencją tmoich wyobrażeń
na temat tego, o czym kiedyś opowiadał mi Kaoru, czyli właśnie ta osobistość,
która tak ciężko pracowała.
- Czy to ta bagażniczka? –
zapytałem, patrząc jak krab z wielkim wysiłkiem wciągał przedmiot do swojej
kanciapy.
- Bagietka, Kou, bagietka. –
poprawił mnie. – Mógłbyś pomóc starszemu, a nie.
Wyrwałem się z transu i podniosłem lekką bagietkę, wnosząc ja do pokoju i
stawiając pod ścianą. – Dziękuję. – krab westchnął przeciągle.
- Widziałeś gdzieś może tatę?
- Yoshiki? Wydaje mi się, że
śpi…
- Śpi, powiadasz…
- Nawet o tym nie myśl!
Jego krzyk brzmiał dla mnie już jak niemalże nieme echo. Wystrzeliłem w czeluści
oceanu niemalże jak z procy. Po drodze dołączył się do mnie Teru – mój
zaprzyjaźniony delfin. Wypłynęliśmy na powierzchnię. Przysiadłem na skale,
chowając ogon za jedną z nich. Tak najlepiej obserwowało się to wszystko.
Ludzi, mewy, słońce. Oparłem głowę na skale i zacząłem wyplątywać z włosów
jakieś muszelki. Zawsze się wkręcały. Zawsze. I nigdy nie umiałem ich
wyciągnąć. W efekcie mógłbym założyć na głowie hotel dla ślimaków.
- Pięknie tu, prawda? – westchnąłem,
układając się wygodnie na skale.
- Prawda. – odpowiedział Teru.
Chwila. To wcale nie był Teru. On miał inny głos.
- Teru?
- Pudło. – głos zaśmiał się
cicho. – Mam na imię Yuu.
Wydarłem się głośno, widząc przed sobą ryj tego człowieka. Wielkie wary, nos i
fryzura na Tarzana po prostownicy. Schowałem ogon pomiędzy skały i odchyliłem
się nieco do tyłu.
- Spokojnie, śliczny. Powiedz
lepiej, co tu robisz. – zapytał. Przyglądałem się mu, zapominając o mruganiu.
- S-siedzę… - zająknąłem się. Po
całym czasie, jaki przeznaczyłem na wgapianie się w niego stwierdziłem, że był
całkiem przystojny.
- Oj, zajechało rybą… - brunet
skrzywił się i usiadł po drugiej stronie kamienia.
- SSAKIEM! – fuknął Teru. Wyskoczył
z wody, a w locie trzepnął Wielką Warę przez łeb ogonem, co spowodowało że obaj
znaleźli się w wodzie, a raczej pod wodą. Skoczyłem za nimi, łapiąc człowieka i
widząc, że się krztusi, odruchowo zacząłem ciągnąć do królestwa. Po kilku
metrach zorientowałem się, że oddychanie pod wodą ludziom nie wychodzi
najlepiej i już nieprzytomnego wyciągnąłem go na powierzchnię. Położyłem go na
piasku.
- Teru… Co zrobimy jak on nie
żyje?
- Zakopiemy. – odparł delfin,
zanurzając się z powrotem.
Pochyliłem się nad Yuu i zauważywszy, że nie oddycha już rozchylałem jego usta.
Podstawy pierwszej pomocy miałem… głęboko w nosie. Zbliżyłem swoje usta do jego
i już miałem wykonywać pierwszy wdech, kiedy brunet zaczął kaszleć.
- Yuu, słyszysz mnie? –
zapytałem, potrząsając lekko jego ręką. Odpowiedział mi atak kaszlu. Mężczyzna
podniósł się do siadu i wypluł mnóstwo wody. Z tego wszystkiego zapomniałem, że
siedzę obok człowieka na piasku i nie zasłaniam przy tym ogona. Zlustrował mnie
spojrzeniem i zemdlał.
- Kurwa… - bąknąłem pod nosem.
Uderzyłem go w twarz po przeciwnej stronie do tej, gdzie trafił Teru. Niestety,
nie poskutkowało.
- Kouyou, nie wyrażaj się tak.
Podskoczyłem ze strachu, usłyszawszy niski głos Kaoru za plecami. Czy on zawsze
musiał się tak bezszelestnie skradać? Wszedł na stopę ciemnowłosego i przyjrzał
mu się dokładniej.
- Kiedyś się uczyłem, że ludzie
mają taki punkt, którego ból powoduje że się budzą i bardzo głośno krzyczą… -
zastanowił się przez chwilę. Wlazł pod materiał okrywający nogi mężczyzny i
powędrował do miejsca, gdzie jego tułów rozszczepiał się na dwie części tworząc
dwa wyrostki umożliwiające mu chodzenie. Usłyszałem chrzęst szczypiec Kaoru, a
Yuu zaczął wrzeszczeć w niebogłosy. Zdezorientowany usiłowałem go uspokoić,
więc w miejsce, gdzie niedawno był Kaoru przyłożyłem mu pięścią. W skutku znów
stracił przytomność. Wkurzyłem się. Policzkowałem go raz za razem z pasją godną
wykonywania zajęcia, które raczy największą przyjemnością.
- Ile można, do cholery, mdleć!?
– warknąłem. Zauważyłem, że otwiera oczy. – W końcu. Mięciutki jesteś. Ile
można tracić i odzyskiwać przytomność? To twoje hobby?
- Już, uspokój się…
Dłonią przesunął po moich łuskach w miejscu, w którym skóra zmieniała swoją
strukturę. Drgnąłem i już chciałem uciekać w popłochu. On jednak objął mnie i
przytrzymał przy swoim ciele. Dziwnie ciepłym. Pod wodą wszystko było chłodne.
Spodobało mi się to, więc prawie przykleiłem się do niego.
- Ty jesteś… Syreną? – zapytał ze
zdziwieniem.
- Jasne… Mam na imię Ariel i
szukam swojego księdza. – prychnąłem sarkastycznie.
- Chyba księcia.
- Wal się. Nie jestem syreną. Syreny
to babsztyle z zadem jak karp. Ja jestem trytonem. Trytony to na twój mały
rozumek takie męskie syreny. – odparłem.
- Ciekawe. Jesteś zimny.
- Gadasz! To wcale nie
dlatego że trzydzieści lat przeżyłem w oceanie! – parsknąłem.
- Czemu się do mnie
przytulasz?
- Bo nie jesteś mokry, zimny
ani oślizgły.
- To chyba dobrze? – zapytał,
wyjmując z moich włosów jakąś muszelkę. Może w końcu uda mi się pozbyć
wszystkich.
- Też tak myślę.
Popatrzyłem na wcześniej poobijane przeze mnie miejsce. Ruszało się….
Kaoru!
Korzystając z tego, że brunet zajął się moimi włosami, powoli zacząłem
orientować się jak uwolnić kraba uwięzionego tam, gdzie światło nie dociera. W
pewnej chwili Yuu odskoczył do tyłu, sprawiając, że upadłem na piasek.
Odskoczył ode mnie i patrzył na mnie przerażony.
- Co ci?
- Wyskoczyłeś z morza. Bijesz
mnie, potem się przytulasz a teraz obmacujesz! Co to za popieprzony sen?! –
jazgotał.
- Żaden sen. Masz tam kraba i
po prostu chciałem ci go wyjąć…
- Kraba?!
- WĘGORZ! SPŁYWAJ, OKRUTNIKU! –
zapiszczał Kaoru, intensywniej wiercąc się pod materiałem okrywającym nogi
ciemnowłosego, który podskoczył i zaczął piszczeć. Uciął go na sto procent. Ale
węgorz? To ludzie przechowują między nogami morskie stworzenia? Tego bym nie powiedział, ale wszystko było
możliwe. Może ludzie są po prostu niedorobionymi syrenami i trytonami, którym
stwórca wpakował jakąś rybę między nogi,
bo nie zdołał ich całkowicie nią zastąpić? Jakby moich rozważań było mało, Yuu
zrzucił z siebie ten przeklęty materiał i uwolnił przeklinającego na wszelkie
możliwe sposoby Kaoru. Krab przydreptał do mnie i wspiął mi się na ramię,
chowając się we włosach.
- Nienawidzę węgorzy. Są
ohydne. – bąknął mi do ucha. – Wyglądają jak bagietki, ale nimi nie są i to
jest w nich najgorsze.
- Oj, nie dramatyzuj.
- Te, Wielkousty. To tam… To
takie są wasze genitalia? – zapytał. Zakryłem twarz dłonią, uderzając się w
czoło. Kaoru miał przecudowne wyczucie chwili i sytuacji.
- Kouyou… Co tu się dzieje?!
Dlaczego ten krab mówi?! – piszczał brunet.
- Ty też mówisz i nikt nie
narzeka. – wywróciłem oczami.
- Ale ja jestem normalny!
- Tak jak my. Uspokój się, Yuu.
– bąknąłem. Mężczyzna nieśmiało podszedł bliżej i usiadł na skale.
- Mógłbyś mi pomóc dostać się
do wody? Jestem cały w piasku…
Wykonał moją prośbę i przysiadł na brzegu. Podziękowałem kulturalnie i
uśmiechnąłem się szeroko. Spodobał mi się ten człowiek. Nagle na morzu pojawiły
się fale. To był znak.
- Muszę wracać. Spotkajmy się
jeszcze kiedyś. – uśmiechnąłem się i już miałem się odwracać, kiedy Yuu złapał
mnie za rękę.
- Jeśli nie jesteś snem, to
będę tutaj codziennie.
- Przynieś mi świeżą bagietkę. –
rozkazał Kaoru, wyłaniając się spomiędzy moich włosów.
Jakiś czas później byliśmy już w
domu.
Zdałem sobie sprawę, że byłem
jakoś nienaturalnie szczęśliwy. Cudowne uczucie, sardynki w brzuchu i wieczny
uśmiech, który był całkowicie niemożliwy do zdjęcia z twarzy. I tak mijały dni.
Codziennie bywałem na powierzchni, wyczekując Yuu. Jednak przez trzy dni nie
było go widać. Wróciłem zrezygnowany do domu. Kiedy zauważyli mnie moi bracia –
Yuki i Zin – wiedziałem że przed nimi smutku nie ukryję.
- Kou, a tobie co? – zaczął szatyn,
obejmując mnie ramieniem.
- Gdy ci smutno, gdy ci źle… - zaczął
Zin.
- Wypuść z zadu bąble,
uśmiechnij się! – dokończył Yuki, uśmiechając się głupkowato. Nagle obydwaj
zaczęli pływać dookoła mnie i puszczać bąki. A później ludzie narzekają, że
morza brudne i śmierdzą…
- Co tu się wyrabia? –
usłyszałem głos ojca. Sam Yoshiki przypłynął do własnych synów, by popatrzeć
jak wesoło pierdzą, tańcząc. Cudownie.
- Znaleźli sobie zabawę. –
odparłem.
- Ale to jest takie śmieszne. –
parsknął Zin, zatrzymując się. – Zobacz, ojciec. Zepnij się i rozluźnij, a
poczujesz ulgę jakiej nigdy nie poczułeś.
Yoshiki postąpił według instrukcji, a za nim pojawiło się kilka mknących w górę
baniek. Wywróciłem oczami. Wciągnęli go w to. Zgodnie z konstytucją powinienem
uruchomić alarm dotyczący skażeń na podstawie paragrafu dotyczącego królewskich
gazów. Zostawiłem szczęśliwego tatę i
jego dwóch zidiociałych synów sam na sam ze swoją zabawą. Po drodze minąłem
Masashiego, owijającego swój różowy ogon jakimiś czarnymi glonami, ku
niezadowoleniu zazdrosnego Rukiego. Mnie pochłaniał smutek związany z tym, że
tyle czasu nie widziałem już Yuu. Zdesperowany popłynąłem w najciemniejszy
skrawek oceanu. Tam, gdzie nie ma życia, bo wszystko co się rusza zostało już
zjedzone lub przerobione na torebkę.
Jak mawiali – tam gdzie Hizaki,
tam malaria i apokalipsa.
W tym rzecz, że źle mawiali. Nawet bakterie, wirusy i wszelkie inne
drobnoustroje bały się żyć w pobliżu tego stwora. Śmiałem twierdzić, że nawet
struktura wody mogła być wokół jego miejsca pobytu mniej zwarta ze względu na
przerażone cząsteczki wody. Prawdopodobnie wszelkie apokalipsy także bały się
przyjść, dlatego każdy koniec świata był zapowiedziany i tylko na zapowiedziach
się skończyło. Hizaki był czymś więcej niż apokalipsa. Nie stanowiło dla niego
problemu rozpalenie ognia na dnie oceanu.
- Witaj, słonko… - czerwonooka półkałamarnica
wyłoniła się ze swojego koralowca. – Czego ty tu szukasz, jeśli mogę wiedzieć?
- Ja… Chciałbym zamienić ogon na
nogi. – oświadczyłem.
- Och… Żaden problem, ale ogonek
zostaje dla mnie. – zaśmiał się złowieszczo.
- A bierz go sobie.
Obudziłem się na brzegu oceanu.
Chłodne, poranne fale obmywały moje stopy. Chwila. Stopy! Dotknąłem moich
nowych kończyn, patrząc na nie jak na coś świętego. Zaśmiałem się sam do siebie
i spróbowałem wstać. Niestety skończyłem na glebie szybciej niż zdałem sobie
sprawę że stoję. To da się opanować. Nagle zauważyłem Yuu. Moje serce zabiło
szybciej. Tylko dokąd on biegł? Kawałek dalej, na skale siedział… Siedział
ktoś, kto wyglądał niemalże identycznie jak ja do wczorajszego wieczora. Od
razu domyśliłem się, o co tu chodziło. To było samo Zło. Hizaki tulił się
właśnie do Mężczyzny Moich Marzeń. Podszedłem nieco bliżej. Brunet przypatrywał
się uważnie twarzy alternatywnego Kouyou. Przecież było widać, jak mu oko
ucieka. No błagam, czy ja naprawdę byłem taki… Nieprzystojny? Powinienem był
brać pod uwagę taką ewentualność. Zauważyłem, że sprawy nie miały się dobrze,
kiedy Hizaki właśnie przyssał się do tych ogromnych warg. Warknąłem sam do
siebie pod nosem.
- Jakbym jadł śledzia… - mruknął Yuu po
pocałunku.
- Bo jesz. – odpowiedziałem mu. – Hizaki to
najbardziej śmierdząca rybą postać w całym oceanie. Jak mogłeś mnie z nim
pomylić? – zapytałem z wyrzutem, wyglądając zza skały. Popatrzył na nas ze
zdziwieniem. Skrzywił się, patrząc na Hizakiego, który kleił się do niego jak
spocony tyłek do lakierowanej ławki. Wyszedłem zza skały i rzuciłem się na
mojego księdza.
- Stęskniłem się. – mruknąłem.
- Masz gołą dupę. – oświadczył
błyskotliwie Yuu.
- Powinieneś powiedzieć, że
też się stęskniłeś.
- Też się stęskniłem.
- Teraz już za późno,
spaliłeś. – mruknąłem. Uniosłem nieco głowę, by mógł zasmakować mniej rybich
ust. Ja przynajmniej nie wpieprzałem pod wodą nałogowo wszystkiego co żyło.
- A ty trochę takim anchois
zajeżdżasz… - bąknął brunet. Wywróciłem oczami. – Idziemy cię ubrać. –
stwierdził, podnosząc się. Ja niestety znalazłem się na piasku.
- Nie umiem jeszcze chodzić.
Nowe nogi od tego śmierdziela. – uprzedziłem pytanie. Yuu wzruszył ramionami i
przerzucił mnie sobie przez ramię.
Nie byłem do końca pewien, czy właśnie tak kończyły się romantyczne historie,
które kiedyś opowiadał mi ojciec. Czułem się raczej jak w jakimś
prehistorycznym pornosie dla Neandertalczyków, ale jak się później okazało –
nie pomyliłem się. Yuu zdarzało się myślenie prymitywne. Mimo wszystko…
… i żyli długo i szczęśliwie.
poniedziałek, 21 września 2015
poniedziałek, 14 września 2015
Troszkę się tego zebrało, czyli notka informacyjna.
Hej, hej, hej!
Dziś tak prosto, cicho i spokojnie.
Mam do Was parę pytań. Jeśli można to tak nazwać?
Okej.
Po pierwsze - dziękuję za ponad 60 komentarzy i ponad 4500 wyświetleń. Ładny wynik jak na pół roku prowadzenia bloga i pisania opowiadań, które pisać kocham. A kolejnym zamkiem w drzwiach mojego epileptycznego psychiatryka jest fakt, że są ludzie, którym się to podoba, yay!
Po drugie - zaaktualizowałam Psychiatryk. Była to dosyć spora aktualizacja, wiążąca się z całkowitym bałaganem na blogu w ubiegły weekend. Udało się wszystko skończyć i ogarnąć. Wiem, że z dodawaniem stron jest tak, że one się dodają, ale nikt o tym nie wie. A po to to robię, żebyście mieli możliwość to czytać, więc... No właśnie. Nie mam pojęcia jak informować Was o zamknięciu nowych psycholi. Niby udostępniam w googlach, ale czy ktoś to widzi?
Czuję się zielona w bloggerze, meh.
Po trzecie - zmienił się też układ bloga, a raczej jego elementy. Kwestia powiadamiania. A przynajmniej o postach, bo nie wiem, czy w przypadku stron to działa. Klikamy "dodaj do obserwowanych" i puf, jest post na pralce - jest na głównej bloggera.
Dalej. Opowiadania. A mianowicie, myślałam nad nową serią powiązaną z Disneyem. Tylko, że disney = wątek miłosny, a wątek miłosny nie równa się pralka. I tu nasuwa się problem. Bo pisząc takie opowiadanie, a w zespołach mając samych facetów wyjdzie mi coś na wzór yaoi. Niestety bez wątku miłosnego, disneyowskie historie nie są już takie same i właściwie nie mają sensu. Ale czy wstawianie PARODII yaoi jest dobrym pomysłem? Już kiedyś o tym myślałam... Powiedzcie, co o tym myślicie. Dodatkowo - seria nie jest pewna, ale raczej więcej mnie jest na tak niż na nie.
Dziś tak prosto, cicho i spokojnie.
Mam do Was parę pytań. Jeśli można to tak nazwać?
Okej.
Po pierwsze - dziękuję za ponad 60 komentarzy i ponad 4500 wyświetleń. Ładny wynik jak na pół roku prowadzenia bloga i pisania opowiadań, które pisać kocham. A kolejnym zamkiem w drzwiach mojego epileptycznego psychiatryka jest fakt, że są ludzie, którym się to podoba, yay!
Po drugie - zaaktualizowałam Psychiatryk. Była to dosyć spora aktualizacja, wiążąca się z całkowitym bałaganem na blogu w ubiegły weekend. Udało się wszystko skończyć i ogarnąć. Wiem, że z dodawaniem stron jest tak, że one się dodają, ale nikt o tym nie wie. A po to to robię, żebyście mieli możliwość to czytać, więc... No właśnie. Nie mam pojęcia jak informować Was o zamknięciu nowych psycholi. Niby udostępniam w googlach, ale czy ktoś to widzi?
Czuję się zielona w bloggerze, meh.
Po trzecie - zmienił się też układ bloga, a raczej jego elementy. Kwestia powiadamiania. A przynajmniej o postach, bo nie wiem, czy w przypadku stron to działa. Klikamy "dodaj do obserwowanych" i puf, jest post na pralce - jest na głównej bloggera.
Dalej. Opowiadania. A mianowicie, myślałam nad nową serią powiązaną z Disneyem. Tylko, że disney = wątek miłosny, a wątek miłosny nie równa się pralka. I tu nasuwa się problem. Bo pisząc takie opowiadanie, a w zespołach mając samych facetów wyjdzie mi coś na wzór yaoi. Niestety bez wątku miłosnego, disneyowskie historie nie są już takie same i właściwie nie mają sensu. Ale czy wstawianie PARODII yaoi jest dobrym pomysłem? Już kiedyś o tym myślałam... Powiedzcie, co o tym myślicie. Dodatkowo - seria nie jest pewna, ale raczej więcej mnie jest na tak niż na nie.
czwartek, 10 września 2015
S jak surviv... Szkoła.
A dzisiaj witam Was na górze ^^
Chciałabym poprosić wszystkich krypto czytelników o ujawnienie się w postaci choćby najkrótszego komentarza. Mam wrażenie, że piszę dla trzech osób, a nie sądzę, że to one nabijają te 200 wyświetleń w trzy dni. Taka mała prośba. Chyba nie wymagam dużo, nie? :D
Chciałabym poprosić wszystkich krypto czytelników o ujawnienie się w postaci choćby najkrótszego komentarza. Mam wrażenie, że piszę dla trzech osób, a nie sądzę, że to one nabijają te 200 wyświetleń w trzy dni. Taka mała prośba. Chyba nie wymagam dużo, nie? :D
Przed czytaniem uprzedzę.
Historia oparta w dużej mierze na wydarzeniach z mojej szkoły. Właściwie to tylko lekcja WFu... A, nie. To też było, tyle że w podstawówce. Tak, mam ciekawe życie.
Wielkie dzięki mojej chodzącej wenie - Karmen. Jest też ona współautorką dzieła w opowiadaniu. Efekt naszej wspólnej wycieczki nad jeziorko.
Zapraszam tutaj ^^ - karmen.com.pl
____________________________________
- Mamy nadzieję, że w tym roku wypoczęci i z zapasem zapału do nauki wrócicie do szkoły.
Tak. Z pewnością tak będzie. Dajcie jeszcze tylko dziesięć miesięcy wolnego – pomyślał Mia, taszcząc plecak w stronę sali. Rzucił go pod salę, a sam powędrował w stronę ławki, siadając pomiędzy Masashim, a Teru. Oparł się głową o ścianę, chowając coś do kieszeni czarnych spodni. Zdmuchnął kilka kosmyków opadających na twarz.
- Co ty taki… No. – zaczął nieudolnie Teru.
- Mam dosyć.
- Jeszcze się lekcja nie zaczęła, a ty już?
- Zamknij się. – burknął blondyn. Srebrzystowłosy prychnął i wstał z ławki wyruszając na poszukiwania Yukiego.
- Siedzisz ze mną, grubasie?
- Tak… – odparł Masashi.
Teru szedł przez korytarz w poszukiwaniu przyjaciela, którego z pewnością widział w szkole, ale nie miał zielonego pojęcia co się z nim stało. Nagle poczuł, że wpadł na kogoś niższego.
- Masz jakiś problem, siwy kapucynie? – warknął niski brunet, podskakując nerwowo. Gdyby to była kreskówka, prawdopodobnie z uszu i z nosa buchałyby mu chmury dymu.
- Wybacz, Ruki, nie zauważyłem cię… - Teru wywrócił oczami. Szedł dalej, podczas gdy ktoś klepnął go w ramię. Odwrócił się i ujrzał twarz Yukiego z uśmiechem, o którym można by było pomyśleć że był doklejony. Krzyknął, ale zaraz się uspokoił.
- Debil. – skwitował go brunet. Skierowali się w stronę klasy. Biologię czas zacząć.
Cała klasa leniwie wtaczała się do sali. Masashi, Teru, Yuki, Zin, Uruha, Aoi, Toshiya, Die, Kyo, Shinya, Ruki, Reita, Kamijo, Tsuzuku i Mia, a za nimi Koichi, ciągnący plecak po podłodze. Nauczycielka z uśmiechem witała uczniów. Uczniowie byli bardzo odważni, o czym sami mieli się przekonać.
- Dzień dobry wszystkim – uśmiechnęła się kobieta – Przypomnimy sobie dzisiaj zasady na moich lekcjach. Po pierwsze – stosuję system kar, bez nagród, bo nagrody rok temu zjadły kozy jakiegoś wariata…
- To ja mam kozy… - odezwał się Aoi cicho.
- Mniejsza. – mruknęła nauczycielka. – Czas na pytania. O ile jakieś są.
Zaraz wszystkie ręce były podniesione.
- Słucham, Zin.
- Czy będziemy kroić żaby? – zapytał z szerokim uśmiechem blondyn.
- Zadaj jeszcze raz to pytanie to skopię ci tyłek i nasadzę roślinek. – wyszczerzyła się jasnowłosa kobieta.
- Proszę pani…
- CISZA! – wydarła się kobieta nieco bardziej męskim głosem. W klasie było jak makiem zasiał. – Chciałbym, żebyśmy wszyscy tu sobie uświadomili jedną rzecz. W tej szkole nigdy nie postanie noga żadnej kobiety. Rozumiemy się?! – ryknęło Coś, stojące na środku sali. Nawet niedbający totalnie o nic Masashi patrzył na To z szeroko rozdziawionymi ustami. – I przejdźmy na „ty”. Nie lubię jak ktoś mnie postarza. Mam na imię Hizaki.
To imię rozpętało prawdziwą rewolucję.
- A teraz powtarzajcie za mną. „Tak jest, Hizaki!”
- Tak jest, Hizaki! – powtórzyła chórem klasa.
- Czarnuch! – ryknął Hizaki, idąc w stronę przerażonego Masashiego.
- Ale ja nic…
- Rozmawiałeś z różowym.
- Nie odezwałem się…
Hizaki nie znał litości. Związał obojgu włosy we wspólny warkocz jak najciaśniej się dało. Zauważył podniesioną rękę. Dopuścił Kyo do głosu.
- A co jakbyśmy my rozmawiali? – zapytał niski chłopak, na którego głowie nie było nawet za co złapać, wskazując na Reitę.
- Zgadnij co ci zwiążę. Pęseta i mikroskop stoją na szafce. – uśmiechnął się uroczo blondyn.
- Ahm... - mruknął Reita, dając koledze z ławki sygnał, by zamknął jadaczkę. Hizaki uśmiechnął się lekko i wrócił na swoje miejsce. Kątem oka zobaczył jak z jednego rogu klasy jakiś świstek leci na drugi. Odwrócił się i uderzył pięścią w ławkę, powodując, że Teru nieomal nie dostał zawału.
- Proszę mi to dać! - polecił.
Zin potulnie pokazał karteczkę nauczycielowi.
"on ma zeza
ale spoko tyłek
no"
- Że niby ja mam zeza? -
zapytał nauczyciel, obserwując jednocześnie to co było przed nim i po jego
lewej stronie. - I fajny tyłek? - Zin spuścił głowę i nie odezwał się już
więcej.
- Dziękuję. - Hizaki parsknął śmiechem. - Ej, ty! Odwróć się. Co jest
takiego interesującego w twoim koledze? - zapytał, wpatrując się centralnie w oczy Kamijo.
- N… Nic. – odparł zdezorientowany blondyn.
- Jesteś pewien? Przeproś.- N… Nic. – odparł zdezorientowany blondyn.
- Prze…praszam…?
- Nie tak.
- A jak?
- Kamijo kochany, padnij na swe glany przed panem od biologii, by wąchać mu nogi. – wyrecytował Hizaki, czując się widocznie jak na scenie. Kamijo popatrzył na niego niepewnie, po czym uklęknął ze strachu przed nauczycielem.
- Jaja sobie robisz? – parsknął Hizaki.
- Nie.
- A. To wstawaj.
Lekcję wprowadzającą przerwał dzwonek. Mimo, że było go słychać bardzo wyraźnie, klasa ani drgnęła. Jedyny odważny i uśmiechnięty Teru wstał i podszedł do nauczyciela.
- Narysowałem pa… Ci portret! – uśmiechnął się, po czym położył na biurku kartkę i uciekł ile sił w nogach z sali. Hizaki wziął kartkę do ręki i uniósł brew.
- Zejdźcie mi z oczu. Nie chcę was widzieć.
Na kartce widniał przepiękny i iście realistyczny portret.
- Nie.
- A. To wstawaj.
Lekcję wprowadzającą przerwał dzwonek. Mimo, że było go słychać bardzo wyraźnie, klasa ani drgnęła. Jedyny odważny i uśmiechnięty Teru wstał i podszedł do nauczyciela.
- Narysowałem pa… Ci portret! – uśmiechnął się, po czym położył na biurku kartkę i uciekł ile sił w nogach z sali. Hizaki wziął kartkę do ręki i uniósł brew.
- Zejdźcie mi z oczu. Nie chcę was widzieć.
Na kartce widniał przepiękny i iście realistyczny portret.
Następną lekcją w planie było wychowanie fizyczne. Nie dając
zbyt dużo czasu, trener od razu zebrał całą klasę i dosłownie zapędził ich do
szatni. Ze względu na zasady panujące w tej szkole dzięki samemu Ojcu
Dyrektorowi, wszyscy po upływie maksymalnie pięciu minut musieli stać przed
wejściem do sali w dwuszeregu. Dokładnie po trzystu sekundach cała klasa
stawiła się we wskazanym miejscu. Nauczyciel byłby w pełni zadowolony, gdyby
nie fakt, że jeden z uczniów nie zmienił
ubrania.
- Czarny olbrzym, wystąp!
- Tak jest…
- Czemuś się nie przebrał?
- Zapomniałem stroju. – Masashi wzruszył ramionami.
- Fascynujące. Kot ci zjadł? Poczekaj. – wuefista odwrócił się na pięcie i przyniósł brunetowi torebkę z jakimś strojem. – Ktoś kiedyś zostawił. Masz trzy minuty na przebranie się. Biegiem! – podczas gdy Masashi wykonywał polecenie, nauczyciel przechadzał się wzdłuż szeregu i można by rzec, że oceniał uczniów. W pewnym momencie zatrzymał się.
- Mówią mi Gackt. – zaczął. – Pan Gackt. – dodał. – Trzy minuty minęły. Siwy, idziesz po niego. – wskazał na Teru. Srebrzystowłosy pobiegł do szatni, a reszta później słyszała już tylko niezdatny do opanowania śmiech chłopaka. Po chwili wyciągnął z szatni Masashiego. Przez dwuszereg przeszła fala chichotu. Brunet stał przed nimi w niebieskich legginsach i za małej żółtej koszulce ze słoneczkiem, naciągając ją na krocze tak bardzo jak tylko się dało.
- I jest idealnie. – uśmiechnął się złowrogo Gackt.
Po lekcji, która – jak to pierwsza godzina – nie była zbyt wyczerpująca… Wróć. Dla większości nie była. Teru, Ruki, Kyo i Zin wynieśli Masashiego za kończyny na korytarz i położyli na korytarzu. Gackt zmuszał go do morderczych ćwiczeń na drążku, przez co brunet niemalże kopnął w kalendarz. Skończyło się tak, że siadła mu tylko psychika pozostawiając serce sprawne, aczkolwiek dość mocno wykończone. Masashi dyszał ciężko, patrząc się w sufit. Teru usiadł obok niego ze skrzyżowanymi nogami, wlepiając w kolegę pełne współczucia spojrzenie.
- Czas na fizykę. Odpoczniesz sobie. – uśmiechnął się.
- A z kim mamy?
- Meto, czy jak mu tam…
- Tak jest…
- Czemuś się nie przebrał?
- Zapomniałem stroju. – Masashi wzruszył ramionami.
- Fascynujące. Kot ci zjadł? Poczekaj. – wuefista odwrócił się na pięcie i przyniósł brunetowi torebkę z jakimś strojem. – Ktoś kiedyś zostawił. Masz trzy minuty na przebranie się. Biegiem! – podczas gdy Masashi wykonywał polecenie, nauczyciel przechadzał się wzdłuż szeregu i można by rzec, że oceniał uczniów. W pewnym momencie zatrzymał się.
- Mówią mi Gackt. – zaczął. – Pan Gackt. – dodał. – Trzy minuty minęły. Siwy, idziesz po niego. – wskazał na Teru. Srebrzystowłosy pobiegł do szatni, a reszta później słyszała już tylko niezdatny do opanowania śmiech chłopaka. Po chwili wyciągnął z szatni Masashiego. Przez dwuszereg przeszła fala chichotu. Brunet stał przed nimi w niebieskich legginsach i za małej żółtej koszulce ze słoneczkiem, naciągając ją na krocze tak bardzo jak tylko się dało.
- I jest idealnie. – uśmiechnął się złowrogo Gackt.
Po lekcji, która – jak to pierwsza godzina – nie była zbyt wyczerpująca… Wróć. Dla większości nie była. Teru, Ruki, Kyo i Zin wynieśli Masashiego za kończyny na korytarz i położyli na korytarzu. Gackt zmuszał go do morderczych ćwiczeń na drążku, przez co brunet niemalże kopnął w kalendarz. Skończyło się tak, że siadła mu tylko psychika pozostawiając serce sprawne, aczkolwiek dość mocno wykończone. Masashi dyszał ciężko, patrząc się w sufit. Teru usiadł obok niego ze skrzyżowanymi nogami, wlepiając w kolegę pełne współczucia spojrzenie.
- Czas na fizykę. Odpoczniesz sobie. – uśmiechnął się.
- A z kim mamy?
- Meto, czy jak mu tam…
Meto na lekcję wparował uwięziony w kurtce, od której zaciął
się ekspres. Zaczął podskakiwać i wydawać z siebie dziwne odgłosy, licząc że
ktoś zrozumie o co mu chodzi.
- Meto chcieć pomoc! Pomoc! Uwolnić Meto!
Aoi jednym ruchem rozpiął kurtkę, uwalniając rozczochranego profesorka.
- Dziękować.
- Proszę bardzo. – odparł brunet i wrócił na miejsce.
Profesorek wskoczył na ławkę, założył okulary i odchrząknął parokrotnie.
- Ja być Meto. Dzisiaj być fizyka. A to być wektor. – oświadczył, wyciągając przed siebie ręce. Zaczął biegać po klasie z wyciągniętymi splecionymi rękami. Gdy zwolnił, zgiął ręce, sprawiając że wektor stał się krótszy. – Wektor być krótszy jak Meto być wolno. Pytać. – zatrzymał się.
- A czemu profesor tak mówi? – zapytał Mia.
- To być fizyka. Wy i tak nic nie rozumieć. – Meto wywrócił oczami i kontynuował bieg.
W międzyczasie Kyo razem z Daisuke poszli do łazienki na papierosa. Niższy chciał postraszyć czerwonowłosego, więc zwinął mu z mieszkania mydło. Wszystko po to, by nawiązać do sytuacji, gdy rozsadził przyjacielowi toaletę. Mydło było przezroczyste i na pierwszy rzut oka przypominało czysty chlorek sodu.
- Ej, Die, patrz! – Kyo z uśmiechem psychopaty cisnął kostką mydła do otwartej muszli klozetowej.
- Kyo, debilu! – zapiszczał Die, uciekając. Kyo zaczął się śmiać, po czym usłyszał głośny hałas i wstrząs. Tak jak ostatnim razem, ubikację wbiło w sufit. Tylko że teraz stało się to przy użyciu zwykłego mydła, jak sądził. No właśnie.
Jak sądził, a Kyo sędzią idealnym nie był. Teraz był już pewny, że kradzież mydła z domu Daisuke nie była wcale dobrym pomysłem.
Właściciel narzędzia zbrodni zdążył obrzucić sprawcę pełnym złości spojrzeniem, gdy do pomieszczenia wpadł nauczyciel muzyki. Kaoru we własnej osobie razem ze swoją towarzyszką życia - Antoinette.
- Na piekarnianego guru, cóż się tu zadziało? – złapał się za głowę. – To wasza sprawka!
- Niestety tak, proszę pana. – odparł potulnie Kyo, przyznając się do własnej pomyłki. Wewnętrzny głos widocznie miał rację w swoim twierdzeniu, że jeśli mydło piecze w dłonie to najprawdopodobniej mydłem nie jest.
- A znasz przynajmniej równanie reakcji NaCl + H2O?
- NaCl + H2O to będzie wielkie, kuźwa, pierdut. – odparł. Kaoru poprowadził oboje do sali, w której aktualnie mieli mieć lekcje. Miał zamiar rozliczyć się z nimi po lekcjach.
- Witam wszystkich na mojej lekcji! Ja mam na imię Kaoru i będę uczyć was muzyki. Moją piękną asystentką jest Antoinette. – wskazał na krzesło z torbą, z której to wystawała połówka bagietki.
- Ale tam nikogo nie ma… - odezwał się ktoś z głębi sali.
- Jak to nie? Ta śliczna kobieta obok mnie to właśnie Antoinette. – uśmiechnął się Kaoru. Odgrodził usta dłonią od krzesła z torbą. – Jest bagietką – szepnął i pogłaskał pieczywo po skórce.
Po chwili czułości odwrócił się z powrotem w stronę klasy i wyszczerzył się.
- No dobrze, nie będę was zanudzał. Zagram wam mój nowy utwór. – rozpromienił się, wyciągając zza krzesła gitarę akustyczną. – Oto „Oda do bagietki”
Kiedy rozległy się pierwsze metaliczne dźwięki uczniowie byli nieco zdezorientowani. Nie wiedzieli czy się śmiać, czy nie. Kiedy jednak Kaoru zaczął śpiewać, doskonale wiedzieli co mają robić.
Och, bagietko, boski tworze
Kwiecie piekarnianych ziem
Zapach twej chrupiącej skórki
Rozkochał w sobie zmysł węchu mój
- Meto chcieć pomoc! Pomoc! Uwolnić Meto!
Aoi jednym ruchem rozpiął kurtkę, uwalniając rozczochranego profesorka.
- Dziękować.
- Proszę bardzo. – odparł brunet i wrócił na miejsce.
Profesorek wskoczył na ławkę, założył okulary i odchrząknął parokrotnie.
- Ja być Meto. Dzisiaj być fizyka. A to być wektor. – oświadczył, wyciągając przed siebie ręce. Zaczął biegać po klasie z wyciągniętymi splecionymi rękami. Gdy zwolnił, zgiął ręce, sprawiając że wektor stał się krótszy. – Wektor być krótszy jak Meto być wolno. Pytać. – zatrzymał się.
- A czemu profesor tak mówi? – zapytał Mia.
- To być fizyka. Wy i tak nic nie rozumieć. – Meto wywrócił oczami i kontynuował bieg.
W międzyczasie Kyo razem z Daisuke poszli do łazienki na papierosa. Niższy chciał postraszyć czerwonowłosego, więc zwinął mu z mieszkania mydło. Wszystko po to, by nawiązać do sytuacji, gdy rozsadził przyjacielowi toaletę. Mydło było przezroczyste i na pierwszy rzut oka przypominało czysty chlorek sodu.
- Ej, Die, patrz! – Kyo z uśmiechem psychopaty cisnął kostką mydła do otwartej muszli klozetowej.
- Kyo, debilu! – zapiszczał Die, uciekając. Kyo zaczął się śmiać, po czym usłyszał głośny hałas i wstrząs. Tak jak ostatnim razem, ubikację wbiło w sufit. Tylko że teraz stało się to przy użyciu zwykłego mydła, jak sądził. No właśnie.
Jak sądził, a Kyo sędzią idealnym nie był. Teraz był już pewny, że kradzież mydła z domu Daisuke nie była wcale dobrym pomysłem.
Właściciel narzędzia zbrodni zdążył obrzucić sprawcę pełnym złości spojrzeniem, gdy do pomieszczenia wpadł nauczyciel muzyki. Kaoru we własnej osobie razem ze swoją towarzyszką życia - Antoinette.
- Na piekarnianego guru, cóż się tu zadziało? – złapał się za głowę. – To wasza sprawka!
- Niestety tak, proszę pana. – odparł potulnie Kyo, przyznając się do własnej pomyłki. Wewnętrzny głos widocznie miał rację w swoim twierdzeniu, że jeśli mydło piecze w dłonie to najprawdopodobniej mydłem nie jest.
- A znasz przynajmniej równanie reakcji NaCl + H2O?
- NaCl + H2O to będzie wielkie, kuźwa, pierdut. – odparł. Kaoru poprowadził oboje do sali, w której aktualnie mieli mieć lekcje. Miał zamiar rozliczyć się z nimi po lekcjach.
- Witam wszystkich na mojej lekcji! Ja mam na imię Kaoru i będę uczyć was muzyki. Moją piękną asystentką jest Antoinette. – wskazał na krzesło z torbą, z której to wystawała połówka bagietki.
- Ale tam nikogo nie ma… - odezwał się ktoś z głębi sali.
- Jak to nie? Ta śliczna kobieta obok mnie to właśnie Antoinette. – uśmiechnął się Kaoru. Odgrodził usta dłonią od krzesła z torbą. – Jest bagietką – szepnął i pogłaskał pieczywo po skórce.
Po chwili czułości odwrócił się z powrotem w stronę klasy i wyszczerzył się.
- No dobrze, nie będę was zanudzał. Zagram wam mój nowy utwór. – rozpromienił się, wyciągając zza krzesła gitarę akustyczną. – Oto „Oda do bagietki”
Kiedy rozległy się pierwsze metaliczne dźwięki uczniowie byli nieco zdezorientowani. Nie wiedzieli czy się śmiać, czy nie. Kiedy jednak Kaoru zaczął śpiewać, doskonale wiedzieli co mają robić.
Och, bagietko, boski tworze
Kwiecie piekarnianych ziem
Zapach twej chrupiącej skórki
Rozkochał w sobie zmysł węchu mój
Chrupkość twoja wszystko zaćmi
Złączy, co rozdzielił nóż
Wszyscy ludzie będą piekli
Tam gdzie dotrze zapach twój…
- To ty! – wrzasnął ktoś, otwierając drzwi i z łomotem pakując się do sali. Był to nikt inny jak sam Hizaki. Kaoru przerwał grę i popatrzył na przybyłego.
- Przerywasz mi. Zadowolony z siebie jesteś?
- A ty z siebie? – Hizaki odwrócił się, ukazując dziurę w materiale spodni i bokserek, która – można by rzec, że dumnie – eksponowała jego pośladki.
- Jak niedopieczona kajzerka! – parsknął Kaoru. – Idź się dopiecz i dopiero porozmawiamy. – zaśmiał się.
- Ja ci zaraz dopiekę… - syknął długowłosy i wziął do ręki Antoinette. Odgryzł jej spory kawałek i zaczął przeżuwać go tak, jak lew przeżuwałby nogę upolowanej gazeli. Kaoru obserwował tylko tę scenę z rozdziawionymi ustami. Wstał i rzucił się na Hizakiego. Wojna się rozpoczęła.
- Skrzywdziłeś ją!
- To za moją dumę!
- W nosie mam twoją dumę! – ryczał Kaoru, okładając do niedawna zaprzyjaźnionego belfra własną gitarą. Klasa podzieliła się na dwie części. Na tych kibicujących Kaoru i na tych, którzy postawili na Hizakiego. Tymczasem, do sali zajrzał Meto.
- Hizaki nie lubić kawał? – zapytał smutnym głosem.
- METO! – wydarł się nauczyciel biologii i wybiegł z sali w pogoni za fizykiem.
Ręce uczniów opadły, a sami oni zaczęli wpatrywać się w cierpiącego nauczyciela muzyki, tulącego do siebie aktualnie ranną bagietkę i wylewającego morza łez. Aoi był tą sceną poruszony do tego stopnia, że wypuścił kozę z plecaka, która podbiegła do nauczyciela i zaczęła skrupulatnie wylizywać jego ucho.
Złączy, co rozdzielił nóż
Wszyscy ludzie będą piekli
Tam gdzie dotrze zapach twój…
- To ty! – wrzasnął ktoś, otwierając drzwi i z łomotem pakując się do sali. Był to nikt inny jak sam Hizaki. Kaoru przerwał grę i popatrzył na przybyłego.
- Przerywasz mi. Zadowolony z siebie jesteś?
- A ty z siebie? – Hizaki odwrócił się, ukazując dziurę w materiale spodni i bokserek, która – można by rzec, że dumnie – eksponowała jego pośladki.
- Jak niedopieczona kajzerka! – parsknął Kaoru. – Idź się dopiecz i dopiero porozmawiamy. – zaśmiał się.
- Ja ci zaraz dopiekę… - syknął długowłosy i wziął do ręki Antoinette. Odgryzł jej spory kawałek i zaczął przeżuwać go tak, jak lew przeżuwałby nogę upolowanej gazeli. Kaoru obserwował tylko tę scenę z rozdziawionymi ustami. Wstał i rzucił się na Hizakiego. Wojna się rozpoczęła.
- Skrzywdziłeś ją!
- To za moją dumę!
- W nosie mam twoją dumę! – ryczał Kaoru, okładając do niedawna zaprzyjaźnionego belfra własną gitarą. Klasa podzieliła się na dwie części. Na tych kibicujących Kaoru i na tych, którzy postawili na Hizakiego. Tymczasem, do sali zajrzał Meto.
- Hizaki nie lubić kawał? – zapytał smutnym głosem.
- METO! – wydarł się nauczyciel biologii i wybiegł z sali w pogoni za fizykiem.
Ręce uczniów opadły, a sami oni zaczęli wpatrywać się w cierpiącego nauczyciela muzyki, tulącego do siebie aktualnie ranną bagietkę i wylewającego morza łez. Aoi był tą sceną poruszony do tego stopnia, że wypuścił kozę z plecaka, która podbiegła do nauczyciela i zaczęła skrupulatnie wylizywać jego ucho.
- Idźcie do domu. Nie chcę was widzieć... - jęknął Kaoru, odwracając się tyłem do klasy.
_______________
Wracając i przypominając - CICHY CZYTELNIKU, POKAŻ SIĘ! :)
_______________
Wracając i przypominając - CICHY CZYTELNIKU, POKAŻ SIĘ! :)
czwartek, 3 września 2015
Sabotaż (II)
W ciepły jesienny dzień, ku
zachodzącemu słońcu maszerował człowiek. Pogrążony w głębokiej melancholii
ciągnął za sobą obudowę od plastikowego telewizora.
- Zero, tłuczek być niemożliwy! – jęknął Meto, wpadając do tymczasowego miejsca pobytu nowego przyjaciela, które zresztą z nim dzielił.
- My odzyskać tłuczek! – zakrzyknął wojowniczo basista.
- Nie dać rady. Telewizor bum. – perkusista wzruszył ramionami, przecierając smutno oczka, co sprawiło że makijaż stał się jeszcze bardziej rozmazany niż przed chwilą. Zero zagwizdał pod nosem i przytulił Meto w pierwszym odruchu, nie wiedząc jak go pocieszyć.
- Zero śmierdzieć banan. – zaszlochał niższy, odpychając od siebie przyjaciela. Po chwili położył się twarzą do podłogi i wydał z siebie odgłos prawdziwego bólu.
- Meto być spokój, tłuczek być niedługo nasz! – basista usiadł przy nim i poklepał go po plecach. Gdy jednak nie zauważył żadnej reakcji ze strony Meto, postanowił spróbować smakowicie różowej kokardki przy jego sukience. Pochylił się i już chwycił ją w zęby, gdy właściciel odzienia gwałtownie się podniósł, wykręcając przy tym głowę Zero i kładąc go w nienaturalnej pozycji na podłodze. Z kokardką w zębach.
- Nadzieja wrócić! – rozpromienił się Meto, machając radośnie znalezioną szczotką.
Niestety, maszerując ulicą Meto nie przewidział że obudowa od telewizora może być nieco zbyt nachalnie rzucającym się w oczy obiektem dla wścibskiego obywatela. Karyu postanowił, że w końcu powinien zyskać taką świadomość. Po rozmowach z członkami Mejibray nie miał wątpliwości, że to właśnie Meto jest sprawcą obydwu zdarzeń. A że Zero także bardziej przypomina zwierzę aniżeli człowieka? Pewnie siedzą gdzieś razem i knują coś przeciwko nim. Wszedł do apartamentu, gdzie właśnie trwało zgromadzenie, z którego udało mu się wyjść za potrzebą kupna ryb do dzisiejszego sushi. Poczuł smród co najmniej ośmiotygodniowej bielizny i kilograma podpsutych bakłażanów. Coś jak…
Tsukasa.
- Charlie, Charlie, are you here? – wypowiedział drżącym głosem Tsuzuku. Mia klepnął się w tyłek, sprawiając że wokalista z dzikim piskiem wskoczył Tsukasie na plecy. |
- Boże święty, Mia! Chciałeś żebym dostał zawału?
- Komar gryzł mnie w dupę… - syknął gitarzysta, drapiąc się po pośladku.
- Traktuj to poważnie! Ty masz być pośrednikiem ducha, który pomoże nam znaleźć telewizor.
- Telewizor? Myślałem, że raczej Meto szukamy… - wymamrotał Koichi, podnosząc się do siadu. Siadu na plecach Mii, czym spowodował napad kaszlu u blondyna.
- Zabieraj ten kościsty tyłek! – wycharczał gitarzysta, napinając mięśnie grzbietu w daremnych próbach zrzucenia z siebie basisty. Różowowłosy wywrócił oczami i podniósł się, uwalniając przyjaciela, który odetchnął z ulgą i opadł bezwładnie na podłogę, tworząc podmuch wiatru na tyle silny, by zgasić kilka świeczek. Nagle zgasły wszystkie. W pokoju zapanowała niezupełna ciemność, gdyż ciemne rolety pomimo swojej barwy przepuszczały jeszcze trochę światła dziennego. Zaraz po zgaszeniu świec Tsukasa zaczął piszczeć i pobiegł z Tsuzuku na plecach do łazienki. Tam podniósł jeszcze większy raban, prawdopodobnie na widok mydła. Kiedy wrócił do pokoju, kręcąc się w amoku, Tsuzuku zeskoczył z niego i zestresowany kopnął go z całej siły w kostkę. Był przerażony faktem, że nie za bardzo wiedział co się właśnie wydarzyło. Kręciło mu się w głowie, więc przewrócił się na kanapę.
- Śmierdzi tu. – stwierdził nieprzyzwyczajony jeszcze do osobliwego zapachu perkusisty do niedawna wrogiego zespołu Koichi.
- O nie. – zaszlochał Tsukasa. Hizumi uśmiechnął się ze złowrogą radością.
- O tak. – wypowiedział mrocznym tonem. Zaczął zbliżać się do perkusisty powolnym krokiem. – O tak. – powtórzył.
- Nie!
- Tak…
- Nie.
- Tak…
- Błagam, nieeeee! – rozpłakał się Tsukasa.
- Ale o co chodzi? – zapytał Mia, podnosząc się z pomiędzy świec i kartek.
- Chodzi o ten smród, złotko. – odpowiedział mu Hizumi, nie odrywając wzroku od swojej ofiary.
- Ja nie śmierdzę! – zaszlochał perkusista.
- Nie, wcale… - Karyu wywrócił oczami.
- Jestem jeszcze młody! Nie chcę umierać!
- Wyluzuj, mydło i woda cię nie zabije. – wywrócił oczami jedyny przytomny wokalista. – Karyu, szykuj wannę. Mia, Koichi… Musicie mi pomóc.
Karyu bez narzekania wykonał polecenie, gdyż jemu również doskwierał smród. Pozostali otoczyli perkusistę i schwycili jego ciało odbierając mu jakąkolwiek możliwość poruszenia się.
- Ja chcę żyć! – zawyła ofiara.
- Będziesz żył. Przynajmniej bez przeszkadzania innym… - westchnął Hizumi, unosząc do góry nogi Tsukasy. W trójkę zanieśli go do wanny, gdzie Karyu wsypał proszek do prania i wlał żel do kąpieli do wanny. Wrzucili go do wanny w ubraniach, przykrywając ją specjalnie zamówioną pokrywą. Kneblując ciemnowłosego zostawili go do wymoczenia się. Po fakcie po kolei starannie umyli ręce. Należało to raczej do konieczności niż czynności dobrowolnej. Usiedli spokojnie w salonie, przedtem otwierając na oścież wszystkie okna. Bez wyjątków.
- Widziałem Meto. Myślę, że to wszystko to ich sprawka… - zaczął ściszonym głosem Karyu.
- Meto i Zero? – dopytał Tsuzuku, przebudziwszy się z niespokojnego snu.
- Dokładnie oni. Meto ciągnął obudowę od waszego telewizorka… - mruknął.
- Zbieramy się i prowadzisz nas tam. – Hizumi uderzył ręką w stół.
- Tylko uwolnij Tsukasę. – wymamrotał gitarzysta.
Kiedy perkusista na powrót cieszył się wolnością i z przekleństwami cisnącymi się na usta zmienił ubranie na czyste oraz został skrupulatnie zabezpieczony antyperspirantem i perfumami przez wokalistę, wyskoczył z mieszkania śpiewając „Mydełko Fa”. Hizumi przekrzywił głowę, skupiając na nim swoją uwagę. Ta kąpiel odbiła mu się na psychice. Karyu poprowadził swoją trasą całą zgraję muzyków złaknionych telewizora i oczywiście zemsty. Kiedy gitarzysta wszedł na drogę, którą wcześniej podążał Meto, od razu w oczy rzucił im się szałas ze szczotek i powygryzanych w fantazyjne wzorki dziecięcych kaloszy. Takich apartamentów nie tworzy nikt inny, poza dwojgiem ludzi na całym wielkim, długim i szerokim świecie.
Jednak mimo małego talentu architektonicznego ponadprzeciętną zdolnością Meto okazała się obserwacja. Podniósł alarm w postaci wymachiwania spódniczką w górę i w dół, co przyprawiło Zero o mdłości.
- Meto nie robić porno, prosić.
- Zero słuchać, musieć uciekać!
To słysząc, basista zwinął swoje kalosze i wybiegł z szałasu. Zaraz za nim biegł Meto, ciągnąc za sobą dwie taktyczne szczotki. Niestety nie przewidział, że jeśli zabierze choćby najmniejszy patyczek z i tak już niestabilnej konstrukcji, spowoduje jej runięcie. Niewiele myśląc obejrzał się za siebie i ujrzał Karyu. Gitarzysta był za blisko. ciemnowłosy wydał z siebie bojowy okrzyk i pieprznął go kijem od szczotki, zbierając się do ucieczki. Nikt nie miał z nim szans. Nawet Zero i jego kalosze, pomimo faktu, że szczotki daleko miały do Nimbusa 2000. (dop. aut. miotła z HP, jakby kto nie wiedział). Bieg był heroicznym dla nich wyczynem. Minęli Kayę, wysypując mu z wiadra gwoździe. Po drodze nieomal zabili również Kaoru, który właśnie wyprowadzał Antoinette na spacer. Obrzucił ich jakimiś francuskimi obelgami, ale mało ich to ruszyło. Gdy Meto już gasł, tracił nadzieję na koniec maratonu, Zero dał mu sygnał, że wróg został zgubiony. Obaj z ulgą zatrzymali się. Los chciał, że postój miał miejsce przy drzwiach pewnego baru. Było już dosyć późno, o czym świadczyło zachodzące słońce i większe zgromadzenie osób wokół barmana. Weszli do środka, ogarniając szybko wzrokiem pomieszczenie. Zauważyli normalnych ludzi, spokojnie pijących piwo i śmiejących się między sobą. W kącie siedzieli jednak trochę dziwniejsi ludzie. Jeden z nich charakteryzował się niemalże zupełnie siwą czupryną, drugi ponadprzeciętnym wzrostem, trzeci leżał pijany pod stołem, ale wciąż patrzył na kolegów z wyższością, a czwarty wyglądał jak dinozaur. Podeszli do nich niepewnie.
- Móc siadać? – zapytał Zero, bawiąc się kaloszem.
- Jasne, siadajcie. – odezwał się dinozaur i wskazał wolne miejsca, które basista z perkusistą bez słowa zajęli.
- Dziękować. – odparł Meto, stawiając swoje szczotki obok krzesła.
- Ja być Zero, to być Meto. Kto wy być?
- Łełkym tu Wełusaył! – zawył mężczyzna leżący pod stołem, na co białowłosy kopnął go w bok.
- To miało być „Welcome to Versailles”, głąbie. – wywrócił oczami.
- Jestem Yuki, to jest Teru, Masashi i… Kamijo.
- Bonjour, honey!* – rozdarł się blondyn, podnosząc się z podłogi, po drodze uderzywszy czołem o blat. Pozwoliło mu to zapaść w dłuższy sen.
Tymczasem dwójka wokalistów, gitarzystów i nieszczęśni basista z perkusistą właśnie dotarli pod ten sam bar, w którym właśnie przesiadywali Meto i Zero.
- Widzisz ich?
- Są tam?
- Siedzą?
- Nie tylko oni… - mruknął Hizumi.
- Nie są sami? Przegrupowali się! – zapiszczał Mia.
- Gorzej. Tam jest Armia Czerwona.
- Kto?! – pisnął Koichi.
- Banda Hizakiego. – odparł ponuro wokalista, odwracając się tyłem do okna, jednocześnie stając przodem do swojej załogi. – Bez samego Cthulhu.
- Kim, kuźwa, jest Hizaki? – zapytał Tsukasa.
- No właśnie, kim? – dopytywała reszta.
- Nie znacie go?
- Nie. – burknął Karyu.
- A więc opowiem wam historię… Otóż pewnego dnia, gdy Słońce ułożyło się w jednej linii z Księżycem narodził się On. Ten, którego imię budzi ptaki do lotu. Ten, którego imię wybudza niedźwiedzie ze snu zimowego. Ten, który włada śmiercią i nie boi się nikogo.
Jest jak bazyliszek. Potrafi jednocześnie podążać wzrokiem za osobami idącymi w dwie różne strony. Jak kameleon. Dostosowuje ubarwienie do otoczenia i nie sposób go wykryć. Potrafi obserwować cię jednym okiem. Jedyne czego nie umie to przewlekanie nici przez dziurkę w igle. To naprawdę niebezpieczny człowiek. Legenda głosi, że sam się spłodził. Mawiają, że wybudował dom, w którym przyszedł na świat.
Hizumi odetchnął, gdy skończył opowiadanie. Miał wrażenie, że na ten moment cały świat się zatrzymał, a czas stanął w miejscu. Szkoda, że nie wiedział o tym, że Cthulhu właśnie maluje sobie paznokcie szczebiocząc przez telefon z najlepszym przyjacielem.
- Trzeba uratować Meto! – Koichi wyrwał się do drzwi, jednak Tsuzuku złapał go za ramię.
- Narażasz życie!
- Dla przyjaciela zrobię wszystko! Nie zatrzymasz mnie!
- Koichi? – zaczął Mia.
- Co?
- Rozmazałeś się… O, tu. – jasnowłosy wskazał na kącik swojego oka.
- Jezu Chryste, daj mi lusterko!
- Tyle wyszło z ratowania… - skomentował Karyu. Wszedł do baru, wyciągnął Zero i Meto za włosy nim się zorientowali i dał im świeżym pstrągiem po twarzach.
- Telewizory! Gdzie są telewizory?! – zapytał pretensjonalnym tonem jedyny w miarę przytomny perkusista w towarzystwie.
- Nie ma. Hizaki i bum. – oświadczył Meto, rozkładając bezradnie rączki.
- Mówiłem, że jest niebezpieczny… - Hizumi pokręcił głową. Koichi i Mia byli tak zaaferowani poprawianiem makijażu basisty, że nawet nie zauważyli co się właśnie wydarzyło.
- A ty coś wiesz? – Tsukasa zwrócił się już nieco łagodniej do Zero. Spotkał się jednak tylko z niemym kręceniem głową.
- Idziecie do roboty. Kaoru szukał pomocników. – mruknął Karyu, który zauważył w rybnym ogłoszenie dotyczące pracy. Meto i Zero popatrzyli po sobie jak zbite szczenięta.
- A Meto chcieć tylko tłuczek…
___________
*>>Bonjour Honey<< - Kamijo i jego piosenka.
Wróciłam, tarararira. I zostaję. Laba się skończyła, nie będę leniuchować. Nie było mnie, bo nie było też czasu ani weny. A tu nagle się pojawiła, pewnie przyszła razem z poautografowanym plakatem Jupitera i w raptem półtorej godzinki powstało to powyżej. Czujecie to? Mam autograf Zła Wcielonego!
Muszę wprowadzić małą zmianę.
Co dwa tygodnie post, żeby Was tu nie oszukiwać. Między wpisami aktualizacja psychiatryka i tworzenie profili zespołów.
Przeżyjcie rok szkolny, jeszcze tylko 295 dni!
Z tej okazji wolałabym nie zapadać na brak weny... Zmiana planów co do szkolnej serii, tego się nie da pisać. Wymyślę coś innego xD
No to miłego dnia, wieczora, nocy wszystkim.
*>>Bonjour Honey<< - Kamijo i jego piosenka.
Wróciłam, tarararira. I zostaję. Laba się skończyła, nie będę leniuchować. Nie było mnie, bo nie było też czasu ani weny. A tu nagle się pojawiła, pewnie przyszła razem z poautografowanym plakatem Jupitera i w raptem półtorej godzinki powstało to powyżej. Czujecie to? Mam autograf Zła Wcielonego!
Muszę wprowadzić małą zmianę.
Co dwa tygodnie post, żeby Was tu nie oszukiwać. Między wpisami aktualizacja psychiatryka i tworzenie profili zespołów.
Przeżyjcie rok szkolny, jeszcze tylko 295 dni!
Z tej okazji wolałabym nie zapadać na brak weny... Zmiana planów co do szkolnej serii, tego się nie da pisać. Wymyślę coś innego xD
No to miłego dnia, wieczora, nocy wszystkim.
piątek, 7 sierpnia 2015
Rolnicza Rola Rolnika
Jedzie Gackt przez wieś. Setki jeńców wiezie. A przez dziurkę, jeńcy ciurkiem sypią się za Gacktem.
- Dzień dobry. Chciałbym kupić ciągnik. - Gackt zdjął okulary i zawiesił je na dekolcie koszulki. Sprzedawca popatrzył na niego niemo i sarkastycznie pytając go wzrokiem, czy dać do tego frytki. Mężczyzna wyszedł zza biurka i zaprowadził Okabe do hali, w której znajdowały się maszyny.
- Co konkretnie pana interesuje? Ursus, Belarus, T...
- Czarny.
- Słucham?
- Czarny. Musi być czarny.
Sprzedawca znów przekrzywił głowę i popatrzył na wokalistę jak na kogoś, kto właśnie powiedział mu że wyewoluował z ziemniaka. Ten jednak stał niewzruszony i z pewnością siebie wpatrywał na hali pojazdu w kolorze węgla. Minutę zajęło mu znalezienie jedynego okazu w takim kolorze.
- Ile płacę? - zapytał z uśmiechem Gackt.
- Co konkretnie pana interesuje? Ursus, Belarus, T...
- Czarny.
- Słucham?
- Czarny. Musi być czarny.
Sprzedawca znów przekrzywił głowę i popatrzył na wokalistę jak na kogoś, kto właśnie powiedział mu że wyewoluował z ziemniaka. Ten jednak stał niewzruszony i z pewnością siebie wpatrywał na hali pojazdu w kolorze węgla. Minutę zajęło mu znalezienie jedynego okazu w takim kolorze.
- Ile płacę? - zapytał z uśmiechem Gackt.
Kiedy uszczęśliwiony wyjechał z salonu, podbiegła do niego ciemnowłosa i blada... kobieta? Ubrana była w gotycką suknię.
- Mana-sama?! - zapytał Gackt.
- Nie, twoja stara. - odpowiedział Mana, z lekkim uśmiechem na ustach.
- Wskakuj na ciągnik, lasia. - Okabe spojrzał zza okularów na znajomego i gestem dłoni zaprosił go do środka.
- Mała....eeee... Mana...? Lubisz raperów? - zapytał kierowca po kilkunastu minutach jazdy.
- Nie nazywaj mnie "mała", mały. Lubię.
Gackt ucieszony znalezieniem Many w lesie i wiezieniu go na pokładzie swojego nowego wózka może zaprezentować swoje umiejętności wokalne.
- Mana-sama?! - zapytał Gackt.
- Nie, twoja stara. - odpowiedział Mana, z lekkim uśmiechem na ustach.
- Wskakuj na ciągnik, lasia. - Okabe spojrzał zza okularów na znajomego i gestem dłoni zaprosił go do środka.
- Mała....eeee... Mana...? Lubisz raperów? - zapytał kierowca po kilkunastu minutach jazdy.
- Nie nazywaj mnie "mała", mały. Lubię.
Gackt ucieszony znalezieniem Many w lesie i wiezieniu go na pokładzie swojego nowego wózka może zaprezentować swoje umiejętności wokalne.
Ciągnik.
Kupiłem czarny ciągnik
Kupiłem czarny ciągnik
Kupiłem czarny ciągnik
Kupiłem czarny ciągnik
Kupiłem czarny ciągnik
Kupiłem czarny...
Alufelgi, ciemne szyby...
Kupiłem czarny ciągnik
Kupiłem czarny ciągnik
Kupiłem czarny ciągnik
Kupiłem czarny ciągnik
Kupiłem czarny ciągnik
Kupiłem czarny...
Alufelgi, ciemne szyby...
Zawsze chciałem mieć takie coś,
Właśnie po to, by wozić ją...
Właśnie po to, by wozić ją...
- Jasna cholera, zamknij się. - Mana-sama wplótł palce we włosy.
- Nie rób tego! - krzyknął Gackt dramatycznie.
- Czego? - zapytał zdziwiony gitarzysta i spróbował wyjąć rękę ze swojej fryzury. Skończyło się to mizernym skutkiem, gdyż ręka bruneta nieugięcie tkwiła w bujnym tapirze. - Zawsze to się tak kończy... - westchnął gitarzysta.
- Na stanik Hizakiego, cóż to za hołota! - wypowiedział niezidentyfikowany głos z pola. Głos widocznie nie był świadom tego, co ściągnął na siebie wywołując w tym momencie imię samego strachu. Demona. Czy to nie ciekawy zbieg okoliczności, że czytając apokalipsę świętego Jana od tyłu, przy biblii obróconej do góry nogami znajdzie się wszystkie litery, składające się na Jego imię. Gackt zatrzymał ciągnik i wyłączył silnik.
- Któż odezwał się pośród tychże łanów złocistych?
- Nie pierdol, daj browca.
- Uruha? Co ty robisz na polu? - zapytał wokalista.
- Daj. Browca. Nie wiem skąd tu jesteś, ale musisz mieć browca.
Kiedy blondyn wskoczył na ciągnik, Mana podał mu puszkę piwa, a wokalista ruszył w drogę.
- Fajny wóz. Ile pojemności?
Czterysta.
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa....
Siedem jeden ma do setki...
- Nie rób tego! - krzyknął Gackt dramatycznie.
- Czego? - zapytał zdziwiony gitarzysta i spróbował wyjąć rękę ze swojej fryzury. Skończyło się to mizernym skutkiem, gdyż ręka bruneta nieugięcie tkwiła w bujnym tapirze. - Zawsze to się tak kończy... - westchnął gitarzysta.
- Na stanik Hizakiego, cóż to za hołota! - wypowiedział niezidentyfikowany głos z pola. Głos widocznie nie był świadom tego, co ściągnął na siebie wywołując w tym momencie imię samego strachu. Demona. Czy to nie ciekawy zbieg okoliczności, że czytając apokalipsę świętego Jana od tyłu, przy biblii obróconej do góry nogami znajdzie się wszystkie litery, składające się na Jego imię. Gackt zatrzymał ciągnik i wyłączył silnik.
- Któż odezwał się pośród tychże łanów złocistych?
- Nie pierdol, daj browca.
- Uruha? Co ty robisz na polu? - zapytał wokalista.
- Daj. Browca. Nie wiem skąd tu jesteś, ale musisz mieć browca.
Kiedy blondyn wskoczył na ciągnik, Mana podał mu puszkę piwa, a wokalista ruszył w drogę.
- Fajny wóz. Ile pojemności?
Czterysta.
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa....
Siedem jeden ma do setki...
Zawsze chciałem mieć takie coś,
Właśnie po to, by wozić ją.
Właśnie po to, by wozić ją.
- O, stary, było mówić, że to piwo tak trzepie. - Kouyou spojrzał na etykietę trunku, na którym widniał jak wół napis "bezalkoholowe". To oznaczało, że Gackt rzeczywiście potrafił śpiewać także w ten sposób. Owszem. Potrafił. I to bez zastosowania nawet najmniejszych ilości napojów z zawartością tych jedynych, prawilnych procentów.
- Jak tam nagrania? - zapytał Mana, spoglądając na Uruhę.
- Jakoś. Ostatnio Reita z Kaiem spili się winem mszalnym i w jednej piosence mamy Bogurodzicę w tle... Co ci się stało? - blondyn wskazał na rękę niezmiennie od pewnego czasu przyklejoną do głowy Many.
- Jak by to ująć... Error 404.
- Rozumiem. To tak jak kiedy Ruki u mnie nocuje i mam rury pozapychane brokatem. - parsknął Uruha, przeczesując włosy. - Problemy techniczne. - mruknął cicho.
- Gackt? W ogóle to jakiej marki jest ten twój cią...
- Jak tam nagrania? - zapytał Mana, spoglądając na Uruhę.
- Jakoś. Ostatnio Reita z Kaiem spili się winem mszalnym i w jednej piosence mamy Bogurodzicę w tle... Co ci się stało? - blondyn wskazał na rękę niezmiennie od pewnego czasu przyklejoną do głowy Many.
- Jak by to ująć... Error 404.
- Rozumiem. To tak jak kiedy Ruki u mnie nocuje i mam rury pozapychane brokatem. - parsknął Uruha, przeczesując włosy. - Problemy techniczne. - mruknął cicho.
- Gackt? W ogóle to jakiej marki jest ten twój cią...
Nie jest to zwykły Ursus, mamy skórę i komputer,
Klimatyzę, serwo, wiatrak, szyber, kółko z futer
Piskacz piszczy, aż oponki się topią
A ty miła sprawdź czy ma niezłego kopa
Klimatyzę, serwo, wiatrak, szyber, kółko z futer
Piskacz piszczy, aż oponki się topią
A ty miła sprawdź czy ma niezłego kopa
- A.... Dzięki. - odparł Mana. A gdzie jedziemy?
Zabiorę cię do siebie
Zabiorę cię do siebie
Zabiorę cię do siebie
Zabiorę cię do siebie
I w oborze obok niego...
Zabiorę cię do siebie
Zabiorę cię do siebie
Zabiorę cię do siebie
I w oborze obok niego...
Kwadrans później Gackt razem z dwojgiem gitarzystów z tyłu zajechał na swoje podwórko. Wjechał do obory i zamknął bramę na kłódkę.
Jednak kłódka przed demonami nie chroni. Kłódka nie chroni przed złem.
Wyciągnął Manę i Uruhę z ciągnika i posadził na stogach siana. Trzymał siano tam gdzie swoje ciągniki tylko dlatego, żeby nie było im zimno. To wcale nie tak, że wszyscy uważali go za dziwaka. W tym sęk, że było to całkiem normalne. Przynajmniej dla niego. Dla kogoś, którego jedyną rodziną są jego własne kombajny i zestaw pługów. W takim też towarzystwie Okabe się obracał, dlatego właśnie nikt nie miał mu tego za złe, ani nawet nienormalne. W sumie, to nikt nie miał nic przeciwko, bo nikt o tym nie wiedział. Do teraz.
- Dlaczego trzymasz maszyny na słomie? - zapytał Mana-sama, układając się wygodnie z ręką bezustannie wplecioną we włosy. Okabe zaczął swój wywód na temat samopoczucia maszyn.
Tym czasem czyste zło we własnej osobie siedziało pod kombajnem. Ktoś go wezwał, więc przybył. Ktoś stroi sobie z niego żarty, bo wezwał go na daremno. Ktoś poniesie karę. Hizaki wyciągnął telefon i zadzwonił po resztę Spółki. Jego odwiecznym sposobem na zmuszenie ich do bycia na miejscu w pół godziny był fakt, że jeśli tak się nie stanie, kara będzie bardziej sroga niż mogą sobie to wyobrazić. Nikt wolał nie próbować.
- Dlaczego trzymasz maszyny na słomie? - zapytał Mana-sama, układając się wygodnie z ręką bezustannie wplecioną we włosy. Okabe zaczął swój wywód na temat samopoczucia maszyn.
Tym czasem czyste zło we własnej osobie siedziało pod kombajnem. Ktoś go wezwał, więc przybył. Ktoś stroi sobie z niego żarty, bo wezwał go na daremno. Ktoś poniesie karę. Hizaki wyciągnął telefon i zadzwonił po resztę Spółki. Jego odwiecznym sposobem na zmuszenie ich do bycia na miejscu w pół godziny był fakt, że jeśli tak się nie stanie, kara będzie bardziej sroga niż mogą sobie to wyobrazić. Nikt wolał nie próbować.
***
Odkąd w sali prób The Gazette zanotowano nieobecność gitarzysty, a Aoi wypatrzył za oknem wojskową furgonetkę opatrzoną napisem SPA z Yukim za kierownicą, zapanowało ogólne poruszenie. Wiedzieli, że Uruha jest na wsi Gackta. Wiedzieli też, że wieś znajduje się dokładnie w tamtym kierunku, w którym zmierzała furgonetka.
- Kai, prowadzisz. Do samochodu! - wrzasnął Ruki. - Aoi, pakuj kozy!
Gitarzysta nie czekał długo. Tamara i Pysio siedzieli po chwili w bagażniku, liżąc wesoło szyby. Wesoło, ponieważ ślady ich języków układały się na kształt pentagramów. Kai usiadł za kierownicą, ale nie ruszał.
- Ruchy! - warknął Reita, poprawiając bandanę z Hello Kitty.
- Nie mogę, piłem!
- Co?
- Wino!
- No błagam, pijesz tylko mszalne... Ruszaj bo Aoi da ci kozę na kolana.
Nie trzeba było tego perkusiście dwa razy powtarzać. Po chwili pędzili na wieś Gackta z prędkością bliską dwustu kilometrów na godzinę. Kai wiedział, że pokuta będzie cięższa niż zwykle.
- Boję się o niego... - mruknął Reita. Przejechał palcem po policzku, zbierając obsypany z powiek brokat.
- Zwyciężymy Cthulhu raz na zawsze. Zobaczycie. - stwierdził Ruki.
- Zaatakujesz tego mistrzowskiego separatystę pilniczkiem czy lakierem do paznokci? - Aoi uniósł kpiąco brew.
- Twoją aortą, kasztanie. - syknął wokalista i odsunął się od machającej jęzorem Tamary. Taka już była zależność. W Mejibray jęzorem macha Meto, w D'espairsRay Zero, a w Gazetto zastępczyni wokalisty - Tamara.
Nie minęło pół godziny, a różowy van w brokatowe krzyże z różańcem na lusterkach zajechał na pole przy posesji Gackta. Kiedy Aoi wysiadł i otworzył bagażnik, dumnie wytarabaniły się z niego dwie kozy. Wszyscy stanęli z dumnie uniesionymi głowami, wyglądając jak aktorzy ze starych, dobrych westernów. Wsłuchiwali się w złowrogą ciszę. To oznaczało, że zło wisi w powietrzu.
- Kai, prowadzisz. Do samochodu! - wrzasnął Ruki. - Aoi, pakuj kozy!
Gitarzysta nie czekał długo. Tamara i Pysio siedzieli po chwili w bagażniku, liżąc wesoło szyby. Wesoło, ponieważ ślady ich języków układały się na kształt pentagramów. Kai usiadł za kierownicą, ale nie ruszał.
- Ruchy! - warknął Reita, poprawiając bandanę z Hello Kitty.
- Nie mogę, piłem!
- Co?
- Wino!
- No błagam, pijesz tylko mszalne... Ruszaj bo Aoi da ci kozę na kolana.
Nie trzeba było tego perkusiście dwa razy powtarzać. Po chwili pędzili na wieś Gackta z prędkością bliską dwustu kilometrów na godzinę. Kai wiedział, że pokuta będzie cięższa niż zwykle.
- Boję się o niego... - mruknął Reita. Przejechał palcem po policzku, zbierając obsypany z powiek brokat.
- Zwyciężymy Cthulhu raz na zawsze. Zobaczycie. - stwierdził Ruki.
- Zaatakujesz tego mistrzowskiego separatystę pilniczkiem czy lakierem do paznokci? - Aoi uniósł kpiąco brew.
- Twoją aortą, kasztanie. - syknął wokalista i odsunął się od machającej jęzorem Tamary. Taka już była zależność. W Mejibray jęzorem macha Meto, w D'espairsRay Zero, a w Gazetto zastępczyni wokalisty - Tamara.
Nie minęło pół godziny, a różowy van w brokatowe krzyże z różańcem na lusterkach zajechał na pole przy posesji Gackta. Kiedy Aoi wysiadł i otworzył bagażnik, dumnie wytarabaniły się z niego dwie kozy. Wszyscy stanęli z dumnie uniesionymi głowami, wyglądając jak aktorzy ze starych, dobrych westernów. Wsłuchiwali się w złowrogą ciszę. To oznaczało, że zło wisi w powietrzu.
***
- Zabraliśmy to MP5, M16, M4 i dwa AK, a do tego P99, o które prosiłeś... - mruknął Kamijo, taszcząc walizki z karabinami w stronę ubranego w rosyjski mundur Hizakiego. Ten otworzył arsenał i zaczął się zastanawiać. Wziął P99 i wsunął do kabury, a przez ramię przewiesił sobie M16 i ulubionego kałacha.
- Resztę schowaj.
- Co? A my?
- Mięso armatnie nie strzela. - wyszczerzył się długowłosy. Zabrał ze sobą kilka zapasowych magazynków i ruszył do budynku, w którym zamknął się Gackt. Krótką bronią przestrzelił kłódkę. Jedynie krótka nie była repliką na plastikowe kulki.
Mana i Uruha podskoczyli, słysząc strzał. Gackt zaczął piszczeć.
- Kobiety i dzieci! Kobiety i dzieci najpierw!
- Jezus, człowieku, opanuj się. - Uruha wywrócił oczami.
- Nie wzywaj Pana Boga na daremno. - rozległ się głos Kaia. Kouyou zorientował się, że jego zespół właśnie wchodzi przez okno budynku.
- Na zeza Hizakiego, co wy tu robicie?
- Nie wzywaj Pana Boga na daremno.
- Kai, daj mi spokój. - gitarzysta popatrzył na przyjaciela. Z jego miny wyczytał tylko przerażenie.
- Tego nie mówiłem... Ja...
- Raz i dwa - Hizaki już cię ma.
Trzy i cztery - zaraz ci łeb odstrzeli.
Pięć i sześć - krzyż ze sobą nieś.
Siedem, osiem - myśl o swoim losie.
Dziewięć, dziesięć....
- Resztę schowaj.
- Co? A my?
- Mięso armatnie nie strzela. - wyszczerzył się długowłosy. Zabrał ze sobą kilka zapasowych magazynków i ruszył do budynku, w którym zamknął się Gackt. Krótką bronią przestrzelił kłódkę. Jedynie krótka nie była repliką na plastikowe kulki.
Mana i Uruha podskoczyli, słysząc strzał. Gackt zaczął piszczeć.
- Kobiety i dzieci! Kobiety i dzieci najpierw!
- Jezus, człowieku, opanuj się. - Uruha wywrócił oczami.
- Nie wzywaj Pana Boga na daremno. - rozległ się głos Kaia. Kouyou zorientował się, że jego zespół właśnie wchodzi przez okno budynku.
- Na zeza Hizakiego, co wy tu robicie?
- Nie wzywaj Pana Boga na daremno.
- Kai, daj mi spokój. - gitarzysta popatrzył na przyjaciela. Z jego miny wyczytał tylko przerażenie.
- Tego nie mówiłem... Ja...
- Raz i dwa - Hizaki już cię ma.
Trzy i cztery - zaraz ci łeb odstrzeli.
Pięć i sześć - krzyż ze sobą nieś.
Siedem, osiem - myśl o swoim losie.
Dziewięć, dziesięć....
- TAMARA DO ATAKU! - wydarł się Aoi. Koza zabeczała i położyła się na ziemi. Aoi westchnął boleśnie. W tym czasie, Hizaki trzymał już Uruhę na muszce. Zza niego wyłonilisię kolejno Kamijo, Teru, Yuki i Masashi.
- Dzieci drogie, nie osmieszajcie się. - Teru wywrócił oczami. Nikt nie musiał wiedzieć, że nie skończył trzydziestu pięciu lat. I nikt nie wiedział
- Hizaki, proszę, uspokój się. Co ci zrobił ten człowiek? - zapytał Yuki. Gackt stal otumaniony i wpatrywał się w całą scenkę, jaka odgrywała się bezpośrednio pod jego nosem.
W tym czasie Mana-sama otworzył szerzej bramę i właśnie opuszczał garaż ciągnikiem Okabe.
- Sayonara, misie! - krzyknął i opuścił garaż jak najszybciej się dało. Hizaki wrzasnął i zaczął strzelać z jednego karabinu do Many, a z drugiego do Uruhy. Gitarzysta zawył z bólu, po czym uciekł między swoich i schował się za Rukim. Wyglądało to dosyć sympatycznie ze względu na kontrast jaki stanowił wzrost obydwojga. Gackt zaś, zauważywszy brak ciągnika uklęknął na ziemi i jęknął teatralnie. Kai przyklęknął obok i zaczął się modlić.
Od tej pory, kiedy we wsi ktoś widzi czarny ciągnik zwykle ucieka. Czerń stała się symbolem końca. Końca i Many-samy.
Gdy Hizakiemu skończyła się amunicja, oklapł zrezygnowany na podłogę. Westchnął żałośnie i przypatrzył się uważnie klęczącym oraz obydwu zespołom. Pokręcił głową i zabezpieczył broń.
- Nie wiecie co tracicie. Oj, nie macie pojęcia...
Ruki spojrzał na Reitę, Aoi na Tamarę, a Uruha na widły.
- Hizaki? - zaczął jasnowłosy gitarzysta.
- Tak?
- Dlaczego jesteś aż tak opętany?
- Ignoranci... - długowłosy pokręcił głową. Czuł się nierozumiany.
- A ty Gackt? Po cholerę ci był ciągnik? - Ruki przekrzywił głowę i kopnął Pysia, który próbował mu zeżreć buty.
- Dzieci drogie, nie osmieszajcie się. - Teru wywrócił oczami. Nikt nie musiał wiedzieć, że nie skończył trzydziestu pięciu lat. I nikt nie wiedział
- Hizaki, proszę, uspokój się. Co ci zrobił ten człowiek? - zapytał Yuki. Gackt stal otumaniony i wpatrywał się w całą scenkę, jaka odgrywała się bezpośrednio pod jego nosem.
W tym czasie Mana-sama otworzył szerzej bramę i właśnie opuszczał garaż ciągnikiem Okabe.
- Sayonara, misie! - krzyknął i opuścił garaż jak najszybciej się dało. Hizaki wrzasnął i zaczął strzelać z jednego karabinu do Many, a z drugiego do Uruhy. Gitarzysta zawył z bólu, po czym uciekł między swoich i schował się za Rukim. Wyglądało to dosyć sympatycznie ze względu na kontrast jaki stanowił wzrost obydwojga. Gackt zaś, zauważywszy brak ciągnika uklęknął na ziemi i jęknął teatralnie. Kai przyklęknął obok i zaczął się modlić.
Od tej pory, kiedy we wsi ktoś widzi czarny ciągnik zwykle ucieka. Czerń stała się symbolem końca. Końca i Many-samy.
Gdy Hizakiemu skończyła się amunicja, oklapł zrezygnowany na podłogę. Westchnął żałośnie i przypatrzył się uważnie klęczącym oraz obydwu zespołom. Pokręcił głową i zabezpieczył broń.
- Nie wiecie co tracicie. Oj, nie macie pojęcia...
Ruki spojrzał na Reitę, Aoi na Tamarę, a Uruha na widły.
- Hizaki? - zaczął jasnowłosy gitarzysta.
- Tak?
- Dlaczego jesteś aż tak opętany?
- Ignoranci... - długowłosy pokręcił głową. Czuł się nierozumiany.
- A ty Gackt? Po cholerę ci był ciągnik? - Ruki przekrzywił głowę i kopnął Pysia, który próbował mu zeżreć buty.
Zawsze chciałem mieć takie coś,
Właśnie po to, by wozić ją!
_______________________
Właśnie po to, by wozić ją!
_______________________
KORO RUSZYŁA DUPĘ!
Jest tygodniowy odstęp! Yay. Powrót do regularnych założeń.
Jest tygodniowy odstęp! Yay. Powrót do regularnych założeń.
Zgadzam się, że zrobiło się nudno. Wkurza mnie to, ale zwyczajnie non stop jestem wyjazdowa i nie mam jak pisać. Ta notka jest napisana w całości na telefonie, dlatego wybaczcie błędy w formatowaniu i jakiekolwiek inne. Nienawidzę pisać na telefonie, grr. Ale jak jest W
wena to trzeba rwać! Wracam do cotygodniowych notek. Nie ma sensu obiecywać, że będę dodawać częściej, bo napisanie opowiadania zajmuje mi minimum dwa dni, a przy tej ilości czasu jaką mam teraz... W sam raz. Poza tym są wakacje, nie myślę i nie chcę zjeść sobie wszystkich pomysłów. *ma zaplanowane 10 opowiadań do przodu*
Dzięki wszystkim komentującym! Jedno wbiło mi się pamięć.
Militarne RP Saggie. Wiesz jak bardzo mnie tym zaintrygowałaś? x'D
Miesiąc został. MIE-SIĄC. Dlatego za miesiąc prawdopodobnie zacznę szkolną serię. Taki mały spoiler, bo tak. Miłego dnia! ^^'
Teraz tak. Mała reklama. Blog Syo - osoby, która jest często źródełkiem weny (tak, jesteś XD)
>>MY DARK BOX<<
wena to trzeba rwać! Wracam do cotygodniowych notek. Nie ma sensu obiecywać, że będę dodawać częściej, bo napisanie opowiadania zajmuje mi minimum dwa dni, a przy tej ilości czasu jaką mam teraz... W sam raz. Poza tym są wakacje, nie myślę i nie chcę zjeść sobie wszystkich pomysłów. *ma zaplanowane 10 opowiadań do przodu*
Dzięki wszystkim komentującym! Jedno wbiło mi się pamięć.
Militarne RP Saggie. Wiesz jak bardzo mnie tym zaintrygowałaś? x'D
Miesiąc został. MIE-SIĄC. Dlatego za miesiąc prawdopodobnie zacznę szkolną serię. Taki mały spoiler, bo tak. Miłego dnia! ^^'
Teraz tak. Mała reklama. Blog Syo - osoby, która jest często źródełkiem weny (tak, jesteś XD)
>>MY DARK BOX<<
*notka dodawana w bólach i cierpieniach braku zasięgu
sobota, 1 sierpnia 2015
Bandit
„Co, kapusta?! Głowa pusta!”
W sprawie pustki w główce kapusty można by było się rozwodzić wiele, wiele czasu. Utarte przysłowie krążące wśród dzieci jest stwierdzeniem bardzo mylnym i tym samym używane jest zupełnie bezpodstawnie. Otóż z kapustą sprawa wcale taka prosta nie jest. Ba! Nie jest w ogóle prosta. Wnętrzności kapusty są bowiem delikatnie pofalowane. Swoją strukturą nieco przypomina fakturę mózgu, co jest kolejnym dowodem na to, że porównanie kapusty do głowy niemyślącego osobnika jest nietrafione co najmniej tak, jak połowa strzałów do bramki w wykonaniu Reprezentacji Polski w piłce nożnej. Dlatego właśnie Kaya nie wybrał kapusty. Ciągnie swój do swego, a ciemnowłosy zbyt inteligentny raczej nie był. Właśnie dlatego ulubionym narzędziem Kayi były równie rozgarnięte co on gwoździe i nieco mniej skomplikowana w budowie sałata. A do czego owe narzędzia mu służyły? Odpowiedź na to pytanie ma niesamowicie długie rozwinięcie.
W sprawie pustki w główce kapusty można by było się rozwodzić wiele, wiele czasu. Utarte przysłowie krążące wśród dzieci jest stwierdzeniem bardzo mylnym i tym samym używane jest zupełnie bezpodstawnie. Otóż z kapustą sprawa wcale taka prosta nie jest. Ba! Nie jest w ogóle prosta. Wnętrzności kapusty są bowiem delikatnie pofalowane. Swoją strukturą nieco przypomina fakturę mózgu, co jest kolejnym dowodem na to, że porównanie kapusty do głowy niemyślącego osobnika jest nietrafione co najmniej tak, jak połowa strzałów do bramki w wykonaniu Reprezentacji Polski w piłce nożnej. Dlatego właśnie Kaya nie wybrał kapusty. Ciągnie swój do swego, a ciemnowłosy zbyt inteligentny raczej nie był. Właśnie dlatego ulubionym narzędziem Kayi były równie rozgarnięte co on gwoździe i nieco mniej skomplikowana w budowie sałata. A do czego owe narzędzia mu służyły? Odpowiedź na to pytanie ma niesamowicie długie rozwinięcie.
***
- Na Święty Młyn! – darł się
Kaoru. - Co się stało? – zapytał wchodzący akurat do jego mieszkania Toshiya. Kiedy wszedł do pokoju, jego oczom ukazała się... Istna rzeź. Rzeź bagietek poprzebijanych gwoździami i polanych obficie ketchupem. Tak potraktowane pieczywo było rozrzucone po całym salonie gitarzysty.
- Cała rodzina… - lamentował lider. – Antoinette v50, Antoinette v51, 52… - wzdychał, a z jego oczu ciekły najprawdziwsze w świecie łzy. Toshiya z zaciekawieniem patrzył na twarz zrozpaczonego gitarzysty, próbując wyczytać z niej oszustwo i właściwą liderowi postawę piekarnianego rozbójnika. – Pomożesz mi je uratować? – zapytał po chwili klęczący na podłodze mężczyzna z proszącym wyrazem twarzy. Basista jakby obudził się z transu.
- Turlaj mango! – prychnął i wybiegł z pomieszczenia, zamykając za sobą z hukiem drzwi. Kaoru jęknął boleśnie i otworzył teatralnie ręce w stronę sufitu.
- Czymże zawiniłem, w udręce me rozdarte serce! – krzyknął, po czym nie bezceremonialnie przystąpił do zmywania zaschniętego ketchupu ze ścian.
***
Mia krążył zdenerwowany wokół stolika kawowego, patrząc na zawartość słoika podpisanego (gotycką czcionką) „Przecier Pomidorowy”. Tsuzuku leżał rozwalony na kanapie i przeglądał jakieś czasopismo pornograficzne.
- Możesz przestać się kręcić? – mruknął pod nosem.
- Nie. Nie mogę. Ktoś usiłował mnie zabić.
- Nie przesadzasz? Sałata w twoim przecierze pomidorowym to jeszcze nie morderstwo… - stwierdził wokalista, nawet nie patrząc na blondyna. Przewrócił kolejną stronę, po czym pewna noga z niesamowitą siłą wykopała mu magazyn z ręki. Była to oczywiście noga należąca do Mii.
- Ja wiem, że ktoś usiłuje mnie zabić! Rozumiesz? Mogłem umrzeć! Mam alergię!
- Tja. I byłby spokój. Podasz mi gazetkę?
Mia zawarczał tylko i kontynuował zataczanie kół wokół stolika. Wtem do domu wrócił Koichi.
- Mia, zmieniłeś upodobania? – uśmiechnął się basista.
- Co masz na myśli? – Mia zatrzymał się i popatrzył na niego ze zdziwieniem.
- Zasadziłeś w ogródku sałatę. Dużo tego nawet…
- CO?
- Stwierdzam fak… - różowowłosy urwał, gdyż blondyn wybiegł na balkon z prędkością Formuły 1. Chwilę później rozległ się krzyk przechodzący w ryk zdenerwowania.
- Co mu? – zapytał Koichi, przysiadając na oparciu sofy.
- Myśli że go ktoś chce zabić sałatą.
- A. To wiele wyjaśnia. – mruknął pod nosem, otrzymawszy odpowiedź.
W tym samym czasie, w apartamencie obok rozbrzmiewała kłótnia o to, kto wsadził sałatę do akwarium w pokoju Karyu. Najwyższy oskarżał wszystkich, łącznie z sąsiadami, z którymi zaplanowali niedawno akcję, mającą pozwolić odebrać telewizory obydwu zespołom.
- Rozumiecie, gołębie, że ryby nie jedzą sałaty ani resztek z obiadu? – Karyu zwrócił się do Hizumiego – Nie jedzą też kotów i dewocjonaliów. A ty, Tsukasa… - brunet spojrzał się na gitarzystę niewinnie. – Śmierdzisz. Idź się umyć. – dodał. Perkusista wywrócił oczami i poszedł do łazienki.
- A czy ty, do ciężkiej cholery, rozumiesz, że nikt w tym mieszkaniu nie dotykał twojego akwarium ani twoich ryb? – warknął Hizumi znudzony nieco kolejną gadką gitarzysty. Wtem ktoś sypnął garścią metalowych wkrętów w okno. Karyu podskoczył i podbiegł do okna. Nie udało mu się nic zobaczyć, prócz główki sałaty turlającej się niewinnie po chodniku. Zdenerwował się już nie na żarty.
- Może mi ktoś powiedzieć co tu się dzieje?! – skierował wzrok ku górze.
- Ja nie wiem. Nie mam pojęcia. – Hizumi rozłożył ręce. Moment później podskoczył wystraszony, gdyż Tsukasa złapał go za ramię.
- W ogóle… Zauważyliście że Zero nie wrócił od wczoraj? – zapytał grobowym tonem.
- Pewnie siedzi u psiej fryzjerki, nie wiecie że ona mu lubi dawać ciastka? – westchnął Karyu, siadając bez siły na kanapie. Fakt faktem, alibi Zero było dobre, jednakże niepewne. Mógł on rzucać żelastwem w szyby, ale bardziej prawdopodobne było to, że zajada psie ciasteczka od w połowie ślepej psiej stylistki. Nikt nic nie wiedział.
Nikt nic nie wie. I nie będzie wiedział.
Tak przynajmniej zakładał Kaya, idąc z wiadrem śrubek i torebką pełną sałaty przez zatłoczone miasto.
Wtem w SPA rozdzwoniły się telefony. Hizaki prowadził bowiem parę innych działalności pod ladą o których wiedział tylko on i osobistości pozbawione umiejętności mówienia pokroju na przykład samej Antoinette. Po odebraniu zgłoszenia jasnowłosy wstał, przebrał się w robocze ubranie w postaci niemieckiego munduru, schował przeklęty już wielokrotnie przez Kamijo pistolet na kulki do kabury i poszedł obudzić resztę. Otworzył kopniakiem schowek na szczotki i ujrzał Teru śpiącego na Yukim, który spał na Kamijo, który spał na Masashim, który prawdopodobnie spał na swoim kocie. Cztery pary oczu wpatrywały się w niego z przerażeniem.
- Myśleliście że nie wiem? Nikt normalny nie idzie w cztery osoby po szczotkę. Wstawać. Mamy fuchę.
Kamijo wywrócił oczami i ziewnął. Teru przetoczył się i zaczął przysypiać, Yuki beknął i próbował spać dalej, a Masashi odgrzebywał spod siebie prawdopodobnie już szczątki Piisuke. Długowłosy warknął pod nosem i wyciągnął broń z kabury. Wycelował, przeładował i wystrzelił. Wszyscy posłusznie zerwali się do pozycji stojącej, tylko kot był w niesamowicie przyziemnym humorze. – A więc, Watsonie… - gitarzysta pogładził Kamijo lufą po policzku. Ten przełknął ślinę dobrze wiedząc że w tym języku Watson oznacza nic innego, jak mięso armatnie.
- Tak… Sherlocku? – bąknął, co było błędem, gdyż blondyn nadepnął go z całej siły.
- Nie mów tak do mnie, złomie. – prychnął. Odsunął się od upatrzonej ofiary, której skrycie zazdrościł pozycji lidera. – Mamy zadanie. W okolicy grasuje przestępca zasypujący swoje ofiary metalem i sałatą.
Masashi parsknął śmiechem. Hizaki z prędkością światła stanął na palcach przed nim.
- Bawi cię to? – zapytał upiornym głosem.
Od tego momentu mógł liczyć na całkowitą ciszę.
- Naszym zadaniem jest uchwycić przestępcę. Żywego lub martwego.
Niespełna godzinę później Hizaki prowadził swój oddział ulicami miasta. Pierwszym, co rzuciło mu się w oczy była Samara Morgan biegająca po ulicy z dwoma telewizorami pod pachami.
- Padnij! – krzyknął i gwałtownie obniżył pozycję. Kamijo, Yuki, Teru i Masashi stali za nim niewzruszeni i obserwowali jak księżniczka czołga się po asfalcie ku ofierze. Kiedy był w odległości kilku metrów podniósł się i wycelował w Samarę. – Poddaj się! – wrzasnął. Stworzenie krzyknęło i podniosło ręce do góry, z rumorem upuszczając telewizory ma chodnik.
- Meto chcieć oddać, Hizaki udupić Meto. – mruknęła Samara i uciekła w krzaki. Hizaki machnął ręką i przeszedł po brutalnie zamordowanym sprzęcie. Około pięciuset metrów dalej spotkał na swojej drodze niecodziennie wystrojoną osobę. Miała na sobie czarną lolicią sukienkę, wymalowane oczy i usta, misternie upięte włosy przyozdobione gigantycznym, czarnym kwiatem. W dłoni trzymała torbę z logo Biedronki i czarne wiadro, a na stopach miała kultowe, firmowe klapki Kuboty w zestawieniu z czarnymi skarpetami, by nie gryzły się z sukienką.
- Hizaki?! – ucieszyła się postać.
- Kaya?! – rozpromienił się Hizaki.
- Nie mów na mnie Kaya. Zmieniłem pseudonim.
- A jakiego używasz teraz?
- Zielony Wkrętas. – oświadczył z dumą brunet. Reszta załogi Hizakiego dołączyła do niego i stanęła za nim, wpatrując się w rozmówcę o nietypowym przezwisku.
- Skaryfikacja twarzy! – zakrzyknął radośnie Teru. Widząc, że zgromadzeni nie za bardzo wiedzą o co chodzi, przystąpił do tłumaczenia. – Nie słuchacie Gangu Albanii? Kamijo, przecież śpiewałeś ostatnio pod prysznicem ich numer!
Wokalista spąsowiał i pokręcił głową.
- Nie, coś ci się popieprzyło…
- Ja riba! ja riba! – zaczął Teru. - Wjeżdżam do Dubaju na dzikim ośle, którego se kupiłem w Albańskim Raju…
- Gang z Albanii, wydziarane na siodle obok kieszonki pełnej towaru.
Prostytutki skaczą z dachu Burj Khalifa, krzycząc 'Królu złoty, zajebista płyta!'
Król Dubaju na kolanach płacze ze szczęścia, wszyscy robią mi zdjęcia,
gdzie jest ta kamerka?
Podjeżdża po mnie szejk Arabski, mój rodzony brat tylko z innej matki,
Jeden z moich braci z Albańskiej szajki podbiega i krzyczy 'NIECH ŻYJE KRÓL!'
Jeden z Beduinów chce mi dać wielbłąda, ja mu daję osiołka mówiąc 'Ech i ochhaa'
Delegacja do Dubaju tak to wygląda, jest tu Brudna Darianna i Borata siostra!
Wchodzę do hotelu który ma 9 gwiazdek, Alibaba i Borixon już tam są,
Nie wiem co tam robi ksiądz Natanek, pytam się go 'Ojcze czy walisz koks?' – dokończył Kamijo.
- Wspomnienia z trasy koncertowej? – uśmiechnął się porozumiewawczo Masashi.
- Się wie. – wokalista znacząco poruszył brwiami. – To jak, Ka.. Zielony Wkrętasie? Myślisz nad skaryfikacją?
- Szczerze to nie…
- Kaya-chan, nie słuchaj tych debili! – zapiszczał Hizaki. Zbliżył się do przyjaciela i szepnął mu coś na ucho. Brunet spojrzał na niego radośnie, także zapiszczał, po czym zrzucił Kuboty i radośnie pobiegł za Hizakim w stronę zachodzącego słońca, zostawiając przy tym reklamówkę, z której wysypała się sałata i wiadro, wypełnione na oko kilogramem gwoździ.
- Znaleźliśmy przestępcę? – zapytał Yuki.
- Chyba tak. – odparł Kamijo.
- Wracamy, czy idziemy się nawalić do nieprzytomności? – Teru przekrzywił głowę, patrząc na sałatę.
- Możesz powtórzyć? – zdziwił się Masashi.
- Idziemy się nawalić.
Reszta potraktowała to jak rozkaz. Odwrócili się za siebie, poprawili fryzury i niczym Odlotowe Agentki ruszyli na podbój okolicznych barów. W stuprocentowym spełnieniu. Brak Hizakiego równa się bezpieczeńs… Prawdziwe laski! Kamijo miał już dosyć tych z niespodzianką pod spódnicą.
- Teru? – zaczął wokalista.
- Tak?
- Zarzuć bita…
- „ Jebać blachary, co się nie chcą jebać...”
__________
Zastój weny, brak czasu i internetu, takie czynniki.
I boję się wstawiać tą notkę XD
Teraz tak jak parę(może naście) wpisów temu proszę o pomoc.
Proszę o taki durny zlepek wyrazów. Coś jak...
kisiel, szczotka, łóżko, dywan, latanie
Zasady są proste. Żadnych imion, tylko rzeczowniki i czasowniki. To jakoś... No, to działa!
Plus zauważam u siebie objawy fetyszu spożywczego. Kaoru, Mia, Kaya... To zaraza.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

