niedziela, 17 maja 2015

Na Amen

 - Taki duży, taki mały, może wokalistą być...
Taki gruby, taki chudy, może na gitarze grać!
Taki ja i taki ty w Gazetto grać...
Taki ja i taki ty może świetnym być!

Każdy kocha Rukiego, cudnego i pięknego,
Kocha Rukiego, jak siebie samego...
Każdy kocha Rukiego, cudnego i pięknego,
Kocha Rukiego, jak siebie samego...

Taki duży, taki mały, może w Gazetto być... 
Taki gruby, taki chudy, może sexy być
Taki ja i taki ty możesz na basie grać...
Taki ja i taki ty może perkusistą być!

Kto się nie maluje, ten nie pedałuje…
Każdy j-rocker chodzi na rower!
Tylko malowany jest zadowolony:
Każdy półgoły chodzi wesoły...

Taki duży, taki mały . . .

- Może zamknąć dziób. – warknął Uruha, uderzając hobbita długopisem
- Zerowe pojęcie o sztuce… Zerowe… - wzdychał Ruki, wywracając oczami.
- Miałbyś odwagę z tym wystąpić? – zapytał Kai.
- Oczywiście, że tak.
- I twierdzisz, że fanom by się spodobało?
- Tak?
- Tak?
- Tak.
- NIE.
- Wracaj z tym do domu, a my udamy że zapomnieliśmy. – zakończył Aoi.
W tym momencie do przydomowego studio Kaia wpadł Reita. Ubrany w bordową marynarkę, z włosami zaczesanymi na boki a’la Hitler, udekorowany majtkowo-różowym szaliczkiem. Na nogach miał czarne, wąskie spodnie i brokatowe mokasyny.
           - Rei, co ci zrobili?! – Uruha wstał i wplątał teatralnie ręce we włosy. Ruki podciął mu nogi, sprawiając że wyższy opadł na kanapę.
          - W końcu wyglądasz jak prawdziwy samiec alfa. – klasnął w dłonie Takanori.
          - Wiem. I przygotowałem dla nas projekty ubrań, łącznie z prototypami. – zapiszczał Reita, splatając dłonie w pięści i unosząc zgiętą nogę w kolanie do tyłu. Aoi westchnął przeciągle i zasłonił oczy dłonią. Basista zaczął grzebać w torbie udekorowanej cekinami. Wyjął teczkę i przezroczystą torbę, która przez wpływ zawartości wyglądała na różową.
           - O żesz cholera… - Aoi wytrzeszczył wzrok.
           - Kyrie Eleison. – Kai złożył dłonie na wysokości piersi.
           - Reita, usłysz nas! – kontynuował gitarzysta.
Basista zadowolony z siebie wyciągał z torby kolejne materiały. Siateczki, satynę, jedwabie i koronki. Przywołał palcem Uruhę. Ten niechętnie wstał i podszedł do niego. Reita zaczął wpychać mu na siłę jakieś ubrania i kazał się w nie ubrać. Kouyou spojrzał szczenięcymi oczkami w stronę Kaia, jednak lider tylko się uśmiechnął, nie robiąc absolutnie nic.
Po krótkiej chwili studio zamieniło się w stajnię, a przynajmniej do takich wniosków można było dojść, wsłuchując się w dźwięki, jakie stamtąd dochodziły.

Kouyou prezentował się bez wątpienia zjawiskowo. Spodnie szyte z myślą o Alladynie, do tego nakrycie głowy inspirowane Katarem i futrzany biustonosz. Do tego wysokie, lateksowe koturny. Dużo piórek i brokatu.
                  
          - Ubierać się, muszę was w tym zobaczyć. – rozkazał Reita.

Aoi miał wystąpić w mini. Kiedy zobaczył falbanki i czarne kabaretki, owinął twarz swoim boa i podłamał się na duchu. Jego życie zmieniło się nie do poznania.

A Kai? Kai olał sprawę. Zajął się spożywaniem kolejnego banana. Znał na pamięć całą tabelę wartości odżywczych tegoż owocu. Reita pokazał mu rysunek jego stroju, na co Kai zapchał się bananem w całości. Na rysunku, dosyć krzywym, widniały fioletowe warkoczyki, diadem i kimono w kwiaty.
        - Zdechniesz. W cierpieniu, bólu w AGONII. – syknął Aoi, naciągając spódniczkę na krocze, którego niestety nie była w stanie zasłonić.
 Ruki był szczęśliwy. W amarantowym komplecie czuł się świetnie.
      - Wyglądamy jak… - zaczął Uruha.
      - Jak The Violetta. – dokończył Kai.
      - Jak co? – Reita przekrzywił głowę zdziwiony.
      - Nie oglądacie Violetty?
      - Co to? – zdziwił się Ruki.
      - Nieważne…
      - Koniec tego, rozbierać się. Kto ostatni ten nie idzie do mnie chlać. – krzyknął Aoi i uciekł do pomieszczenia, w którym zostawił ubrania.

***

                          O umówionej godzinie wszyscy zeszli się już do domu gitarzysty. Stół był bogato zastawiony wszelkiej maści alkoholami, co nie uszło uwadze basisty, ubranego już normalnie. Aoi wprowadził bowiem zakaz używania jakichkolwiek różowych przedmiotów w obrębie jego mieszkania.
       - Yuu… Nie chcę nic mówić, ale jakaś koza właśnie żre ci spodnie.
       - Tamara, uciekaj. – ciemnowłosy machnął ręką na zwierzę. Koza zarzuciła łbem i pokłusowała do salonu. Zaraz niestety wróciła z kilkoma innymi. Widząc pytający wzrok przyjaciół, Shiroyama wziął głęboki oddech.
      - Nie przedstawiłem wam ich. Oto Tamara, Pan Guziczek, Kluseczka i Pysio.
Pysio wystrojony był w derkę bogato zdobioną kolorowymi pentagramami, Kluseczka miała obróżkę z odwróconym krzyżem, w który układały się również łaty na ciele Tamary. Pan guziczek miał natomiast obrożę z osiemnastoma dzwoneczkami, oddzielonymi od siebie w grupach po sześć sztuk. Z pyska Pysia zwisał przeżuwany różaniec.
        - Kyrie Eleison – westchnął Kai.
        - Przymknij się, dewocie. – ochrzanił go Takashima, wstając i zmierzając w stronę zwierząt, które powitały go bardzo otwarcie. Tamara zaczęła przeżuwać jego włosy, Pan Dzwoneczek ciągnął gitarzystę za palce, a Pysio usiłował dobrać się do krocza nowego znajomego.
       - Reita, pachołku, zabierz mnie stąd! – Ruki wskoczył basiście na kolana.
       - To ty mnie stąd zabierz. Jeszcze mi zjedzą brokat z butów!
       - Nie zjedzą. Przestańcie się zachowywać jak baby… - westchnął Aoi, obserwując wniebowziętego Kouyou, oddającego się kozom. Kai wyjął krzyż z kieszeni i zaczął się modlić, trzymając go w wyciągniętej w stronę zwierząt ręce.
       - Kai, to tylko kozy…
       - One są opętane!
       - Przyjdźcie jutro na mój mecz tenisa! – zawołał Uruha. – 16:00 na korcie.
       - Uruś, grasz w tenisa tylko ze względu na nazwę? – zapytał podpity już nieco Reita. – Wiesz, tenis-penis. – Kouyou przewrócił oczami.
       - Tia… - Aoi machnął na to wszystko ręką. Oparł się o blat z butelką Tequilli, popijając co jakiś czas. Uruha zajął się zwierzętami. Nie przeszkadzał mu fakt, że pozbawiły go połowy koszulki i paska od spodni. Akira siedział z podkulonymi nogami, walcząc z Rukim o to, kto będzie na kim siedział. W końcu towarzystwo się rozeszło. Kou jak sierotka, bez połowy ubrań, Kai roztrzęsiony, szepczący Skład Apostolski. Na każdą następną imprezę u Shiroyamy zabierał ze sobą habit i wodę święconą.


            
Następnego dnia, mimo kaca i opętań, Gazette zjawiło się na korcie, dokładnie o 16:06. Gdy okazało się, że Takashima ma numer szósty, Kai zemdlał i przez resztę turnieju Aoi musiał nosić go przewieszonego przez ramię. Turniej tenisa był czymś nowym. Gitarzysta próbował już chyba każdego sportu. Począwszy od czasów, gdy zamiatał lód do momentu gdy spadał z konia. Miłość do jazdy konnej mu jednak została, kochał wszystkie stworzenia kopytne, jakie chodziły po Ziemi. Do sportów zimowych zniechęcił się z chwilą, gdy miał na twarzy odcisk kija hokejowego. Amatorska liga koszykówki także była poza jego zasięgiem, ze względu na konieczność kąpania się w jednej łazience z bandą mięśniaków. Z siatkówką skończył, gdy serw o prędkości ponad stu km/h zakończył swoją podróż przez atmosferę na jego twarzy. Tenis wydawał się względnie bezpieczny, chociaż gdyby i z tym skończył nikogo by to nie zdziwiło. Kouyou bowiem, umiał złamać sobie palec grając w ping-ponga. Kiedy i tenis go zniechęci, pozostaną mu tylko szachy. Pokera też już próbował z Reitą, ale odstraszyło go to, że basista wmawiał mu że trzeba się rozbierać. Kiedy Kai się przebudził, Uruha wygrywał szósty mecz sześcioma punktami, co sprawiło, że ponownie stracił przytomność. Mimo braku świadomości, jego wargi poruszały się, bezgłośnie odmawiając jakąś modlitwę. 

Amen.


_________________

Niespodziankowy strzał ode mnie do Was. Mamy niedzielę, więc chyba jest jakiś związek.

sobota, 16 maja 2015

Dir en... Banane? (III)


             Shinya spojrzał się z przerażeniem na basistę.
             - To... Toshi….
             - Co? – basista uniósł brew, przyglądając się blondynowi.
             - Odbierzesz? – zapytał drżącym głosem.
             - Ty odbierz.
             - Nie. – Shinya rzucił telefonem w stronę przyjaciela.
             - Zabieraj to! – urządzenie powróciło do właściciela. Po odbyciu niezliczonej ilości lotów w tę i z powrotem, telefon upadł na podłogę. Połączenie „samo się odebrało”. Toshiya szybko włączył głośnomówiący.
             - Witaj, Shin-chan… - zaczął gitarzysta wesoło. Adresat wypowiedzi aż zadrżał ze zdenerwowania.
             - N… No hej. – odpowiedział usiłując zachować normalne brzmienie głosu.
             - Nie widziałeś przypadkiem gdzieś…
Blondyn zamarł, patrząc z przerażeniem na Toshiyę.
             - Mojego różowego…
Ręce perkusisty drżały jak nigdy przedtem.
             - …kocyka? – zapytał Kaoru. Basista zagryzł pięść ze śmiechu, a  Shinya wypuścił z siebie cały zapas tlenu, jaki kiedykolwiek udało mu się zgromadzić. Mogło się zdawać, że odetchnęły również jego tlenione włosy.
            - Nie… Ty masz różowy kocyk? – parsknął.
            - Antoinette miała, to nie mój.
            - Jasne…
            - Dobra, nie mam czasu. – lider rozłączył się, a Shinya natychmiast obdarował przyjaciela kopniakiem. Zaplótł ręce na piersi i wydął usta obrażony.
            - Kaoru dzisiaj wychodzi, raczej nie zauważy braku pamiętniczka. Kserujemy, dodajemy pamiątkowy wpis i oddajemy.

                                                     ***                                          
            - Kyo, czemu się drzesz? – Die zerwał się ze stołu, patrząc na zwisającego z oparcia sofy wokalistę.
            - Śniłeś mi się…
            - Ciekawie… Ale nie mów mi o tym. – westchnął gitarzysta. Przez chwilę w pokoju panowała całkowita cisza. – To ty tak śmierdzisz?
             - Nie wiem… - Kyo podniósł rękę do góry i powąchał pachę, a Die ponownie zasnął, co było idealną motywacją, by iść się umyć. Na ślepo wszedł do łazienki Die, nie mógł w takim stanie wyjść z mieszkania. Wiedział, że wczoraj przesadzili. Potknął się o dywanik łazienkowy, zaklął i poszedł w kierunku umywalki. Wymacał kostkę mydła, jak sądził. Przekonał się o swoim błędzie, gdy mydło zaczęło parzyć go w dłonie po polaniu wodą. Parzyć? Mydło dosłownie zapłonęło. Ożywił się i wyrzucił kostkę do góry. Wpadła ona prosto do muszli klozetowej, w męskim mieszkaniu wiecznie otwartej. W efekcie nastąpiło krótkie syknięcie, a następnie przenikliwy huk. Kiedy jasna chmura opadła, wokalista ujrzał sedes w dosyć nienaturalnej pozycji, mianowicie… Wbity w sufit. Na podłodze widać było ogromną plamę wody, mętnej od tego ciekawego „mydła”.
               - Die, mydełko wybuchło! – krzyknął przerażony Kyo, wybiegając z łazienki. Die podniósł się już z podłogi, na którą prawdopodobnie sprowadził go wybuch.
                - Co?
                - Masz kibel w suficie… - niższy podrapał się po głowie z zakłopotaniem.
                - Jak… - Die pośpieszył do miejsca zdarzenia. Sprawca podreptał za nim, dosyć niechętnie.
                - Jak żeś to, kurwa, zrobił? – gitarzysta wpatrywał się w spękane sklepienie ozdobione przez jego przyjaciela jakże niedumnie prezentującym się żyrandolem.
                - Mydło wpadło mi do kibla i…
                - Mydło?
                - No… Tam były dwa mydła…
                - To był sód, jełopie. Kto myje się sodem?
                - Po cholerę ci sód w łazience? – zdziwił się wokalista i przekrzywił głowę. Czuł się bardziej głuchy niż zwykle.
                 - Nie wiem… Ale, cholera, było napisane że to sód!
W rzeczywistości, Daisuke po prostu nie chciał odkrywać przed nikim swojej pasji związanej z chemią. Wolne chwile przeznaczał na zamykanie się w swojej piwnicy z zestawem małego chemika i przypadkowo zdobytymi substancjami. Biednemu gitarzyście zdarzało się czasem wlać wodę do kwasu, co skończyło się nie za dobrze dla jego włosów. Mniej więcej dlatego były czerwone, bo tylko taką farbę miał w domu. Die zaczął przywiązywać się do wizerunku w stylu Michała Wiśniewskiego.
                 - Nie widziałem, nie drzyj się! – krzyczeli na siebie. W końcu właściciel domu wpadł na pomysł zakręcenia zaworu od tryskającej wodą rury.
                 - Umyj się i coś z tym zrobimy… - westchnął.

Kyo potulnie wyszedł spod prysznica, nieco mniej śmierdzący. Tylko nieco, ponieważ ubrania były wciąż te same. Usiadł na kanapie, naprzeciwko strapionego przyjaciela, któremu właśnie wbił muszlę klozetową w sufit.
                - No to…
                - Zamknij się. Załatwię ekipę remontową, na którą się zrzucimy.
                - No dobrze.
W tej chwili zadzwonił dzwonek do drzwi. Die niechętnie zwlókł się z kanapy. Kiedy otworzył drzwi, Shinya i Toshiya niemal go stratowali.
               - Zamykaj drzwi, szybko! – rozkazał perkusista.
               - Spokojnie, skąd ten pośpiech…
               - Mamy dziennik Kaoru.
Drzwi trzasnęły szybko zamykane.
               - Co macie?! – zapytał Die z zachwytem.
               - Pamiętniczek Fransua Żenua – powtórzył Toshiya, machając futrzastą książeczką przed nosem przyjaciela, który wyciągnął powoli ręce po trofeum. Miało się wrażenie, że w jego oczach zaraz pojawią się różowe gwiazdki. Gdy tylko basista upuścił pamiętnik na jego otwarte dłonie, gitarzysta szybko zaczął go wertować. Kyo przyglądał się wszystkiemu, jednak ciekawość zwyciężyła. Wspiął się na plecy Die i towarzyszył mu w przeglądaniu autobiografii lidera.
                - Oddawać, zaraz sobie poczytacie. Przyszliśmy porobić ksero, bo dzienniczek trzeba jak najszybciej oddać. – Shinya zabrał dzieciom zabawkę.
                - Nogi nam z dupy powyrywa… - dodał Toshiya, kręcąc głową.
                - To zapraszam.

***

              - Co robi? – zapytał basista, trzymając blondyna na rękach, by mógł obserwować Kaoru przez okno.
              - Piernął i wyszedł z kuchni.
              - Czyli jest bezpiecznie… Właź.
Shinya pchnął okno, które bez problemu otworzyło się. Podciągnął się na parapecie i postawił na nim nogę. Nagle usłyszał zbliżające się śpiewy Kaoru. Odskoczył w tył, padając jak długi między grządki.
             - Cicho! – szepnął, usiłując się pozbierać.
              - Zobaczyłem ją w sklepie… Kupowała banany… - śpiewał nieświadomy publiczności gitarzysta. – Była taka samotna… Nie mogłem jej zostawić.
Części występu włamywacze nie usłyszeli przez salwy zdławionego śmiechu.
              - Jej czerwone usta ogrzały moje serce… Ooo, ooo. Jej gładkie ciało dotykały me dłonie… Ooooo
Śpiew zaczął się oddalać. Podejście numer dwa rozpoczęte. Toshiya podrzucił młodszego, na co ten dosłownie wpadł do mieszkania. Już docierał do lodówki, już wkładał dziennik między jajka, gdy poczuł rękę Kaoru na ramieniu. Zapiszczał przerażony.
              - Shinya! – wrzasnął lider.
              - No zabrakło mi jaj, to przyszedłem.
              - Tobie od zawsze brakuje jaj.
              - A tobie głosu. – Shinya uśmiechnął się złośliwie, nie wypuszczając jednak z siebie chęci przyłożenia gitarzyści jakimś jajkiem.
              - Czy wy mieliście to u siebie? – Kaoru przeraził się na widok różowego zeszyciku w ręce blondyna.
              - Tak, pożyczyliśmy i właśnie przynosimy z powrotem. A więc pozwól, że zostawię i już cię opuszczę. Papa! – jasnowłosy wepchnął własność ręce właściciela i już chciał się zwijać, gdy Kaoru rozsmarował mu na twarzy ser pleśniowy.
              - Nigdzie nie idziesz. Czytaliście to?
              - Tak, złotko. – rozpromienił się perkusista, tuszując strach.
              - Odpokutujesz! ZA FRANCJĘ!
              - TOSHIYA! ŁAP MNIE!
Jasnowłosy wyskoczył przez okno. Szybował niczym łabędź, przecinając ciałem błękit przestworzy. Dramatyczną scenę przerwało głuche uderzenie o ziemię.
               - Miałeś mnie złapać… - jęknął cierpiętniczo, gdy leżał już na ziemi.
               - Poleciałeś obok…
Kaoru wyszedł drzwiami frontowymi uzbrojony w pilniczek do paznokci i papier toaletowy. Był wkurzony. Ba, złość z niego kipiała. W tej chwili zupełnie nie obchodziła go przyszłość, chciał po prostu jak najszybciej pozbawić życia swój zespół. Bez wyjątku. Niedobrze jest wiedzieć za dużo.
               - Oczy wam wydłubię… - syknął i ruszył sprintem pod okno. Skoczył na perkusistę i warknął niczym lew, na co biedny perkusista zamknął oczy i się odwrócił. Toshiya wepchnął Kaoru batona między zęby.
               - Kiedy jesteś głodny, nie jesteś sobą. – skomentował. Kaoru rozpłakał się i zaczął pukać Shinyę pilniczkiem po czole.
Perkusista podniósł się i zabrał liderowi pilniczek, zakopując go między grządkami piwonii. Papier toaletowy się przydał. Kaoru pogrążony w rozpaczy wykorzystał go do smarkania i wycierania oczu.
               - Jak mogliście, nie chciałem żeby ktoś to widział… - rozpaczał zniekształconym przez batona głosem. Toshiya i Shinya mieli przez niego wyrzuty sumienia. Pochylili się nad nim.
               - Kao… - w tym momencie obydwoje zostali spoliczkowani.
               - Macie przejebane. – lider uśmiechnął się szeroko.

               Kaoru zaciągnął dwójkę przestępców pod mieszkanie Die. Zapukał glanem do drzwi, pozostawiając w nich wgniecenie. Gdy w drzwiach pojawił się gitarzysta, Kaoru sprzedał mu cios w policzek z otwartej dłoni. Popchnął go, aż upadł i pociągnął towarzyszy do środka. Kiedy Kyo przyszedł sprawdzić co się dzieje, także nie ominęło go spoliczkowanie.
               - Baczność! – gitarzysta wyciągnął bagietkę zza marynarki i machnął nią jak dyrygent batutą. Zespół ustawił się pod ścianą, wszyscy z logo Heyah na twarzy. Shinya spuścił głowę, za co oberwał bagietką w podbródek.
               - W związku z zaistniałą sytuacją… - Kaoru spojrzał w stronę otwartej łazienki. – Dlaczego masz kibel na suficie?
               - Kyo go…
               - CISZA! – rozdarł się posiadacz nie do końca prostych włosów. – W związku z zaistniałą sytuacją, jestem zmuszony do… - zawiesił głos, widząc przerażone spojrzenia utkwione w nim samym. - …obrażenia się na was. – dokończył.
               - Kaoru, pojutrze trasa koncertowa!
               - Dlatego obrażę się na was do jutra. S'il vous plait.
               - Spoko. – Die wzruszył ramionami. Widząc wzrok Kaoru, osunął się na kolana.
               - Merci, lider-sama, merci!

***

                Wycieczki samolotem nigdy nie są łatwe. Naprawdę nigdy. Zwłaszcza dla totalnie nieogarniętej grupy.
                - Boże, co ty masz w tej torbie… - biadolił Shinya, niosąc bagaż Kaoru.
                - Trumnę dla ciebie, jeśli się nie zamkniesz. – ofiara groźby szła dalej w ciszy. Odprawa poszła szybko. W przeciągu godziny wszyscy zajęli swoje miejsca w samolocie. Był to wielki Boeing, więc udało im się usiąść w pięć osób obok siebie. Kaoru przy oknie, Toshiya obok niego, dalej Die, Shinya i Kyo. Po starcie Kyo zaczął ostentacyjnie żuć gumę. Lider podniósł się, żeby iść do toalety. Z wywracaniem oczami, ociąganiem się umożliwiono mu tę podróż. Przeszedł przez samolot, chwaląc gust muzyczny jednej dziewczyny, słuchającej właśnie „Un Deux”. Poklepał ją po ramieniu i uśmiechnął się, kierując kciuk do góry i wskazując na jej telefon. Kiedy dziewczyna odsunęła się od niego i szepnęła coś do koleżanki, wywrócił oczami i poszedł dalej. Chciał być miły, ale nie wyszło. Cóż. Wszedł do jakiegoś pomieszczenia, które było nie toaletą, a szafą na płaszcze. Stewardessa zaraz go stamtąd wyrzuciła i skierowała do właściwego wychodka. Kaoru wrócił na swoje miejsce, co znowu spotkało się z odgłosami dezaprobaty. Kiedy jednak wychodził do toalety po raz szósty, Kyo nakrzyczał na niego i polecił żreć bagietki, zamiast pić wodę. Lider nie przejął się jednak tym i buntowniczo napił się maślanki. Chodził do toalety ze strojoną częstotliwością. W finale wylądował najdalej od okna. W pewnym momencie Shinya i Die zdecydowali się pójść, kupić coś do zjedzenia i przy okazji zapytać o coś stewardessę. Drogę przerwał im pisk tej samej dziewczyny, która olała Kaoru. Spojrzeli się na siebie zaskoczeni. Dali autografy, pouśmiechali się, odpowiedzieli jej na kilka pytań i poszli po to, po co właściwie wstali. Kiedy wrócili, Kaoru mierzył ich nienawistnym spojrzeniem.
                        - Mnie nie poznała.
                        - Ups? – roześmiał się Die, przeczesując włosy.
___________________
Już tak blisko!
Wszystkim osobom, które będą bawić się z chłopakami w Progresji życzę niezapomnianego koncertu i żeby nic Wam dnia nie zepsuło.
I możliwe, że pojawi się pokoncertowy shot. Inspiracja pewnie będzie, będzie jej najprawdopodobniej pięćset razy więcej niż zwykle. Sprawdzanie mnie zjadło, więc mogą być błędy, za które przepraszam.
Dziękuję za wszystkie komentarze, których ostatnio jest, jak dla mnie sporo. Właściwie to nieważne ile, ważne że są. Duże A R I G A T O U!
***Do znających się na HTML itd... Walczę z interlinią posta. Ktoś wie, czemu po wklejeniu z worda robi się do połowy ok, od połowy jakaś nie ok?

niedziela, 3 maja 2015

Teru Potter

         Istny zamęt. Chaos. Poplątanie.
         Tylko te słowa mogły opisać to, co obserwować można było obecnie na planie filmowym. I to nie byle jakiego filmu! Otóż, w przygotowaniach była nowa ekranizacja cyklu powieści opowiadających o „chłopcu, który przeżył”. Niestety, na planie sprawa miała się nieco inaczej. W rzeczywistości chłopiec ledwo uszedł z życiem przez napad wściekłości Hizakiego w przebraniu bijącej wierzby. Ubrany w kruczoczarną perukę, okrągłe okulary i z namalowaną na czole blizną Teru prezentował się co najmniej dziwnie, żeby nie użyć stwierdzenia, że nieswojo. Jeżeli chodzi o Hizakiego, to nie musiał się on nawet przebierać. Z trudem udało się go namówić na odgrywanie żeńskiej roli, ale zgodził się, gdy reżyser Gackt wygarnął mu widłami fakt, że nie nadaje się na mężczyznę. Długowłosy przyjął do siebie tę wiadomość, nabierając powietrza w piersi, sztuczne co prawda, i spuszczając je powoli, bez zapomnienia o policzeniu do dziesięciu. Masashi siedział na uboczu, usiłując doczepić sobie kota do twarzy, gdyż na zakup sztucznej brody nie starczyło funduszy, a Kamijo walczył z reżyserem na pozwolenie, by wprowadzić zmiany w scenariuszu i uczynić profesora Snape’a wampirem. Skończyło się to tak, że wampirze kły trzeba było mu zabierać siłą. Jedynymi osobami, które całkowicie pogodziły się ze swoim losem był Kaya i Zin. Brunet stał w szmaragdowo-szkarłatnej sukni, z włosami uczesanymi w wysoki, nienaganny kok i przypatrywał się uśmiechnięty wszystkiemu. Zin zaś w końcu mógł cieszyć się wzrostem, ponieważ do roli Dumbledore’a musiał założyć bardzo, bardzo wysokie buty na koturnie. W końcu cieszył się możliwością patrzenia na wszystkich z góry. Wszystkich, prócz Kamijo. Ten bowiem, umiał patrzeć na człowieka z góry, będąc od niego cztery piętra niżej. W wolnych chwilach, blondyn próbował wygiąć szyję w ten sam sposób co starszy wokalista, ale nigdy mu się nie udało. Raz finał był nawet taki, że Hizaki musiał odwozić go na pogotowie.  Po prostu dla normalnego człowieka, zamienienie szyjnego odcinka kręgosłupa w odwrócone „V” było fizycznie niemożliwe. Szyja lidera Versailles mogłaby robić za znak firmowy grupy, gdyby tylko postawić wokalistę na jabłku Adama. Ale to też raczej należało tylko do marzeń i chorych wyobrażeń Zina. (dop. aut. i autorki…)
        A co z Yukim?
        Biedny perkusista wstydził się wyjść z przebieralni w rudej peruce.
        - Yuki, co ci zależy? I tak prawie nie masz przyjaciół… - westchnął Teru stojąc przy zasłonce, za co Gackt dźgnął go widłami. Brutalne wspomnienia z rodzinnej farmy, sprawiły że reżyser nie ruszał się z domu bez owego narzędzia. Teru podskoczył zaskoczony.
        - W Trytona się bawisz? – żachnął się, rozmasowując pośladek.
        - Nie, w twoją matkę. Wyciągnijcie dinozaura i zaczynamy. – oświadczył Gackt, patrząc na zegarek. Nie przejmował się, że gadżet nie działał od kilku lat, twierdził, że spoglądanie na zegarek buduje wokół niego aurę niedostępności. Tak jakby nieustannie gonił go czas.
         - I że ja mam niby tak wyjść?! – rozległ się gardłowy wrzask Hizakiego. Przeglądał się w lustrze, stojąc ubrany w mundurek Gryffindoru i przyglądając się swojej, dosyć oryginalnej fryzurze, którą Gackt układał widłami, inspirując się modą prosto ze stodoły.
        - Tak. Zaczynamy! Harry Potter, scena pierwsza, na pozycje! – krzyknął rozwścieczony Camui, ciskając swoim atrybutem w ziemię i zasiadając na krzesełku.

         Zza wzgórza wyłoniły się trzy sylwetki. Teru Potter, Hizaki Granger i Yuki Weasley. Zatrzymali się, patrząc w dolinę.
        - Hermiona… - zaczął Teru.
        Odpowiedziało mu tylko donośne beknięcie Hermiony.
         - STOP, STOP! – wydarł się Gackt.
         - Wymsknęło mi się. – zachichotał Hizaki, zasłaniając usta ręką.
         - Masz pogłos… - Yuki pokiwał głową z podziwem.
         - Od nowa, kaszaloty!
Tym razem wszystko poszło tak, jak powinno.
         - Hermiona, czy Hagrid nie…
         - Nie.
         - Nie gadajcie tyle, chodźmy do niego! – wyrwał się obecnie rudy Yuki i zaczął biec w dół skarpy. Cudem się nie wywalił, co przyprawiło Gackta o szybsze bicie serca. Stwierdził jednak, że nada to scenie pewnego realizmu i zostawił sytuację w spokoju.
         - Cięcie! Brawo, szarpidruty! – klasnął w dłonie, lecz widząc że Yuki ma ochotę klasnąć w niego, dodał szybko – I brawo pałkarze. Teraz inaczej, mamy długą scenę, nie spieprzcie tego.
              
                  Załoga przeniosła się do domku w dolinie.
                  Hizaki, Yuki i Teru wpadli do domku Hagrida. Mężczyzna siedział przed kominkiem, popijając miód pitny. Odwrócił się, a jego broda spojrzała się na przybyszy. Masashi uśmiechnął się szeroko.
         - Dzieńdoberek, wchodźcie. – zaprosił ich do środka. Pogłaskał się po brodzie, a raczej usiłował ją uspokoić.
          - Herbatki? – wyszczerzył się. W tym momencie kot odczepił się od jego twarzy i uciekł. I znów trzeba było zaczynać od nowa, tym razem z inną charakteryzacją.
         - Herbatki? – Masashi uśmiechnął się trochę ostrożniej niż ostatnio.
         - Hagrid, przyszliśmy porozmawiać… - Hizaki spojrzał się na niego z przejęciem.
          - No to słucham…
          - Harry? – Yuki puknął Teru w ramię.
          - Malfoy coś knuje. – gitarzysta obudził się z letargu, obracając głowę gwałtownie w stronę Masashiego. Nagle do chatki wparowała profesor McGonagal ze Snapem.
        - Nie wiem, czy młodzież wie… - syknął obecnie czarnowłosy Kamijo – Ale powinna już być w dormitorium.
        - To niedopuszczalne, żebyście włóczyli się po błoniach o tej porze! – zapiszczał Kaya.
        - Ale…
        - Minus pięć punktów dla Gryffindoru. Coś jeszcze, panno Granger?

         - IDEALNIE, BANDO UŁOMÓW! – rozpromienił się Gackt.

                                                              ***

                  Harry i Dumbledore szli ciemnym korytarzem, oświetlonym jedynie bladym blaskiem księżyca. Było słychać tylko stukot koturnów Zina i szelest sztucznej brody.
         - Masz moc, Harry… - zaczął długobrody, po czym potknął się i upadł.
         - A mama mówiła, zostań rolnikiem… - Gackt pokręcił głową.

                                                               ***

        - Hermiona…
        - Ron…
Ich twarze były coraz bliżej siebie. Nastroju dodawały płonące świece w dormitorium. Patrzyli sobie w oczy, zupełnie jak para zakochanych. Yuki poczuł na twarzy czosnkowy oddech Hizakiego. Z trudem powstrzymał się od ucieczki. Zbliżył usta do warg długowłosego i kichnął gwałtownie, uderzając księżniczkę z główki.

        Trzymając torebkę z lodem przy czole i żując miętową gumę, Hizaki mierzył Yukiego morderczym wzrokiem. Kamijo podszedł do niego od tyłu i objął lekko, właściwie samemu nie wiedząc po co. Gitarzysta odruchowo wbił mu łokcie pod żebra i przyłożył w twarz torebką z lodem.
       - Pedał. – prychnął i schował się w przyczepie z przebieralnią. Kamijo jęknął z bólu i podniósł się.
       - Hamulec… - rzucił i przysiadł na ławce, biorąc telefon do ręki. Kaya dosiadł się do niego i oparł mu głowę na ramieniu.
       - Co roooooobiiiiiiisz?! – krzyknął blondynowi do ucha.
       - Dodaję twoje zdjęcie na twittera, uśmiech! – Kamijo zrobił im zdjęcie, do którego specjalnie wywalił język i wyszczerzył zęby. Brunet zaś wyglądał, jakby spalił niedawno minimum całe pole konopi.
       - Zabiję. – Kaya podniósł się i spojrzał się lodowato na przyjaciela, który opublikował wpis i schował telefon do kieszeni, uśmiechając się przy tym niewinnie.
       - Spokojnie. Jeszcze ci różdżka w tyłek wejdzie i jej nie znajdziemy. – Snape pogłaskał panią profesor po grzywce. Kaya zawarczał i wyciągnął ręce w stronę przyjaciela. Ten przybił mu piątkę i uciekł do tej samej przyczepy, do której wcześniej zwiał Hizaki. Niestety, długowłosy właśnie zmieniał sukienkę. Dla wampira skończyło się to podbitym okiem.
       - I co? – Kaya zaplótł ręce na piersi.
        - Przepraszam…
               
       Gdy udało się zatuszować rany bojowe Snape’a, można było przystąpić do następnej sceny. Sceny walki. Sceny walki Harrego z Voldemortem.
        - Harry Potter. Chłopiec, który przeżył więcej nie ujrzy swych przyjaciół… - zaśmiał się złowieszczo Hizaki, który uparł się by dostać rolę Czarnego Pana.
         - Mylisz się!
         - Avada Kedavra! – Voldemort wyciągnął puchatą różdżkę zakończoną gwiazdką, którą niegdyś torturował Masashiego.
Harry zdołał odeprzeć atak.
        - A więc tak się bawimy… - Hizaki obrócił się. Podpełznął do niego Masashi w lateksowym kombinezonie, udający Nagini. Syknął coś do swego pana, który zaczął coś mu odpowiadać. Powoli odwrócił się, patrząc na Teru.
        - Trzynaście lat… I wszystko przez jedno, nędzne istnienie. Nagini! – wskazał wężowi cel ataku. Masashi poczołgał się w stronę swojej potencjalnej ofiary i rzucił się na Teru, powalając go na ziemię.
       - Zapłacisz mi za to! – dodał Hizaki. Masashi wstał z ziemi, masując plecy.
       - To się nie uda…
       - No co ty? Ile ty ważysz… - jęknął Teru sarkastycznie, usiłując podnieść się z pozycji leżącej. Basista nie należał do najlżejszych. Tylko on nadawał się długością ciała na węża, poza tym kostium leżał idealnie. Obcisłe, lateksowe, w deseń wężowej skóry wdzianko opinało dokładnie całe ciało bruneta. Podał rękę Harremu.
       - Gackt, on tego nie przeżyje…
       - Było tyle nie żreć. – warknął reżyser. – Powtórka, bo wbiję ci widły w zad.

        Posiniaczeni, półżywi aktorzy zakończyli serię nagrań. Nic tak nie cieszyło jak siedzenie w luźnym dresie, na przeklętej polanie przy ognisku na podsumowanie zdjęć. Gackt powstał wyniośle. Kamijo siedząc, popatrzył się na niego z wyższością. 
        - A więc… Finał. Nadszedł ten piękny moment. Dzięki wam jestem tutaj. Ja, człowiek bez przyszłości, wychowany na rolnika…
        - Jesteś sławny, cepie… - przerwał mu Hizaki.
        - … Stoję przed wami, jako reżyser. Jako artysta, twórca majstersztyku, który kiedyś zabłyśnie jak gwiazdy na tym pięknym  nieb…guyghybgyubyg… - Masashi wepchnął mówcy upieczoną kiełbaskę do ust.
         - Zamknij się, serio. Nadszedł ten piękny moment, kiedy nie musicie podziwiać mojej dupy w lateksie.
         - I mojej szopy na głowie.
         - I moich zwykłych kłów.
         - W sumie to masz niezły tyłek… - westchnął Teru z rozmarzeniem.
         - Pedał. – skwitował Hizaki, oblizując kiełbaskę ze skapującego tłuszczu.
Białowłosy spojrzał na niego z politowaniem.
         - I nie jestem już rudy. – ucieszył się Yuki.
         - A ja wysoki! – załkał Zin, na co Kaya poklepał go po ramieniu.
        - Tamta sukienka była taka ładna! – jęknął teatralnie brunet.
        - A przytkajcie się tą kiełbasą… - zakończył Masashi, najbardziej poszkodowany nagrywaniem.

_________________
A tu taki efekt majówkowej weny.

Pozdrowienia dla Syo ^^

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Dir en... Banane? (II)


                 Cudownego i pięknego dnia, Kaoru obudził się pierwszy raz w od dawna przed godziną piętnastą. Do jego czarnego pokoju, o ścianach pokrytych plakatami Kyary Pamyu Pamyu i Babymetal, zaglądały poranne promienie słońca, wesoło rażąc w oczy gitarzystę. Przeciągnął się, czując poranną rześkość i wypoczęcie, przy okazji przewracając stertę pudeł po pizzy, mierzącą dokładnie metr i siedemdziesiąt osiem centymetrów.
               - Witaj, Antoinette. - pogładził czerstwą już bagietkę, która leżała obok niego na poduszce. Odsunął kołdrę.
Złocistą, twardą jak kamień skórkę pieczywa pokrywał jasny meszek. Kaoru pokręcił głową i uśmiechnął się lekko. 
                - Och, kochana... Dojrzewasz! - zapiszczał. Zgarnął przyjaciółkę z pościeli, podbiegł do okna, otworzył je i wyrzucił ją jak najdalej potrafił. Zdecydowanie wolał "nieletnie" bagietki, zdatne do ewentualnego spożycia gdyby przypadkiem znalazł się w pułapce. Nie był pedofilem, nic z tych rzeczy. Lubił po prostu, gdy pod twardą powłoką, kryła się delikatna niczym obłoki na błękitnym, majowym niebie osobowość. Był także fanem gładkiej skóry, którą Antoinette niestety nie mogła się poszczycić. Tak szybko dorosła... Kaoru powędrował do łazienki, by pozbyć się oleju nałożonego wieczorem na włosy. Co jak co, ale czupryna była dla niego sprawą pierwszoplanową. Można by skwitować go stwierdzeniem "włosomaniaczka reprezentująca płeć męską". Choć... Co do płci Kyo i Die miewali czasem wątpliwości. Tak czy siak, lider rockowego zespołu musi posiadać piękną kaskadę błyszczących włosów, opadającą zmysłowo na ramiona, by przyciągać fanki... fanów... i bagietki, w ostateczności. Szorując kasztanowe fale, gitarzysta stwierdził, że skończy z chwytaniem za ostatnią deskę bagietkę ratunku i zakończy jakże niedumny rozdział swego życia, traktujący o miłosnych podchodach w piekarni. 

***

             - Zabieraj stąd tego buciora! - głośny szept basisty rozległ się w ogródku lidera, pod samym balkonem, który właściciel pozostawił otwarty nie wykazując się przy tym zdolnością abstrakcyjnego myślenia, jaką natura obdarzyła już małpy.
            - Którego? - zapytał niewinnie Shinya, wspinając się po przyjacielu, by dosięgnąć rogu balkonu. 
            - Najlepiej i ten z mojego nosa i ten z ramienia.
            - Lecę! - krzyknął perkusista i runął między grządki piwonii i petunii.
            - Shin-chan... Drzwi są otwarte... - mruknął zażenowany Toshiya, pociągając za klamkę. Perkusista zaklął, podniósł się i pozbywszy się ziemi z ciemnych jeansów, dosłownie wskoczył do środka. Za nim spokojnie i w ciszy wszedł brunet, cicho zamykając drzwi. Z łazienki dobiegał szum wody i zawodzenie. Shinya wzdrygnął się.
           - Czyli to prawda... - szepnął.
           - Co?
           - Że on hoduje lwy morskie w wannie...
           - To nie lwy morskie, to foczka Kaoru-san... - westchnął ciemnowłosy, drapiąc się po głowie.
Obaj wiedzieli, że rytuał kąpielowy gitarzysty trochę potrwa. Mieli więc wystarczającą ilość czasu na poszukiwania. Tylko tu nasuwało się pytanie - gdzie mógł znajdować się puchaty zeszycik z zapiskami dotyczącymi życia fana Francji?
         

            - Jak dla mnie trzyma to z bielizną.
            - Brudną, czy czystą?
            - To to się rozdziela? - Toshiya zdawał się być zaskoczony.
            - Eee... - zawahał się blondyn. - Nieważne. Ty sprawdzasz. - skrzywił się.
Niestety, nie było tam niczego co wskazywałoby na obecność dziennika. Znaleźli jedynie parę myszy, prawdopodobnie ser pleśniowy i opakowanie po czerwonej fasoli. W wyglądającym na czyste mieszkaniu zupełnie nie spodziewaliby się takich znalezisk. Nie spodziewaliby się, gdyby owe mieszkanie nie należało do tak dobrze znanej im osoby, która swój lunch wyciąga z kapelusza, niczym jakiś średniej klasy magik. Kiedy przetrzepali wszystkie możliwe i niemożliwe miejsca, najciemniejsze dziury i zagłębienia domu gitarzysty i nie znaleźli ani jednego, najmniejszego nawet skrawka papieru, który nie pochodził z książki, spojrzeli się po sobie ze zrezygnowaniem.
             - Nie ma...
             - Kąpie się z nim, czy co? - żachnął się ciemnowłosy.
             - Nie wiem, ale zjadłbym coś... - perkusista zaczął zmierzać w stronę kuchni, przy akompaniamencie kolejnych, oślich brzmień dochodzących z miejsca szatańskich obrzędów mycia włosów. Toshiya osunął się, pozbawiony wszelkiej nadziei, na kanapę.
            - Jest! - na dźwięk słów Shinyi, basista wstał i pobiegł do kuchni. Blondyn stał przy lodówce z zachwytem w oczach, wpatrując się w jej zawartość.
            - Jajka? Serio, obłożył to jajkami? - zdziwił się starszy. Shinya, nie dbając o nic wyciągnął szybkim ruchem dziennik z lodówki. Schował go szybko pod koszulkę i zatrzasnął lodówkę.
           - Zmywamy się.
***
     Kochany Pamiętniczku
Będę tu zapisywać swoje życie, od początku do końca, z każdym szczegółem. 
Dzisiejszy dzień można zaliczyć do udanych. Udało nam się uformować zespół. Poznałem czterech przychlastów, są trochę głupi ale i tak ich lubię. Gitarzysta chciał umówić się z perkusistą, więc będzie ciekawie. 

              - Stop! - jasnowłosy przerwał czytanie. - Mam rozumieć, że Die...
          - Nie, myślał że jesteś babą. - wyjaśnił mu przyjaciel. - Czytaj dalej.
Perkusista przewrócił kartki do bardziej aktualnych wpisów, gdyż te interesowały go najbardziej.

                    Zmoczyłem spodnie z radości.

Ten fragment rzucił mu się w oczy, co sprawiło, że zaczął przewracać strony w zastraszająco szybkim tempie. Dopiero, gdy Toshiya złapał go za ręce, a łokciem przysunął dziennik bliżej siebie, uspokoił się. Basista podniósł pamiętnik, otworzył na przypadkowej stronie i zaczął czytać.

                  Nie wiem już, co mam robić. Zakochałem się. Ona jest w mojej głowie, w mojej pamięci, nie może odejść sprzed mych oczu. Jest w snach, marzeniach... Wszędzie. Ona, cudowna, egzotyczna, tak bliska, a jednocześnie tak odległa... Jest piękna i zachwycająca w każdym calu. Kocha sztukę, a jej historia porusza mnie i zachwyca do granic możliwości...

         - Ale on jest głęboki...
         - Skąd wiesz?
         - Zamknij się... - perkusista odwrócił się w stronę okna.

                   Kocham każdy jej cal. Gdy morze obmywa złoty, piaskowy odcień jej ciała, gdy obsypują ją krople letnich deszczy...
Po prostu, tam zostawiłem swoje serce. Jeden, jedyny raz pokochałem jakiekolwiek istnienie z taką niewysłowioną siłą.
O, moja muzo, kiedyż będę mógł znów cię ujrzeć?
Francjo!

          - Niczego nie żałuję. Robimy ksero, za parę lat będzie z tego niezła książka. - zaśmiał się jasnowłosy.
          - On jest chory.
          - Jak do tego doszedłeś?

                     Francjo, ojczyzno mej duszy...

                     W jej imię zadecydowałem zmienić się na lepsze. Muszę spróbować przeżyć wewnętrzną przemianę. 

Poznałem także kobietę.






Jej imię brzmi Antoinette. 
Poznaliśmy się w piekarni. Skusiła mnie zmysłowym zapachem od jej złocistej skóry. Piękny kształt jej ciała, ideał w każdym calu pobudzał moje zmysły do czerwoności. 




                Na odwrocie strony wklejone było kolorowe zdjęcie rzeczonej piękności. Piękności, z którą bliskie spotkanie odbyło kiedyś czoło Shina. Mężczyźni zlustrowali fotografię wzrokiem, który na pewno nie wyrażał "pobudzenia zmysłów". Toshiya przewrócił kilka kartek w tył. Powrócił do czytania na głos.


                 Dzisiaj koncert. A ja zjadłem wczoraj czternaście ogórków i popiłem maślanką. Boję się.
Ogólnie, zapowiada się dobrze. Shinya prawie wywalił się ostatnio, wchodząc na scenę, a Toshiya znowu odmówił sprzątania nam łazienek. Pewnie przez te ogórki... Starałem się dobrze wyperfumować kibel...
Ostatnio czuję się jakoś źle ze samym sobą. Oczywiście nadal jestem cudowny, ale tylko cudowny. Nie podoba mi się to, że brakuje mi na siebie określeń. Powinienem chyba porozmawiać z psychologiem o problemach z samoakceptacją.
Moja mama miała urodziny! Wysłałem jej książkę "Jak radzić sobie ze starością?". Nie wiem, dlaczego nie odbiera...
I poczciwy Kyo dał mi płytę Fasolek. Podziękowałem mu pięknie, ale potraktował to jako żart. Jako fan mocnego grania, ten polski klasyk jest bardzo bliski mojemu sercu.
       "Szczotka, pasta, kubek, ciepła woda...
        Tak się zaczyna wielka przygoda!"
Naprawdę, są niesamowici. Lubię też oglądać ich PV.

             Wokół tego wpisu znajdowało się tyle serduszek rysowanych kredkami świecowymi, że basista zatrzasnął zeszycik w trybie natychmiastowym.
              - Pan Francja jest psycholem. - stwierdził.
              - Pan Francja skopie nam tyłki.
 Nagle w pokoju rozległ się dźwięk telefonu. Shinya odblokował ekran. Zbladł. 
Dzwonił Kaoru.

___________________________

Przybywam z drugą częścią moich psychoz! Będzie ich z pewnością jeszcze więcej.
Bardzo cieszy mnie, że na blogu jest jakakolwiek aktywność i odzew z Waszej strony. Motywujecie ^^ Dziękuję!

Wena dosłownie się ze mnie wylewa, niczym woda z łazienki Kaoru. Tak więc... Czy są jakieś zespoły, o których rzeczy tego typu chcielibyście tu znaleźć? Pomijając Gazetto, bo tu już zbieram pomysły.

Niech ten tydzień szybko minie, byle do majówki!


            

wtorek, 7 kwietnia 2015

Dir en... Banane? (I)

      - Etto… To jak nazwiemy nasz zespół? – zapytał Kaoru leniwie mieszając swoją kawę.
      - Nie wiem… O, zobacz. Tam siedzi Niemiec, Francuz i Anglik! – niski mężczyzna wyprostował się, usłyszawszy języki, które udało mu się rozpoznać  i wskazał dyskretnie palcem „Międzynarodowy Stolik”.
      - Stary, jesteś świetny! – rozradował się wyższy i z hukiem wstał od stołu. Pognał w kierunku obcokrajowców.
      - Ale…  - Tooru zastygł z uniesioną ręką. Wzruszył ramionami, zabrał kawę i podążył za przyjacielem.
      - A więc powiedzcie pierwsze słowo w waszym języku, jakie przyjdzie wam na myśl. – mówił wyższy łamanym angielskim, szczerząc  się do Europejczyków.
      - Die Banane!
      - La banane?
      - Banana?
      - Ech… Nie o to do końca chodziło… Coś krótszego i prostszego?
      - En…
     - Dir!
     - Grey. 
     - O, lepiej. O bananach będziemy pamiętać, dzięki!


      - Banane en Grey?
      - Dir en banana?
      - DIR EN GREY, IDIOCI!

       I tak oto zaczęła się cała ta historia. Historia niezbyt błyskotliwych wokalisty i gitarzysty, chcących wsadzić banana nawet w nazwę własnego zespołu oraz niewiele odróżniającej się od nich pod tym względem reszty.  I tak oto zespół ten po latach działalności przygotowywał się do trasy po Europie. I nie, wcale nie zespół Aspergera, Downa, czy też Turnera, choć pierwsze wrażenie po przeczytaniu wstępu tak mogłoby wyglądać. Najzwyczajniej w świecie, kolejnego pięknego dnia, Shinya, Kyo, Die, Toshiya i Kaoru odbywali rutynową próbę.
      - Merci! – skłonił się lider, kończąc próbę. – Zaraz wrócę! – oznajmił nie przestając mówić z francuskim akcentem. Zamknął za sobą drzwi. 
      - Od kiedy on już tak…? – zapytał Shinya, odkładając pałeczki.
      - Ee… Miesiąc temu przykleił sobie tego wąsa, a mówi tak chyba od tygodnia. – odpowiedział Die drapiąc się po głowie. Lider-sama bowiem, zaczął czuć się Francuzem odkąd ustalono przebieg trasy koncertowej. Stwierdził, że francuski wąsik będzie mu pasował, a gdyby dodać do tego nieco słówek z języka miłości… Ce magnifique. Efekt był jednak taki, że biedny Kaoru stał się obiektem drwin.
      - Dobra, trzeba trochę tu dzisiaj ogarnąć. – rzeczony obiekt drwin ponownie zjawił się w sali razem z… Wielką bagietką. 
      - Tak, tak, możesz nam tylko powiedzieć, po jaką cholerę… - zaczął Toshiya, nieco zaskoczony nową towarzyszką przyjaciela.
      - Milcz, szarlatanie i wynieś śmieci!
      - Dlaczego znowu ja?! – oburzył się ciemnowłosy.
      - Bo jesteś basistą. – Kaoru machnął bagietką i rozsiadł się w fotelu.
      - Kiedy osrał mnie ptak powiedziałeś to samo. – basista zaplótł ręce na piersi i spojrzał się z irytacją na lidera.
      - Nie widzisz związku? – otrzymał w odpowiedzi. Prychnął i wywrócił oczami.
      - Dobra, wyniosę z tobą te śmieci. – mruknął Shinya i podniósł głowę, uderzając nią o jeden z talerzy perkusyjnych. Zaklął pod nosem.
      - Shin, zrób tak jeszcze raz! – Kyo wyprostował się rozentuzjazmowany.
      - Bawi cię to, hobbicie?
      - Nie wiem czy mnie bawi, ale takiego dźwięku mi brakowało do intro nowego numeru… Możesz z łaski swojej powtórzyć? – Die umierał ze śmiechu, podczas gdy biedny Tooru nie miał zielonego pojęcia, o co chodzi. Bez przerwy gapił się w ekran swojego smartphona, grając w Słodki Flirt.
     - To, że jestem perkusistą, nie znaczy że będę napieprzał dla ciebie głową w gary.
     - Głową? – wokalista roześmiał się. – Shin-chan, chyba będziemy stosować nowe techniki gry. 
     - Chyba trzecią nogą… - warknął Shinya, za co Kaoru rzucił w niego bagietką.
     - Uspokoicie się w końcu i wyniesiecie te śmieci?
     - A ty nie możesz? – zapytali chórem Toshiya i Shinya ze zdenerwowaniem w głosie.
     - Ja muszę zjeść w końcu śniadanie. 
     - Rzuciłeś nim we mnie…
     - Antoinette? Nie, co ty, jej bym nie zjadł. – gitarzysta pokręcił głową i zaczął grzebać w kieszeniach skórzanej kurtki w poszukiwaniu czegoś zdatnego do spożycia. 
     - Antoinette? Chcesz nam powiedzieć, że nazwałeś bagietkę Antoinette? – blondyn spojrzał się na wypieczone na złoty kolor pieczywo, które trzymał w ręku.
      - Nie rozumiesz. Antoinette nie jest zwykłą bagietką. Antoinette nie jest tylko bagietką.
      - A czym niby? – perkusista zaczął podrzucać, jakby nie patrzeć, bagietkę.
      - Oddaj mi ją. – Kaoru obrzucił go nienawistnym spojrzeniem.
      - Die, a ty? Co o tym sądzisz?
      - Kyo chyba puścił bąka… - bąknął gitarzysta z degustacją wypisaną na twarzy. Shinya wzdychając, wywrócił oczami i odrzucił Antoinette jej właścicielowi. Złapał w rękę worek ze śmieciami, drugi podając basiście. Wyszli za drzwi. 
      - Czasami się zastanawiam… Co ja tutaj robię… - mruknął pod nosem ciemnowłosy. Nie uzyskał odpowiedzi. Shinya doskonale go rozumiał. To on był dręczony jako pierwszy, ale znudził się, jakby nie było, starszym kolegom. Wszystko przeszło więc na biednego basistę. Wiadomo jednak, że najlepszych przyjaciół miesza się z błotem, by okazywać im miłość. 
      - Wiesz co mu odwala? – zapytał blondyn, gdy pokonywali kolejne stopnie w dół. 
      - Kryzys wieku średniego. – zaśmiał się basista. Kaoru ostatnio robił dziwne rzeczy. Gdy skacowany Die biegał do toalety, latał za nim i dobijał mu się do drzwi, błagając by go wpuścił i dał ze sobą porozmawiać. Jak można się domyślić, drugi gitarzysta nigdy mu nie otworzył. Dodatkowo, lider pisał pamiętnik. Zamykany na kłódeczkę, różowy zeszycik, do którego nikt nigdy nie zaglądał. Po pierwsze – każdy się bał, po drugie – nikogo raczej nie interesują miłosne rozterki Niikury.
      Raczej.

- A co ty na to, żeby ten jego zeszycik… No, pożyczyć na kilka dni?
- No, no, Shin… Kusząca propozycja. – basista ucieszył się i wrzucił worki ze śmieciami do blaszanego kubła.

_______________________________________

Oto taki mały wstęp. Co prawda, krótki. Ale, ale! Będzie tego więcej i będzie częściej. Z pewnością.
Co będzie w uroczym pamiętniczku? O tym w następnej części ^^

Zapowiedzi, plany, informacje...

     Mimo, że niewiele osób tu zagląda - ja wciąż mam nadzieję, że z czasem znajdzie się więcej zagubionych w odmętach sieci dusz! Dlatego właśnie podzielę się z tymi nielicznymi planami co do... Tego co będzie się tu pojawiać, tak. Póki co rozwija się tylko pierwsza seria, a blog z powodzeniem mógłby nazywać się "versailles-comedy". Tak jednak nie będzie. Kiedyś w komentarzu padło pytanie, czy będę pisać wyłącznie o Versailles. Otóż, ja słowa dotrzymuję! Odpowiedziałam, że nie. No to nie.

     W drodze opowiadanie z Dir En Grey, mogące być początkiem serii albo tylko pojedynczym wybrykiem natury. Znając mnie, rozbiję to jednak na części, ewentualnie po dodaniu całości i tak zachce mi się kontynuować. Tak więc honor Diru, a zwłaszcza biednego lidera można już spisać na straty.

     Przygotowuję także coś o Gazetto, o tak. Tu jednak jestem pewna, że nie skończy się na jednej notce z nimi związanej. Ale nie będzie to też drugie AS. Najprawdopodobniej kilka serii, gdzie gazetkowy team wcieli się w wiele, wiele różnych postaci. Jednak to już dalsze plany.

     Myślę też o postawieniu Jupiterów w roli księżniczek Disneya, albo czegoś w tym rodzaju. Myślę, co nie znaczy że wymyślę ani że koncepcja nie ulegnie zmianie. AS będzie kontynuowane w miarę weny i kolejnych obejrzanych koncertów, wywiadów i dosłownie - źródeł zabawnych sytuacji.

     Postaram się też zaglądać tu częściej.
     W końcu, wow.
     O ile czas pozwoli. Ma pozwolić, inaczej ja mu pozwolę.

                         Tyle w temacie, ciepłe pozdrowienia dla obecnych!

                                                      Szczególne dla ludzi-inspiracji, którzy wiedzą, że o nich mowa ;)

Komentarz to miód na serce! ^^

piątek, 3 kwietnia 2015

Aristocrat's Symphony III

       Smaczny sen Kamijo, nie zakłócony niczym był odskocznią od tego harmideru w zespole. Nie zakłócony niczym? Wolne żarty. Od czego jest Ameba? Otóż zapamiętajmy i nauczmy się – Ameba jest od zatruwania życia, a jednocześnie od przyprawiania go o odrobinę słodyczy.  Wokalista spał na miękkim materacu, rozłożony od krawędzi do krawędzi łóżka. 

     - Witaaaaaaaaj! – Teru wskoczył na niego zadowolony drąc się z niesamowitą mocą. Nagle w pokoju rozległ się pisk.
     - Kamijo, głosem to ty się tu nie popisuj… - gitarzysta przekrzywił głowę i przypatrzył się widocznemu dosyć wyraźnie przerażeniu malującemu się w oczach lidera. Zszedł z niego po chwili i jak gdyby nigdy nic się nie stało, zaczął doprowadzać się do stanu używalności.
Kamijo podniósł się otępiały tak nietypową, chodź niemalże rutynową już pobudką. Przeciągnął się i przystąpił do porannych rytuałów. Po godzinie układania włosów, przepychanek przy lustrze z Teru i szukania ubrań do ich pokoju wpadł Masashi, a raczej został wepchnięty przez Hizakiego. Masashi jak nie Masashi. Miał na sobie srebrny diadem z białym puchem, kasztanową perukę i złoto-różową sukienkę. Za nim stał Hizaki, usiłujący wcisnąć mu różdżkę z puchatą gwiazdką do ręki. Mina basisty mówiła sama za siebie.
     - Nowy image! – wyszczerzył się długowłosy gitarzysta, wieszając się brunetowi na plecach pokrytych falbankami.
     - Dla kogo nowy, dla tego nowy… - mruknął czarnowłosy. Wszyscy spojrzeli się na niego zaskoczeni.
     - No co… Chodziłem kiedyś na wolontariat do domu dziecka.
     - Oooooo, słodko. Ładnie ci w tym kolorze. – Teru stanął na palcach i zaczął uważnie przyglądać się twarzy przyjaciela.
      - Super… Hizaki… Co ty u diabła robisz? – odwrócił się z niepewnością.
      - Przyczepiam ci skrzydełka! – odpowiedział złotowłosy swoim najcieńszym głosikiem.
      - Wróżka odlatuuuuuje… - Masashi wyślizgnął się z rąk gitarzysty, strząsnął z siebie perukę i ruszył do przodu, potrącając przy tym Teru. Białowłosy oparł się o ścianę.
      - Duży, ja tu jestem! – fuknął. Nagle wszyscy umilkli i zmierzyli go wzrokiem. Dziś wielki dzień. Dziś wielki dzień, w którym to nogi gitarzysty przestają dobrze prezentować się odsłonięte. Kamijo skinął głową na Hizakiego. Przyjrzał mu się pierwszy raz tego dnia i stwierdził, że naprawdę umie wyglądać jak mężczyzna. Zrezygnował z wąskich i ekscentrycznych t-shirtów, na rzecz zwykłej, czarnej bluzy założonej do luźnych spodni.
Gitarzysta posłał mu porozumiewawcze spojrzenie. Wyszedł z pokoju.
      - Coś się stało? – zapytał niepewnie Teru.
      - Masashi, rozpocznij odczarowywanie się, jesteś potrzebny. – rozkazał Kamijo. Basista posłusznie zaczął wyplątywać się z falbanek i błyszczących materiałów. Rzucił wszystko w kąt. Przez ten czas, Hizaki powrócił, ciągnąc ziewającego Yukiego za rękę.
      - To dzisiaaaaaj? – przeciągnął się. Kamijo wywrócił oczami. Młodszy gitarzysta zaczął przeczuwać coś niedobrego, patrząc na bitchface, jaki prezentował Masashi. Wycofał się. Nie miał pojęcia jakim cudem, ale Kamijo złapał go za nadgarstki i stanął za nim, uniemożliwiając mu ruch. Basista sprawnie złapał drobnego Teru za biodra i uniósł do góry. Przeniósł go na łóżko. Ameba zaczęła szamotać się i krzyczeć.
       - Nie, błagam, nie dzisiaj!
       - Dzisiaj, bo wczoraj myśląc że głaskałem Piisuke, głaskałem twoje udo.
Yuki rozbudził się nieco. Usiadł na łóżku, dając najmłodszemu oparcie i przejmując jego ręce od wokalisty. Przyszpilił je do materaca. Kamijo dołączył do Hizakiego i patrzyli jak zespołowy plebs usiłuje unieruchomić i obezwładnić bezustannie szarpiącego się gitarzystę.
Aktualnie nieksiężniczkowa księżniczka wyciągnęła zza pleców plastry. Podała księciowi kilka i zaczęli rozcierać je w dłoniach. Masashi mordował się ze spodniami gitarzysty. Gdy w końcu je ściągnął, Teru oszalał.
      - Masashi! Wykastruję ci kota! Ciebie też wykastruję! Wykastruje ci wszystko! – Masashi przeraził się tak bardzo, że aż wcale.
      - Dasz radę, jesteś mężczyzną! – pocieszał go Yuki dwa razy głośniej.
      - Polemizowałbym – mruknął Hizaki. Nagle zapanowała cisza i wszyscy spojrzeli na złotowłosego.
      - No co? Mam większego…
      - HIZAKI! – krzyknęli chórem.
      - To się jeszcze okaże – Yuki zaśmiał się złowieszczo. Reszta mu zawtórowała. Hizaki nie za bardzo wiedział o co chodzi. Wzruszył ramionami i kontynuował przygotowywanie plastrów. Kiedy obaj z Kamijo uznali, że wystarczy, przykleili je do skóry srebrzystowłosego, który dzięki tekstom starszego gitarzysty zaprzestał prób ucieczki. Pogodził się z faktem, że tak musi być. Zresztą nie chciał teksturą swojego ciała upodabniać się do tej kreatury, którą basista tak czule nazywa „Pii-chan”. Na sam dźwięk tego imienia było mu niedobrze. Nie dość, że ten kot ważył więcej niż sam Teru, to jeszcze był wredny. Pamiętał, gdy Hizaki położył mu go na twarzy, a niewzruszony kot po prostu wypuścił toksyczne substancje spod ogona prosto w jego twarz. O tak, zemsta będzie słodka… Oczywiście na jednym i na drugim.
Z chwilowego zamyślenia wyrwało go odliczanie. Zorientowanie się o co chodzi zajęło mu ułamki sekundy.
    - Osiem… Siedem…
    - NIEEEEEEEEE…
    - Pięć…
    - …EEEEEEEEE!
    - THIS IS SPARTA! – wrzasnął Hizaki i oderwał plaster przed czasem.
    - Falstart, łysa pało. – ochrzanił go lider. Nikt nie przejmował się płaczem Teru, prócz poczciwego Yukiego. Był on bowiem tak poczciwy, że płakał razem z nim. Ze śmiechu.
    - WELCOME TO… VERSAILLES – zawył wokalista swoim głosem z czasów Lareine, odrywając plaster ze skóry gitarzysty. (dop. aut. głosem wykastrowanej kozy/owcy/kaczki)
 W jego wykonaniu to jakże flagowe dla zespołu zdanie brzmiało jak bełkot skacowanego pięciolatka.
Kiedy wszystkie plastry i owłosienie najmłodszego wylądowało w śmietniku, sam ich właściciel nie miał już nawet czym płakać, a Yukiego bolał brzuch ze śmiechu, Hizaki sprawiał wrażenie zamyślonego.
     - Skąd wiesz, że depiluję okolice… Bikini? – zapytał wokalistę z powagą równą świadkowi Jehowy pod drzwiami prezydenta.
     - No błagam… Nie wiedziałem DOTYCHCZAS. – warknął Kamijo zakrywając oczy dłonią. Reakcja reszty była mniej więcej podobna.
     - Kto jest za, ręka w górę. – odezwał się Masashi, podnosząc w końcu swój mroczny tyłek z bioder Teru, tym samym przyprawiając go o westchnienie ulgi. Rękę podniósł każdy, prócz Hizakiego, który nie wiedział o co chodzi. Basista przerzucił go sobie przez ramię i rzucił na łóżko. Pozostali doskonale wiedzieli, co robić. Teru złapał kota, po czym ułożył go starszemu koledze po fachu na twarzy, unieruchamiając ręce. Oplótł mu szyję wydepilowanymi nogami i delektował się cierpieniem Hizakiego. Masashi znów pełnił rolę ciężarka, a zaszczyt przyprawiania królewny o jęki przypadł Yukiemu oraz ponownie – Kamijo. Kiedy spodnie gitarzysty wylądowały na podłodze, a plastry na swoim miejscu, kot uciekł za drzwi. Hizaki w końcu mógł mówić.
    - Przecież ja mam długie sukienki… - zawył cierpiętniczo.
    - Zapomniałem ci powiedzieć że jutro masz sesję w miniówie. – lider przeniósł wzrok na malinowe bokserki Hizakiego. – No i wcale nie masz większego… - uśmiechnął się na widok czerwonej twarzy przyjaciela. Bez ostrzeżenia oderwał pierwszy plaster.
    - Ach!
Drugi plaster oderwał perkusista.
     - Och…
Następnie zaczęli szaleńczo pozbywać się szatańskich kawałków papieru z nóg księżniczki.
     - KAMIJO TY MORDERCZA KOZO! – wydarł się długowłosy, sprawiając, że meble w pokoju zadrżały.
     - Mee, królewno. – adresat obelgi zacmokał po idealnym zaprezentowaniu brzmienia tego godnego zwierzęcia.
     - Jak tylko stąd wstanę…

   

_______________________________________
Dawno mnie tutaj nie było... Klawiatura nie gryzie ^^ Zachęcam do zajrzenia nieco niżej!