wtorek, 12 kwietnia 2016

#cosiedzieje - prośba

Nie umarłam, tak jakby co. Jestem po prostu na tym zacnym etapie kończenia swojej podróży przez gimbaźlany wiek i udaję, że się uczę.
Tyle, że oprócz tego wszystkiego Naczelnego Pracza złapał kolega z innego działu urządzeń domowych. Ten znajomy wszystkim tworzącym cokolwiek Odkurzacz, który wysysa z ciebie każdy najmniejszy przedwstęp do zarysu wstępu do koncepcji jakiegokolwiek dzieła. (spoko, rozumiem jeżeli poprzednie zdanie trzeba było czytać dwa razy.)



(...jeśli nawet nie było trzeba to pewnie i tak to zrobiłaś/eś - jeśli jakieś "esie" tu są.)


Nie mam żadnego idolowego fanpejdża na fejsbukach jak niektóre blogerki, ale mam bloga, jak niektóre blogerki!
I w sumie mogę go użyć w takim celu jak fanpejdża.
Po miesiącach doświadczenia mogę stwierdzić, że zrobienie idiotów z każdego zespołu będzie dla mnie przyjemnością, dlatego...

POMOCY. PRALKA SIĘ ZAPCHAŁA.

Bądźcie moim Calgonem.

Ślicznie proszę o cokolwiek. Inspirację. Głupi do granic możliwości film, coś w czym widzicie ulubionego Kogoś, głupi dowcip... Dobra, cokolwiek. W ostateczności nawet zlepek rzeczowników, którę przyjdą Ci na myśl w tym właśnie momencie. (trzepak, wstążka, prześcieradło, ojciec, oplątwa brodaczkowa itp.)
Oczywiście jeśli są jakieś zespoły, z którymi macie niedosyt czytania (lub przesyt gegegegegejozy) - otwieram się na wszystkie propozycje.
No chyba, że odpowiada wam pierdyliard wcieleń Hizakiego. (nie, błagam, nie myśl o 50 twarzach Greya)

Post był nieco (bardzo) chaotyczny i nieogarnięty, wiem to.

poniedziałek, 7 marca 2016

Urodzinki i fanarty

W sumie to przeoczyłam. I to tak o tydzień, ale who cares, pralki i ryby głosu nie mają. Już rok jak raczę was moją popapraną twórczością, jej!
W ramach wspominek - pierwsza notka TUTAJ. Trochę się zmieniło od tamtego czasu. Czy na lepsze? Nie mi oceniać.

Z tej okazji chciałabym Wam podziękować. Za te prawie 10000 wyświetleń, za ponad 500 wyświetleń pod samą Piękną i Bestią, za mnóstwo miłych komentarzy. I oczywiście za to, że jesteście ^^

Nie mam dzisiaj dla Was nic poza dwoma fanartami zrobionymi przez kochaną Karmen. (karmen.com.pl - zapraszam po więcej jej prac) Taki rocznicowy prezent.


Hizaś w roli iście cierpliwej opiekunki (Nie taki diabeł straszny)
Uruha-syrenka. Komentarz chyba zbędny. (Mała, męska syrenka)
                                 

poniedziałek, 29 lutego 2016

Puchate zło

Ostrzegam przed tym opowiadaniem. Nie jest normalne. Czytacie na własne ryzyko!!!

___________________________________________

       Obudził mnie jakiś hałas dochodzący prawdopodobnie z kuchni. Otworzyłem niechętnie oczy i rozejrzałem się wokół. Blade światło dochodzące z kuchni pozwoliło mi ocenić, że znajdowałem się w domu Hizakiego. W jego sypialni. W jego łóżku.
Co tu się, do diabła, dzieje?
Usłyszałem trzask rozbijanego szkła. Soczyste „kurwa” rozpłynęło się echem po domu. Przeciągnąłem się i wstałem. Poprawiłem koszulkę i wyciągnięte szorty, po czym skierowałem się do kuchni, sprawdzić czy nie zmaterializował się tam jeszcze groźniejszy stwór niż sam właściciel domu.
        - Jak będziesz tyle żreć to się przestaniesz mieścić w te kiecki.
        - Wypchaj się. Co ty tu w ogóle robisz? – zapytał, oblizując palec umoczony w słoiku nutelli. Skrzywiłem się. Wyglądał naprawdę niewyjściowo.
        - Myślałem, że mi powiesz.
        - Czemu jesteś w moim łóżku?
        - To ty nie wiesz?
Popatrzyliśmy się na siebie. Długowłosy zakręcił słoik. Patrzył na mnie w ciszy i ugryzł kawałek kiełbasy.
         - Przestaniesz w końcu żreć? Jest trzecia!
         - Ty. Nie tak ostro. – usłyszałem jakiś dziewczęcy głos.
         - Kto mówi?! -  rozejrzałem się. Hizaki wytrzeszczył oczy. Zabrałem mu kiełbasę i odłożyłem do lodówki razem ze słoikiem nutelli.
         - Zluzuj majty. Będziesz robić co ci mówię. – odparł Głos.
         - Skarbie, wracajmy do łóżka. – przytuliłem się do gitarzysty, który niemal zadławił się jedzeniem. Śmierdział potem, czosnkiem i orzechami. Zrobiło mi się niedobrze, jednak nie mogłem go puścić.
         - Ty udręczony zboczeńcu! – odskoczył ode mnie. Och, nic nie opisze mej wdzięczności. – Włamałeś mi się do domu, wlazłeś do łóżka! Nie lepiej było powiedzieć co czujesz?!
          - Ale ja cię nie ko… - zacząłem. Jednak Głos mi przerwał.
          - Kochasz.
          - Przepraszam, Hizaś… Nie umiałem ci tego powiedzieć i… I… - zawahałem się. Nie wiedziałem, czy mnie nie odrzuci. Tak strasznie się tego bałem.
          - Kamijo… - zbliżył się do mnie i pogładził po policzku.
Znów zionął tym pieprzonym czosnkiem.
         - Możesz przestać oddychać? – zapytałem, odsuwając go od siebie.
        - Przypomnij mi dlaczego się z tobą zadaję…? – zmrużył oczy i wbił we mnie mordercze spojrzenie.
         - Nie wiem. Dla darmowego szczypiorku?
         - Z miłości, kochanie. – zachichotał. Był taki uroczy. Złapałem go za rękę i starłem z policzka pozostałości czekolady.
         - Mówisz?- pocałowałem go.
Smakował jak stara skarpeta.
          - Co ty odpierdalasz? – jasnowłosy szybko się wytarł i popatrzył na mnie z wyrzutem.
          - Ty też to słyszysz? – zapytałem spanikowany, rozglądając się. Chwyciłem patelnię.
          - Co?
          - Uspokójcie się i róbcie co wam każę! – Głos obudził się na nowo.
          - Kto tu jest? – Hizaki wstał.
          - Dacie mi pisać to fanfiction, czy nie? – warknął głos.
          - Chodźmy spać, słoneczko. – pociągnąłem go do łóżka. – Będziesz jutro zmęczony.
          - Racja. – odparł. Poszliśmy do łóżka i zasnęliśmy przytuleni.
Rano obudziłem się przed moją księżniczką. Jasnowłosy spał słodko, z lekko otwartymi oczami. Taki był najpiękniejszy. Z samego rana, śpiący lub zaspany.
Przede wszystkim dla tego, że się nie odzywał.
Wstałem ze świadomością, że będzie to piękny dzień. Postanowiłem zabrać się za robienie śniadania. Nuciłem jeden z naszych kawałków, smażąc naleśniki.
Nagle zacząłem zastanawiać się nad tym, co ja właściwie robię. Skoro już zacząłem, miałem zamiar skończyć. Nagle mój przyjaciel wszedł do kuchni, przeciągając się.
          - Co tu odwalasz?
          - Nakurwiam salto. – odparłem, przerzucając naleśnika na drugą stronę. – A tak na serio, ile zjesz?
          - Czemu ty mi robisz jedzenie?
          - Zapytaj się Jej. No i nie chcę żebyś był głodny. Wyspałeś się?- uśmiechnąłem się.
          - Tak… Dziękuję za chęci, ale chyba nie będę dzisiaj za dużo jadł. – mój ukochany popatrzył na talerz ze stosem na oko dwudziestu naleśników.
          - Nie jestem głodny.
Zastanowił się przez chwilę.
          - Żartowałem. Co tak mało? Mam się tym najeść? – wyjął z lodówki bitą śmietanę i zabrał wszystko, co do tej pory usmażyłem.
          - To też dla mnie.
         - W Chodakowską się bawisz?
         - Smacznego, kochanie. – usiadłem naprzeciwko niego i przyglądałem się jak je. Uwielbiałem na niego patrzeć.
         - Nie jesz? – spojrzał na mnie niepewnie.
         - Nie. Nie jestem głodny.
         - Oj daj się skusić… - uśmiechnął się i wyciągnął do mnie rękę z naleśnikiem, pchając mi go do ust. – Leci samolocik.
        
- TUPOLEW! – krzyknąłem i korzystając, że odwrócił uwagę od talerza zabrałem mu połowę porcji, szybko uciekając do salonu.
         - Niech to szlag… - burknął.
Po jedzeniu poszedłem poszukać swoich rzeczy. Jednak one… One były w połowie szafy Hizakiego! Kiedy długowłosy otworzył drugą jej połowę, miałem wrażenie, że szczęką zaraz zaora podłogę.
        - Oddaj. Mi. Moje. Ubrania.
Zajrzałem do szafy. Były tam same sukienki. Parsknąłem śmiechem.
Mój ukochany nagle usiadł na łóżku i zwinął się w kłębek. Miał minę, jakby zaraz miał zacząć płakać. Podszedłem do niego i przytuliłem go. Wtulił się we mnie i pociągnął noskiem.
         - Co się stało, cukiereczku?
         - Nie mam co na siebie włożyć… - odparł smutno. Westchnąłem ciężko. Czasem był jak kobieta. Chwyciłem jego filigranowe ramiona i pocałowałem w czoło.
         - Na pewno coś się znajdzie. Zobacz. – wstałem i odszukałem w szafie jedną z jego najseksowniejszych sukienek. Była czarna ze skórzanymi elementami. Miejscami przeszyta czarną koronką. Uroku dodawały jej krwistoczerwone kokardki. Dobrałem mu do tego koronkowe pończochy i buty na wysokim obcasie.
         -
Bije ci na mózg?
         - Jezu. Dam ci coś mojego. – westchnąłem, wpychając te rzeczy z powrotem do szafy.
Znalazłem mu jakiś t-shirt i pierwsze spodnie, jakie wpadły mi w ręce.
Kiedy się w końcu ubrał, wyglądał przeuroczo. Moja koszulka wprost na nim wisiała. Był taki delikatny. Pociągnąłem go na łóżko i przytuliłem.
        - Kocham cię, wiesz?
        - Ja ciebie…
              
...Nie.
Odsunąłem się. Hizaki beknął donośnie, wprawiając w drgania prawdopodobnie wszystkie okoliczne budynki. Zawtórowałem mu. Roześmialiśmy się głośno.
          - Ale wali. – zarechotałem.
          - Jak ty. – odparł. – Ile już nosisz tą koszulkę? Tydzień?
          - Mam się obrazić? – obruszyłem się. – Dwa tygodnie. I dopiero zaczyna pachnieć.
          - Moja szkoła. – westchnął, podkładając ręce pod głowę.
A Głos chyba postanowił dać za wygraną. Na szczęście Internetu.

______________________________

Jeżeli zadajesz sobie pytanie, co się właśnie stało...
Już, służę pomocą.
Do napisania tegoż cudactwa zainspirowała mnie fala masowego shitu na jedno kopyto, zalewająca internet. Zapraszam do dyskusji o typowych fanfikach! Trochę tego jest. A napisanie czegoś takiego jak wyżej od dawna krążyło mi po głowie. Może i nietypowo, ale jak pralka to pralka. Mieszamy.



czwartek, 25 lutego 2016

Asylum

   Przypadek jest pewnym rodzajem magii. Magii współczesnego świata, która rozhulała się już do tego stopnia, że dała sobie przywilej rządzenia losem ludzkim.
     Pewien piękny dzień, do którego perkusista Mejibray także dożył tylko i wyłącznie przypadkiem miał być dniem przeprowadzki dla całego zespołu. Wielki dom , w którym każdy miał swoją przestrzeń osobistą… Wróć. W zespole nigdy nikt nie miał przestrzeni osobistej. W każdym razie dom był duży. Zamieszkany już w połowie – w lewym skrzydle urzędowało pięcioro osobników. Kiedy Mia pytał o nich na osiedlu, ludzie zatrzaskiwali przed nim drzwi. Nie był pewien, czy to wina opinii mieszkańców o rzeczonej piątce, czy faktu, że chodził za nim Tsuzuku uparcie usiłujący wsadzić sobie kaszankę do nosa. Trenował do zakładu z Koichim, którego celem nie była wygrana. Chciał po prostu zobaczyć przyjaciela z kaszanką w nosie i mógł za to zrobić dosłownie wszystko.
Tak czy inaczej – dzień przenoszenia się nadszedł. Mia niósł kaktusa, Tsuzuku kaszankę i koc, Meto swojego kalosza do gryzienia, a Koichi targał wszystko inne.
      - Zawsze ja! Dlaczego? Ruszcie się. – uniósł głos. – W tym tempie zrobimy ze czterdzieści rund do samochodu.
      - Jesteś basistą. – wyjaśnił Mia. – Coś musisz robić.
      - Tak?! To ja zostaję szczypiornistą. – prychnął różowowłosy.
      - Wymienisz struny na szczypiorek? – zapytał Tsuzuku, na co Mia zareagował wymierzeniem mu siarczystego policzka. Z wrażenia wokalista wypuścił swoją kaszankę tuż pod nadjeżdżający samochód.
       - To nie tak działa.
       - Tsuzuku być plankton. Każdy wiedzieć co to szczypiornista! – oświadczył Meto z wyższością.
        - Co to jest plankton? – zapytał wokalista niepewnie.
        - Dobra, kończyć temat. Plankton pomagać Koichi, już! – rozkazał perkusista, po czym wziął z powrotem swój kalosz w zęby. Czarnowłosy zaś powlókł się w stronę basisty i wziął połowę tego, co dźwigał. W tym tempie szło nieco szybciej, gdyby nie to, że supernowoczesna plantacja pomidorów Mii w żaden sposób nie chciała przejść przez drzwi. Cały dom drżał od usilnych prób wniesienia jej przez dwóch tragarzy. Wszystkiemu przyglądał się wyglądający zza drzwi zielonowłosy mężczyzna.
      - Może spróbujcie krótszym bokiem… - zauważył.
      - Pracujemy. Nie widzisz? – Koichi popatrzył na niego z pretensją. Sąsiad wzruszył ramionami po czym zamknął drzwi. Basista po namyśle postanowił skorzystać z jego rady. Oczywiście poskutkowało. Zaklął pod nosem i pociągnął plantację w głąb mieszkania. Uśmiechnął się, kiedy okazało się, że to już wszystko. Rzucił się na kanapę i odetchnął z ulgą.

W tym samym czasie zajmujący drugą połowę lokatorzy zajmowali się malowaniem salki przeznaczonej do prób. Jako,że nie mogli zdecydować się co do koloru ustalili, że każdy  bierze jedną ścianę. Ale ściany były tylko cztery.

       - No, Hiyori. Podłoga, czy sufit?
       - Żartujesz? Który Japończyk sięgnie do sufitu?
       - Sami chcieliście. – warknął basista. Do malowania miał dosyć solidną podstawę – oszlifowany parkiet. Z szafy wyjął wściekle różową bejcę i zaczął malować nią drewnianą powierzchnię. I tak zamierzał to zrobić, ale tylko i wyłącznie w swoim pokoju. Uśmiechał się przy owej czynności diabolicznie. Kiedy skończył, zorientował się, że jako jedyny nie był zapędzony w róg. Pomachał przyjaciołom i opuścił pomieszczenie z niedokończonymi ścianami i podłogą, w rogu której stało troje jego zbitych z tropu współlokatorów.
      - Jak się ruszycie to podam Hizakiemu nasz adres. – uśmiechnął się. Podziałało.
Powędrował na górę, zbadać hałasy dochodzące z zewnątrz. Na werandzie stał Takemasa. Różowowłosy wyszedł do niego i przyjrzał się uważnie temu, co się działo. Gitarzysta rzucał buta jakiemuś dziwnemu stworzonku w podartych, brokatowych ubraniach. Tamten z pasją biegał za przedmiotem i kładł go z powrotem u stóp zielonowłosego.
      - Co to jest? – zapytał, siadając obok kolegi z zespołu.
      - Kalosz.
      - Nie to.
      - A… Powiedział, że ma na imię Meto. Twierdzi że jest perkusistą tych co się wprowadzili obok. – w tym momencie Meto położył przed Hiyorim kalosz.
      - No rzuć mu.
      - Serio? Junji też ma tak latać?
      - Junji to Junji.
      - Meto chce poznać Junji. – ciemnowłosy zamrugał kilka razy odsłoniętym okiem. Zapadła cisza.
       - Ty mówisz?
       - Koichi nauczyć Meto. Rok temu Meto szczekać.
       - To musiało być ciekawe.
       - Ale wy szanować Meto?
       - Taaaak! – uśmiechnął się Hiyori, po czym rzucił Meto kalosz. Ten uradowany pobiegł za swoją zabawką. Zatrzymał się na chodniku. Zaczął targać gumę zębami, wydawać z siebie dziwne dźwięki i tarzać się po betonie. Nikt nie zauważył, że od jakiegoś czasu pewna kobieta przyglądała się ich trójce, dzwoniąc do szpitala psychiatrycznego.
         - Jest całkiem uroczy. – zaśmiał się Takemasa. – Zawsze chciałem mieć psa i brata a to jest takie dwa w jednym.
          - Patrz co on odwala – parsknął basista, widząc jak Meto w białym ubraniu wczołguje się do furgonetki. Nie… Jego wciągano do furgonetki! Obaj ruszyli przed siebie, ale było już za późno.
          - Cholera…
          - Co robimy?
          - No jak to co? – oburzył się zielonowłosy, biegnąc do sąsiednich drzwi. Zapukał energicznie.
          - Dobry – otworzył im Tsuzuku.
          - Waszego perkusistę zabrali do czubków.
          - Spoko, on zawsze był czubek. – zarechotał wokalista. Koichi gwałtownie wstał i odepchnął go od drzwi.
           - Gdzie zabrali?!
           - Do domu wariatów!
           - Meto… - jęknął basista, łapiąc się za głowę – Musimy go znaleźć. Po prostu musimy.
          - Znajdziemy. Spokojnie. – odezwał się Mia.


        Pół godziny później mieszkańcy całego domu zebrali się przed budynkiem. Przyświecał im jeden cel – znalezienie Meto. Patrząc na ciemnotę Tsuzuku, można jednak było zwątpić, że przyświeca mu cokolwiek.

          - Plankton, Szczypiornista – osłaniacie tyły. Reszta idzie tyralierą, ja będę czujką. – rozkazał Mia.
           - Mia… Wiemy że on jest w jakimś psychiatryku, więc co ci po tyralierze na ulicy?
           - Co to jest tyraliera? – zapytał Tsuzuku.
           - Dobra, Tsuzuku zostaje pilnować domu. – jasnowłosy gitarzysta wywrócił oczami. - Na wypadek jakby Meto wrócił. A my idziemy do tego najbliższego szpitala, czy coś…
            - To może się rozdzielimy? Ty, Mitsuki i Junji, a ja z Mahiro i Hiyorim? – zaproponował Takemasa.
             - Jeszcze ja. – wtrącił Koichi.
            - Jesteś basistą, nikt cię nie słyszy. – bąknął Mia.
            - Jesteś basistą! Idziesz z nami! – podskoczył Hiyori i pociągnął swojego różowowłosego przyjaciela za rękę.
            - Wspaniale. Ogarniemy dwa szpitale jednocześnie. Jesteśmy w kontakcie.

           Kiedy grupa numer jeden z Mią w roli przewodnika wdarła się na oddział chorób psychicznych, szpitalem wstrząsnęło głośne „Kyrie Eleison”.
            - Znam skądś ten głos… - zmrużył oczy gitarzysta.
            - Kai! – pisnął Junji. – On też tu?
            - Najwyraźniej. – stwierdził Mitsuki.
Poszli przed siebie, mijając po drodze mężczyznę mówiącego coś o potworach w Minecrafcie i PKB na Wyspach Owczych. Kawałek dalej przed ich nosami przebiegła kobieta z przeraźliwym piskiem. Pierwszym, co Mia pomyślał w tym wypadku było to, że Meto gdzieś tam był i wlazł jej do łazienki. Za nią w poprzeczny korytarz na czworakach wszedł jakiś łysy staruszek.
           - Po czym poznać tego Meto? – zapytał Mię Junji.
           - Jest mały i głupi.
           - Dużo tu takich.
           - Co wy w ogóle macie na sobie? – zdziwił się blondyn, mierząc wzrokiem towarzyszy.
            - Malowaliśmy pokój i nie zdążyliśmy się przebrać…
            - Tu jesteście! – wykrzyknął radośnie mężczyzna w okularach ubrany na biało z nazwiskiem na prawej piersi. Złapał dwójkę malarzy za ramiona. Mia nie za bardzo wiedział co ma robić, więc zaczął podskakiwać z wywalonym na wierzch językiem.
            - Oj, słoneczko, co ty dzisiaj tak szalejesz… - pielęgniarz pokręci głową. – Załóżcie panu cewnik i dajcie coś nasennego, krzywdę sobie zrobi.
Mia stanął jak wryty i popatrzył się błagalnie na towarzyszy.
            - N…Nie sądzę żeby potrzebował… - mruknął czerwonowłosy.
            - Wszystko muszę robić za was… - westchnął pielęgniarz, wyciagając rękę w stronę gitarzysty. Ten odsunął się o metr. – Nie bój się, zaraz pójdziesz spać.
Mia odsunął się o kolejne dwa, po czym odwrócił się i zaczął szaleńczo biec przed siebie z krzykiem. Pielęgniarz zaczął go gonić. Gitarzysta schował się pod jakimś łóżkiem, dzięki czemu udało mu się zgubić mężczyznę.
          - Chryste usłysz nas! – zawył pacjent nad nim. Blondyn wyjrzał spod łóżka zaskoczony. – Kai! Co ty tu robisz?
          - Siły królestwa niebieskiego nie zdołały mnie uratować…
          - Co ty pieprzysz?
          - Wyrwano mnie z Domu Bożego! – jęknął boleśnie perkusista. Mia pogłaskał go po głowie.
          - Chodź. Zabierzemy cię stąd.
Nagle do sali wparowali Mitsuki razem z Junjim.
           - Zmywamy się. Tu nie ma Meto.
           - Sprawdziliście dokładnie?
           - Możemy dokładniej, ale skończysz z cewnikiem.
           - Zmywamy się.


            Takemasa razem z Koichim, Hiyrim i Mahiro przeszukali swój szpital od  stóp to głów. Zajrzeli dosłownie wszędzie. W każdy kąt, pod każde łóżko, a nawet do łazienek, co skończyło się dla Mahiro zakwitem pięknego fiołka na policzku. Został ostatni pokój. Na podłodze leżał znajomo wyglądający mężczyzna o oczach zalanych łzami. W pokoju roznosiła się delikatna woń zgniłych jaj, zgnilizny i czegoś jeszcze, czego nie dało określić się słowami. Była ona na tyle słaba, że w pokoju dało się funkcjonować.
          - Tsukasa! – krzyknął Koichi i uklęknął przy znajomym. – Co się stało, że tu jesteś?
          - Mydło… Wszystko umyje… Nawet… Uszy… I tyłek…
          - Tam było „szyję”. – poprawił go Takemasa.
          - Szyję też mi umyli! Chcesz powąchać?! Pachnie pieprzoną różaną łąką! Nie lubię różanych łąk! – rozpłakał się perkusista, podnosząc się do siadu.
          - Nie widziałeś może Meto? Zabrali go od nas nagle…
          - Był taki jeden w schowku na szczotki…
          - Schowek na szczotki! – wykrzyknął  Takemasa. Meto mówił mu, że bardzo lubi takie rzeczy, kiedy się poznali. Zielonowłosy pobiegł na dół do miniętego przez nich wcześniej schowka. Ale jedyne co tam znalazł ewidentnie nie było Meto. Była to monstrualnych rozmiarów…
Niemka.
Takemasa zatrzasnął za sobą drzwi, ale niestety poślizgnął się na wilgotnej podłodze.
         - Wróżka! – roześmiała się jak demon. W jej mniemaniu prawdopodobnie był to chichot. Wzięła Takemasę na ręce i przytuliła do swoich ogromnych jak dwie piłki do ćwiczeń piersi. Zielonowłosy pozieleniał także na twarzy.
        
          W sali, na której podłodze wylegiwał się Tsukasa toczyły się różnego rodzaju dyskusje. Jedynie Hiyori zauważył, że Takemasa zbyt długo nie wraca.
         - Daleko jest ten schowek na szczotki?
         - Pod nami.
         - Takemasa nie wraca od godziny.
         - Idziemy po niego! – Mahiro wyjął spod bluzy drewniany miecz.
         - Idę z wami. Nie zostawicie mnie tu. – Tsukasa złapał Koichiego za kostkę. Ten podniósł go i pociągnął do windy, która zacięła się między piętrami. Mniej leniwymi osobnikami byli Mahiro i Hiyori, którzy pobiegli na dół schodami. Już z daleka słychać było krzyki Takemasy.
 Kiedy stanęli w drzwiach jednej z sal, zauważyli gitarzystę ze związanymi nogami i rękami, w dwóch kiteczkach siedzącego na podłodze wśród gigantycznych misiów. Kobieta wpychała mu do ust łyżeczkę z jakimś zielonkawym płynem.
        - Jedz kochanie, to urośniesz. – zachichotała.
        - NIE! – krzyknął Mahiro i rzucił się na nią, okładając mieczem. Ani drgnęła. Odwróciło to jednak jej uwagę, co pomogło Hiyoriemu rozwiązać Takemasę w spokoju i zaciągnąć.
         - Ekskalibur cię wykończy, smoczyco! – krzyczał fioletowowłosy. Kiedy Hiyori dał mu znak, całą trójką uciekli ze szpitala.

          Dopiero cztery godziny po wszystkich na miejsce zbiórki dotarli Mia i Tsukasa w obdartych ubraniach.
          - Nie ma go…
          - Co wam się stało?
          - Wychodziliśmy przez szyb windy… Nie pytajcie.
          - Co zrobimy? – zapytał Koichi ze smutkiem w głosie.
          - Chodźmy do domu. Więcej nie zrobimy.
W drzwiach wszystkich powitał Meto i zadowolony z siebie Tsuzuku.
           - W schronisku byłem. Piesa żem adoptował. – zarżał wokalista, odrywając wzrok od telefonu. – Znaleźli Meto?
Mia popatrzył porozumiewawczo na członków ekspedycji poszukiwawczej. Jedynie szybkość czarnowłosego uchroniła go przed wylądowaniem na oddziale intensywnej terapii w pobliskim szpitalu.
__________

Wróciłam  ^^ Szczerze myślałam nad wstawieniem posta o tym, że nie mam czasu i zamykam bloga, ale nie, nie, nie. Nie zrobię tego. Jest luty, ale Pralka czuje wiosnę. Mam nadzieję że takie myśli mi nie przejdą przez łebek...

A co do opowiadania - w końcu jest proponowane kiedyś przez Was Mejibray i Kiryu razem. Błędy wybaczcie, ale męczyłam to opowiadanie cztery dni i prawdopodobnie dostanie jeszcze trochę poprawek. 
No i popracuję nad nowym wyglądem bloga. Ten mógł się już dawno znudzić. 

niedziela, 17 stycznia 2016

Piękny i Bestia (Hizaki x Masashi)



        Był piękny, wiosenny dzień. Słońce świeciło, a muchy przyozdabiały prześcieradła swoimi odchodami sprawiając, że spodobałyby się miniaturowej Cruelli de Mon. Bierny Teru jako zamkowy stylista nie mógł pogodzić się z faktem, że biała koszula została zamieniona w skalp dalmatyńczyka. Niemniejszy lament podnosił Kaya, widząc, że nie będzie miał jak podać obiadu ze względu na odpychająco poplamione obrusy. Yuki razem z Kamijo pełniący raczej rolę dam dworu spali po całonocnej libacji. W tym czasie sam Wielki Pan postanowił wyjść na spacer. Przyodział mniej elegancką suknię, przeciągnął kilka razy pilniczkiem po złamanym wcześniej na Kamijo paznokciu i wyszedł z zamku, nie przejmując się niczym. Był on władcą okrutnym i bezlitosnym. Kiedy szedł, ptaki odlatywały na inny kontynent, a wilki drżały ze strachu. Podskakiwał wesoło, zostawiając za sobą kilkucentymetrowej głębokości ślady. W pewnym momencie naprzeciwko niego stanęła jakaś postać. Hizaki zatrzymał się i zaczął się jej tępo przyglądać. Któż śmiał wchodzić mu w drogę?
            - Rakus Hizakus Futrus! Watashi wa Meto und Hizaki keine człowiek desu! – wykrzyknęło Coś, pozbawione jednego oka, po czym prysło w krzak, zostawiając za sobą różę i kopertę. Długowłosy poczuł palący ból, który przeszywał całe jego ciało. Upadł na ziemię, tracąc przytomność. Obudził się po kilku minutach. Przetarł pysk upazurzoną łapą, po czym podniósł się. Wtedy właśnie postanowił spojrzeć na swoją rękę. Kilka sekund później z jego ust wydobył się przeraźliwy ryk. Bestia ukryła się w zamku, zabierając wcześniej to, co zostawiło Coś. Urok rzucony na Hizakiego i resztę mieszkańców zamku mogła nim opadnie ostatni płatek róży odwrócić tylko…
Prawdziwa miłość.
     
 ***

          Dzień jak codzień. Postanowiłem wyjść z domu na spacer, spalić nadwyżkę kalorii spowodowaną zjedzeniem całego sernika upieczonego wczoraj przez ojca. Wciągnąłem ciężkie buty, zarzuciłem długi, czarny płaszcz. Wziąłem koszyczek, wpakowałem do niego Piisuke i już mogłem opuścić dom. Jak zawsze każdy przyglądał mi się jakbym wyglądał co najmniej dziwnie. A ja? Ja tylko szedłem spokojnym krokiem przez miasteczko z dziewięcio kilogramowym kotem wyglądającym z przyozdobionego różowymi wstążeczkami koszyka. Lubiłem takie spacery. Co prawda mojemu kotu nic już nie pomoże, ale zawsze się trochę dotleni. Niestety zawsze zjawiał się On… I wszystko niszczył.
         - Witaj, Masashi, kochanie moje złote! – wydarł się, po czym objął mnie w pasie. Odepchnąłem go. Miałem już serdecznie dosyć. – Mnie odrzucasz, królewno? Mnie? Gackta?

       - Tak, odrzucam cię. – prychnąłem. Jakież było moje przerażenie, kiedy zabrał mi z ręki koszyk i usiłował wyjąć z niego Piisuke. Pisnąłem i wyrwałem mu mój aktualnie najcenniejszy skarb. – Uważaj, głąbie.
       - Głąbie? Wybacz, słoneczko, ale jedyny głąb w otoczeniu to twój ojciec. – mruknął.
       - Nie mów tak o nim!
       - Podpierdolił mi ciągnik.
       - Widocznie ci się należało. – odparłem. Mój ojciec był naprawdę mądrym człowiekiem.
       - Dobrze, koteczku… - westchnął. – A co powiesz na dokończenie spaceru ze mną? Zahaczymy po drodze o mój dom…
       - Wybacz, ale nic z tego. Muszę… Nakarmić kota. – wykręcałem się. Tylko nie on. Tylko nie uderzone gorącą patelnią dziecko Doroty Welman i Yoshikiego. 
        - Nie wygląda na głodnego…
To powiedział już do powietrza. Kiedy wyobraziłem sobie jak siedzę w jego domu i oglądam nowe gatunki marchwi, jakie udało mu się wyhodować poczułem jak cofa mi się wczorajszy sernik. Popędziłem do domu. Usłyszałem jakiś hałas dochodzący z piwnicy. Postawiłem koszyczek przy drzwiach i pobiegłem za dźwiękiem.
        - Tato? Wszystko w porządku? – zapytałem.
        - Jak zawsze, synku, Mana-sama jest niezniszczalny! A teraz muszę jechać. – odpowiedział, ścierając smar z kącika ust. A może to była szminka? Sam nie byłem pewien.
        - Już? Szybko… - westchnąłem. Wyszliśmy na tyły domu, gdzie stał załadowany wóz razem z zaprzęgniętym do niego koniem. Tata wsiadł do wozu.
        - Niedługo wracam, kochanie! – krzyknął i odjechał powoli.
        - Do zobaczenia! – machałem mu. Wciąż zastanawiałem się jaki był sens używania wozu konnego, skoro mój ukochany ojciec był w posiadaniu ciągnika Gackta. Nagle poczułem jak ktoś przytula się do mnie.
        - I co, księżniczko? Tatuś pojechał. – mruknął Gackt. Dlaczego, do cholery, zawsze tak było, że dokładnie wtedy kiedy o nim pomyślałem, on pojawiał się dosłownie znikąd?
        - Zostaw mnie – bąknąłem, odsuwając się od niego, po czym uciekłem do domu, zabierając po drodze koszyczek. I tak spokojnie było tylko przez kilka godzin. Po jakimś czasie usłyszałem pukanie do drzwi. Z początku zignorowałem sprawę, co jednak okazało się być niemożliwym – przybysz był niezwykle wytrwały. Podniosłem się leniwie i otworzyłem drzwi.
         - Gackt!
         - A któżby inny, słońce ty moje! – uśmiechnął się, wchodząc do środka. Rozsiadł się w fotelu ojca, rozpinając nieco koszulę i przeczesując włosy dłonią. Zacmokał, unosząc brew. – No, no… Dobry mam gust.
        - Czego chcesz… - jęknąłem bezsilnie, opierając się o drzwi. Nagle mężczyzna wstał i zbliżył się do mnie wolnym krokiem, blokując mi ramionami drogę ucieczki.
         -  Chcę wziąć z tobą ślub, rybko.
         -  O kurwa.
Zanim jednak zdążył zmaterializować się na tyle blisko mojej twarzy, by zdążyć w ogóle dotknąć jej ustami, już był za drzwiami. Zatrzasnąłem je za sobą. Piisuke siedział na stole i właśnie dojadał mój obiad. Popatrzył na mnie i miauknął jakby pytająco.
         - Nieprawdopodobne! On! Prosi mnie! O rękę! – prychnąłem zły i wyszedłem z domu tylnymi drzwiami. Marzyłem o czym innym. O życiu z kimś, kto nie skupia się tylko na sobie. O szczęściu. Nagle usłyszałem tętent kopyt. Nasz koń, nasz wóz. Ale bez woźnicy. Przeraziłem się. Złapałem konia, odpiąłem go od wozu i dosiadłem, jak najszybciej się dało. Popędziłem w głąb lasu.

***

        Zamknąłem tego durnego pedała w lochu. Nie będzie mi mówił jak mam żyć. Przez te pazury nie miałem jak grać na gitarze, nie było jak grać przez ten cały urok. Kamijo był świecznikiem, ale to był akurat najmniejszy problem. On był tylko wokalistą. Jak miałem tymi pazurami grać na gitarze? A co miał powiedzieć Teru, wypełniony po brzegi moją bielizną, ze zdenerwowania machający drzwiami od czasu do czasu? Nie mówiąc już o Yukim, który jako zegar miał zerowe szanse na grę na perkusji.
        - Hizaki…? – usłyszałem głos najlepszego przyjaciela. Odwróciłem się. W drzwiach stał niewielkich rozmiarów imbryk. Popatrzyłem na niego wyczekująco.
        - Słucham cię, Kaya…
        - Proszę, nie wpadaj w furię… W zamku jest chłopak…
        - ZNOWU!? – ryknąłem i wybiegłem z komnaty. Popędziłem w stronę, z której dochodziło światło. Nie chciałem tu kolejnego starucha w sukience. W lochu, przy niedawno zamkniętym więźniu klęczał o wiele młodszy, czarnowłosy chłopak. Kaya… Miał rację!
        - Czego tu chcesz!? – warknąłem i złapałem go za kołnierz. Trzeba było zachować szacun na dzielni.
        - Przyszedłem po ojca. Wypuść go! – zapiszczał. Tak miało być. Przede mną, przed Hizakim mieli drżeć wszyscy.
        - Mógł się tu nie pchać. A tobie radzę uciekać, królewno. To nie miejsce dla takich ślicznotek. – mruknąłem, nie wychodząc z cienia.
        - Skoro tak… Zostanę w zamian za niego.
        - Ty… - uśmiechnąłem się lekko. – Zgoda. Na zawsze.
Wytargałem wrzeszczącego wariata na zewnątrz. Nie chciałem więcej widzieć tego starucha. Po chwili wróciłem do nowego mieszkańca zamku, którego pozostawiłem w celi.
        - Nie dałeś mi się z nim pożegnać. – fuknął.
        - Life is brutal. Chodź do komnaty. – bąknąłem.
        - A może byś mi się pokazał? – zaproponował. – No dalej, wyjdź z cienia.
Zawahałem się. Wyglądałem jak kot, nigdy się we mnie nie zakocha. Bo kto zakochałby się w ogromnym kocie noszącym barokową suknię? Przysunąłem się nieco bliżej oświetlonemu skrawkowi lochu. Po chwili Kamijo oświetlił mnie jednak całą swoją mocą. Popatrzyłem na niego nienawistnie. Uśmiechnął się tylko w odpowiedzi.
        - Boże, jakie słodziutkie kici-kici! – zapiszczał brunet aż mi zadzwoniło w uszach. – Jak Piisuke!
        - Pii… Co? Brzmi jak jakieś jedzenie.
        - Piisuke to mój koteczek. Wyglądasz jak on tylko jesteś większy! Boże, zakochałem się! – jazgotał jak mała dziewczynka.
Poszło łatwiej niż myślałem.
Uśmiechnąłem się i oblizałem łapę, przygaszając nieco Kamijo. Podniosłem go i zaprowadziłem mojego gościa do komnaty. Był zafascynowany. Nie sądziłem, że komuś naprawdę spodobam się nawet w takiej postaci.
         - Jak masz na imię? – zapytałem.
         - Masashi... A ty?
         - Hizaki. – wprowadziłem go do komnaty. Nagle rzucił się na mnie i zaczął mnie miziać, głaskać i przytulać. Zasyczałem zaskoczony i podrapałem go.
          - Jeeeju, jaki słodziak! – cieszył się, ścierając krew z ramienia. Dobry Boże, jeśli dalej tak pójdzie to wykończy mnie zanim zdążę odwzajemnić jego uczucie. Schowałem pazury i przyłożyłem mu łapą w głowę, powalając go na łóżko. Opuściłem pokój. Miałem nadzieję, że jest w szoku i że wszystko niedługo minie. Usiadłem w swoim salonie, przy kominku.
          - Nie powinieneś być dla niego taki ostry. – mruknął Kamijo, przypalając mi futro. Zrzuciłem go ze stołu, prosto na Yukiego, uciszając przy okazji jego denerwujące tykanie. Uniosłem nogę i rozpocząłem wieczorną toaletę. Zacząłem po kociemu czyścić sobie tyłek i wszelkie jego okolice. Kaya chrząknął i popatrzył na mnie pogardliwie, po czym podszedł i, jak to żartobliwie nazywaliśmy, spuścił mi się herbatą do kubka.
           - Ty możesz robić to, a ja nie mogę sobie po prostu umyć dupy. Durna sprawiedliwość. -  prychnąłem.
           - Jak znowu będziesz człowiekiem to też będziesz się lizał po jajach w każdej możliwej chwili?
            - A ty lał ludziom do kubków?
            - Hizaki, nie denerwuj mnie. – warknął i wyszedł. Prychnąłem, machając na niego łapą.
            - Wracając, Hizaś, powinieneś być trochę milszy. Masashi widocznie lubi koty…

***

          Położyłem się na łóżku i wbiłem wzrok w sufit. Wszystko w tym zamku było naprawdę ładne. Łącznie z przeuroczym, nieco agresywnym właścicielem. Ale przecież ludziom to przechodzi. Po chwili usłyszałem jak drzwi się otwierają. Do środka wjechał wózeczek z imbrykiem. Bez nikogo. Sam. Odsunąłem się nieco, nie wiedząc za bardzo o co chodzi. Chociaż po przeprowadzeniu rozmowy z gigantycznym kotem już nic nie powinno mnie zdziwić.
          - Nie bój się, przyniosłem ci herbatę. – oświadczył imbryczek, nalewając herbaty do kubka, co wyglądało raczej komicznie. Niemal zemdlałem, kiedy szafa zaczęła skręcać się ze śmiechu.
          - Dziesięć lat lejesz ludziom do kubków, a nadal mnie to śmieszy. – rechotał mebel. Patrzyłem na całą tę scenkę z otwartymi ustami.
           - Zamknij się Teru. We mnie przynajmniej nie ma gaci Hizakiego.
           - Ale za to, Kaya, w tobie nie ma też takich pięknych sukienek – rozpromieniła się szafa o imieniu najprawdopodobniej Teru. – Zobacz, Masashi! W tej byś wyglądał przepięknie. – szafa otworzyła się, wypluwając amarantową połyskującą na fioletowo zdobioną suknię. Popatrzyłem się pytająco na towarzyszy.
          - No ubieraj się, to zwrócisz na siebie uwagę koteczka. – ponaglił mnie Teru. Wykonałem polecenie. Zawsze chciałem poczuć się jak prawdziwa kocia księżniczka, a nie jak taka mianowana przez Gackta. Tamten facet, co prawda, non stop mnie tak nazywał, ale nigdy nie dał motywu, bym tak się poczuł.
         - Cudownie! – imbryczek aż podskoczył. Ulało mu się nieco herbaty, na co Teru roześmiał się dziko i trzasnął drzwiami.
       - Nie podniecaj się już tak, bo ściany zalejesz.
W pewnym momencie wszyscy ucichli. Usłyszałem dźwięk otwieranych drzwi.
      - Gackt?!
      - Masashi! Chodź, kochanie, zabiorę cię stąd! – podbiegł do mnie i usiłował wziąć mnie na ręce, co skończyło się tak, że straciłem równowagę i dosłownie go przygniotłem. Rzadko zdarza się, że księżniczka ma metr dziewięćdziesiąt wzrostu i waży prawie osiemdziesiąt kilogramów. Mój wybawca był zdecydowanie drobniejszy. Podniosłem się.
      - Nigdzie z tobą nie idę. – powiedziałem groźnie, marszcząc brwi. Skrzyżowałem ręce na piersi i odwróciłem się. Nagle do pokoju wpadł Hizaki.
      - Co… Tu… Robisz?! – wrzasnął i miaucząc bojowo, rzucił się na Gackta. Zakryłem sobie twarz dłońmi, odsuwając się w róg pokoju. Bałem się efektów tej bójki. Co prawda Hizaki miał pazury, więc zdawało się, że ma przewagę. Wyrzucił Gackta za okno i syknął na niego, po czym podbiegł do mnie.
       - Nic ci nie jest? – zapytał, dotykając mojego policzka futrzastą łapką.
       - Kyaaaaaa – zawyłem i przytuliłem się do niego. Objął mnie i pogładził po plecach. Po chwili odsunęliśmy się od siebie. Zauważyłem, że za Hizakim stoi Gackt z butelką pełną jakiegoś mętnego płynu.
       - Nie! Uważaj, kotku! – pisnąłem, odpychając napastnika z powrotem za okno. On jednak zdążył wylać zawartość na futerko mojego ukochanego. Wypchnąłem go z pomieszczenia i zatrzasnąłem okiennice. Szybko powróciłem do Hizakego. Leżał na podłodze z przymkniętymi oczami. Ująłem w dłonie jego łapę.
        - Hizaki… Nie zostawiaj mnie… - rozpłakałem się i wtuliłem w jego sierść.
        - Wo… Woda z mydłem… - wymamrotał ostatkiem sił. Spojrzałem mu w oczy zapłakany. Już majaczył.
        - Nie zostawiaj mnie, proszę… Kocham cię. – zaszlochałem, chowając ponownie twarz w zagłębieniu jego włochatej szyi.
        - Woda…z mydłem. – jęknął, zamykając oczy. Ścisnąłem jego łapkę, lamentując jeszcze bardziej. Zacisnąłem powieki, nie mogąc uwierzyć w to, co się właśnie stało. Nieoczekiwanie, po chwili moich uszu sięgnął odgłos uderzającego o dach, mdlejącego za oknem Gackta. Podniosłem się i popatrzyłem na Hizakiego. Przede mną nie leżał już kot, a krzywo pomalowany mężczyzna ubrany w sukienkę i uczesany w kok.
        - Hizaki? – zapytałem. Otworzył oczy.
        - Nie, twoja matka. – prychnął. – To ja, kretynie. – podniósł się i przytulił mnie. Wciąż płakałem, ale teraz były to już łzy szczęścia. Rozejrzałem się po pokoju. Zamiast imbryczka przy łóżku stał kolejny facet w sukience, a w miejscu szafy – skąpo ubrany, białowłosy chłopak.
        - Też cię kocham, Masashi. – uśmiechnął się Hizaki i pocałował mnie w usta. Myślałem że zwymiotuję, ale i tak było całkiem okej. Kocie żarcie nie odeszło bez efektów.

 A później żyliśmy długo i szczęśliwie…

Koniec.
_________________________ 


No to tak. Comeback jest. Nie było mnie już kawalątek czasu, ale powróciłam.
Co do opowiadania - autor płakał jak pisał. Trzy razy obejrzałam tę bajkę - te disneyowe serie są czasochłonne ._.

Chętnie przeczytam Wasze opinie. Naprawdę. ^^
       

niedziela, 27 grudnia 2015

Żyd-zaki i Wigilia Właściwa

        - Reita, upiekłeś już ten sernik? Ile można robić ciasto! – krzyczał Uruha, który dramatycznie potrzebował w tej chwili doprawić barszcz. Stał z garnkiem pod zamkniętymi drzwiami, zza których dochodziły piski i inne dziwne dźwięki, do których emisji zdolni byli tylko basiści. Tymczasem Aoi wspaniałomyślnie poprosił Rukiego o przyniesienie stołu z garażu. Skończyło się to tak, że gitarzysta musiał nieść stół razem z leżącym na nim wokalistą.
        - Powinienem robić ciasto. – prychnął.
        - W kuchni jest miejsce kobiet.
        - A Reita?! – oburzył się niski. – Ach… No dobra. – zreflektował się, kiedy dopatrzył się pobłażającego wyrazu w spojrzeniu przyjaciela. – A w ogóle, czemu ten stół jest z blachy?
        - Kai zaprosił Hizakiego. Jak nie skombinujemy łańcucha i metalowego krzesła to możemy zaprosić jeszcze straż pożarną.
        - Mój Boże! – zapiszczał Ruki, podnosząc się. Aoi nie wytrzymał i upuścił stół na ziemię, przeklinając cicho.
        - Nie wzywaj pana Boga na daremno! – odezwał się Kai, wyglądając przez okno. Yuu wywrócił oczyma. Odprowadził niskiego mężczyznę wzrokiem do garażu, po czym zaczął się siłować ze stołem. Po chwili jednak mebel się podniósł i sam wmaszerował do domu.
       - Och… Na was zawsze mogę liczyć. – uśmiechnął się. Spod stołu zamerdał do niego kozi ogonek.
        Uruha klęczał pod drzwiami od kuchni i mieszał barszcz, dodając do niego wyrzucone przed chwilą przez Reitę z kuchni przyprawy, klnąc pod nosem. Kiedy przeszkodził mu Ruki, ciągnący wielki wór z garażu, wstał i pchnął go w stronę garnka. Dalszej części historii można się już domyślić. Tak właśnie wokalista skończył z czerwonym ombre. W dodatku barszcz był bogatszy o niestandardowy składnik w postaci lakieru do włosów. Niższy odcisnął płyn z końcówek i uciekł razem z workiem w głąb domu. Kiedy Reita w końcu otworzył drzwi, młodszy gitarzysta od razu zajął kuchnię.
      W końcu wszystko było gotowe. Cały zespół stał w przedpokoju w pełnej gotowości na przyjęcie gości. Tyle, że nigdzie nie było Rukiego. Po chwili jednak przymaszerował w masce przeciwgazowej, kasku i kombinezonie podobnym do tych używanych w Czarnobylu.
       - Po co… - zaczął Uruha.
Wszystko stało się jednak jasne, kiedy usłyszał trzask, a w wyłamanych drzwiach stanął Hizaki.
        - O…Otwarte było. – szepnął Reita, chowając się przerażony za Rukim. Ku ich zdziwieniu, księżniczka zaprezentowała się w pięknej, świątecznej sukni, nie zapominając o jakże świątecznym dodatku – brodzie. Nie była ona jednak siwa, a czarna jak smoła.
       - A cóż to za charakteryzacja? – rozpromienił się Kai. Na twarzach reszty przybyłych gości – Kamijo, Teru, Yukiego i Masashiego pojawiło się lekkie zakłopotanie.
       - Charakteryzacja? – Hizaki roześmiał się diabolicznie. – Jest prawdziwa! Pół roku się nie goliłem! – oświadczył z dumą. Miny członków Gazette wyrażały wszystko. Słychać było tylko syk butli z tlenem, którą na chwilę uruchomił Ruki.
        - Nie chcecie wiedzieć jakie stwory tam żyją… - mruknął Kamijo ukradkiem.

           Nie trzeba było długo czekać, by zjechali się wszyscy goście. Mana-sama zdemolował ogródek swoim czarnym ciągnikiem, co wywołało u Gackta niemalże palpitacje serca. Jak on śmiał się mu pokazywać, po tym jak bezczelnie odjechał JEGO ciągnikiem? Pech chciał, że zostali oni posadzeni naprzeciw siebie. Przez resztę wieczoru po prostu bacznie się obserwowali. Mana uśmiechał się lekko, a Gackt sczerzył zęby, powarkując. Członkowie Mejibray razem z zaprzyjaźnionym D’espairsRay zajęli miejsca przy i pod stołem. Gdzieś w tyle Kamijo próbował podstępem skłonić Hizakiego, żeby usiadł na krześle. Kiedy się udało, Masashi owinął go łańcuchem, pozwalając Yukiemu na zapięcie wszystkiego za pomocą ogromnej kłódki.
       - Co wy robicie, do cholery!? Związali Świętego Mikołaja!
       - Nie jesteś Świętym Miko…
       - Co ty wiesz! Wypuścić mnie!
       - Nie drzyj japy. – mruknął Teru.
       - WYPUŚĆCIE MNIE!
       - ZAMKNIJ. MORDĘ. – warknął pewien wysoki mężczyzna, zapychając otwór gębowy Hizakiego karpiem. – No. Wesołych. – rozpromienił się, klepiąc Hizakiego zatkanego rybą po policzku. Ruki podkręcił nieco butlę tlenową, kiedy spojrzał w stronę krzesła, na którym siedział zdetronizowany już władca.
        - Są Święta, a ty się nadal o wszystko sapiesz. Wrzuć na luz, nikt nie chce twojego terroru. – westchnął Yuki i z litości dla zwierząt wyciągnął świątecznego karpia z ust księżniczki. Już ledwo dyszał. Włożył go do miski z wodą i postawił na podłodze. – Będziesz grzeczny? – zapytał. Hizaki zrobił minę niewinnego szczeniaczka i pokiwał głową.
        - Kamijo, może naprawdę go wypuśćmy? – zaproponował Teru, opierając się o parapet i przyglądając Świętemu Mikołajowi.
        - NIE! ON NAS WSZYSTKICH POZABIJA! – wrzasnął wokalista. Był to moment, w którym Ruki owinął się kocem gaśniczym.
        - Ja? – zapytał Hizaki. – Przecież ja bym muchy nie skrzywdził. Czy facet noszący stringi jest w stanie kogoś zabić?
        - Nosisz stringi?
        - Nie, ale Masashi nosi.
        - A co to ma do rzeczy…?
        - Miałeś nikomu nie mówić! – zaszlochał basista i wybiegł z domu. Yuki i Teru spojrzeli się na siebie porozumiewawczo i poszli za nim.
        - Durne umowy. To za to, że powiedziałeś im, że nie noszę bielizny, debilu! – krzyknął Hizaki za czarnowłosym. Nagle w pokoju zapanowała całkowita cisza. – Powiedział, prawda?
Nikt nie odezwał się słowem.
        - Nie ruszysz się stąd przez resztę wieczoru, dziękuję. – bąknął Kamijo i  odłożył kluczyk do kłódki na parapet za krzesłem, co okazało się jego życiowym błędem. Nie doceniał Hizakiego.

           - Meto wiedzieć, że w krowa żołądek żyć dużo bakteriów?
           - Nie. Meto nie wiedzieć. A Zero wiedzieć że jak włożyć jajko do octu to jajko zmięknąć? – odpowiedział szeptem Meto, by nikt nie zorientował się, że siedzi z najlepszym przyjacielem pod stołem.
           - Meto wiedzieć! Meto robić tak z kościami!
           - Bo Zero pytanie mieć.
           - Zero mówić!
           - Czy jakby włożyć Hizaki do ocet to on też zmięknąć?
           - Pewno tak. Trzeba próba.
           - A nie bać się? – zapytał przerażony Zero, jakby Meto powiedział mu, że zginie za pięć minut.
            - Hizaki być związany, nie ma czego. – Meto wskazał na nogi skrępowane łańcuchami. – A może by zrobić Hizaki miękki?
            - Będzie spokój jak Hizaki zmięknąć!
Zero zaczął się skradać w kierunku drzwi. Przywołał do siebie gestem dłoni przyjaciela i pobiegł do kuchni. Zaczął szybko otwierać wszystkie szafki. W tym czasie do pomieszczenia wszedł nieco zbity z tropu mężczyzna, chodź co do tego można by było mieć wątpliwości ze względu na czarne legginsy w niebieskie brokatowe papryczki chilli, jakie miał na sobie i żółtej przepasce na nosie i jakże dopasowanym do wszystkiego różowym makijażu oczu.
             - Co wy robicie? – zapytał, podążając w stronę piekarnika.
 Intryganci zmierzyli się porozumiewawczymi spojrzeniami.
              - DEZERTER! – krzyknęli i rzucili się na niego.
              - Jesteście gorsi niż kozy tego murzyna. – bąknął Reita.
              - Kogo? – Aoi zajrzał do pokoju, a za nim Tamara, Pan Guziczek, Kluseczka i Pysio przystrojone  gwiazdami Dawida, ponieważ Ruki pomylił ów symbol z pentagramami kiedy zajmował się dekoracjami.
              - Nikogo takiego… - bąknął uziemiony basista. Aoi opuścił kuchnię.
              - Mieć sprawę. Chcemy zrobić Hizaki miękki i potrzebować do tego ocet. – wyjaśnł krótko Meto. – Ocet i wanna.
               - Wszystko jest. Droga wolna, dajcie mi tylko wyjąć sernik… Ocet jest w tamtej szafce. – wskazał basista i podniósł się z podłogi. Meto razem z Zero zabrali ocet i popędzili do łazienki i wlali go do wanny wypełnionej do połowy wodą.
               - Yolo?
               - Yolo.
Już po chwili obaj stali z kluczem przed Hizakim.
               - Cześć Hizaki.
               - Czego? – zapytał oburzony gitarzysta.
               - Chcemy cię zmiękczyć. – Meto pokazał mu klucz i uśmiechnął  się szeroko. Brodatemu zaświeciły się oczy.
               - Zmiękczyć? Jestem na to za twardy, ale możecie spróbować. – zaśmiał się. Meto otworzył kłódkę. Momentalnie Hizaki wyrwał się i powstał  jakby ze zdwojoną siłą. – Ho, ho, ho, gnojki! – zawołał, wskakując na stół.
                - Biegnijcie, głąby. – bąknął w stronę oniemiałych wybawicieli. Reita postawił sernik na stole i rozwinął przepaskę na nos, nakrywając nią twarz.
                - Przyszedł Mikołaj. – Hizaki śmiał się diabolicznie. – Ty! – wskazał długim paznokciem Rukiego, który aż podskoczył. – Byłeś grzeczny w tym roku?
                - Ruchał się z barierką. – uśmiechnął się Uruha.
                - Kyrie Eleison! – wrzasnął Kai, klękając pod obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej namalowanych na ścianie w tyle salonu. Hizaki zaś zorientował się, że wdepnął w sałatkę Gackta.
                 - Jasna cholera, co to za rodzaj lasu? – zapytał siedzący jakby „pod Hizakim”  wokalista, spoglądając w górę. Kaya siedzący obok zlitował się nad nim i zasłonił mu oczy swoim puszystym szalem.
               - Stumilowy. Gdzieś tam jest tygrysek… - szepnął, zawiązując szal.
               - A wiesz, co tygryski lubią najbardziej? – zapytał Hizaki, pochylając się nad Kayą.
               - Niestety tak. Twój tygrysek bryka zawsze w najmniej odpowiednich momentach.
               - Nie narzekam na brak testosteronu, he… - zaśmiał się długobrody, sprawdzając czy lakier na paznokciach nie poodpryskiwał. Zeskoczył ze stołu, wycierając ubrudzoną majonezem stopę w obrus. Kai wstał z klęczek, obrzucił go pełnym nienawiści spojrzeniem i dołożył do sałatki więcej składnika.
               - Czas na prezenty! – oświadczył Mikołaj i poszedł w stronę choinki przyozdobionej gwiazdami Dawida i zeszłorocznymi pentagramami oraz kilkoma brokatowymi pisankami, przy których upierał się Reita z Rukim. Zaczęło się rozdawanie prezentów. Mejibray tak jak D’espairs Ray dostali grupowe prezenty w postaci nowych telewizorów. Kaya uraczony został kijem baseballowym, Gackt nasionami genetycznie modyfikowanej kukurydzy, a Mana akcesoriami Formuły 1 do swojego ciągnika. Dla całego Gazette Hizaki przewidział akwarium pełne szprotek i słoików majonezu poustawianych na dnie.
                - Ty dostaniesz prezent w domu. – spojrzał na Kamijo i uśmiechnął się. Ten skulił się i wbił wzrok w czubki swoich butów, wyglądając przy tym jak ofiara gwałtu. Niedługo później Yuki razem z Teru przyprowadzili Masashiego. Basista był czerwony jak jego stringi i odwracał wzrok za każdym razem, gdy przypadkiem na kogoś spojrzał.
              - Maaaasashi! Zobacz, kupiłem ci staniczek! – wyszczerzył się Hizaki. Masashi rozpłakał się i ponownie wybiegł z pomieszczenia.
              - Dosyć, cholera! – Yuki tupnął i pociągnął Hizakiego za brodę do łazienki. Wszyscy byli pełni podziwu, a Meto i Zero zafascynowani, że ich plan sam się realizuje. Yuki wepchnął przyjaciela do wanny i zgasił światło, po czym zamknął drzwi na kłódkę.  – Wyremontuję to wam, daję słowo – skłonił się przepraszająco przed stojącym Kouyou, który omal nie opluł go winem.
Reszta wieczoru minęłaby całkiem spokojnie, gdyby nie krzyki i dziwne dźwięki dochodzące z łazienki. W końcu narodziny samego Zbawiciela nie mogły być ciche i sielankowe, dlatego pewna osoba taplająca się w occie postanowiła zadbać o część dźwiękową imprezy.

_______________________________


          
Co prawda, dodane 66 minut po Świętach.
            Wzmożony opierdalling. I mam wrażenie, że słaby prezent ode mnie dostaliście XD

Jak nie wesołych, to szczęśliwego Nowego Roku! Mam nadzieję, że Wasze święta lepsze były od moich, częściowo spędzonych na pogotowiu. Tak to jest jak się jest mną.
 



sobota, 19 grudnia 2015

S jak surviv... Szkoła (III)

        - Leci Hizaki ponad lasem, wymachuje swym…
        - Atłasem. Tego co pierwsze przychodzi na myśl to raczej nie ma. – roześmiał się Aoi, a zaraz zawtórował mu Uruha. Właśnie przechodzili obok sali od biologii. Nagle stanęło przed nimi To we własnej osobie. Twarz miało nieludzką, pachniało kiszoną kapustą i uśmiechało się złowieszczo.
        - Ja – zaakcentował – nie mam… TEGO?!
Uruha popatrzył na Aoiego z wymalowaną na twarzy świadomością rychłego końca.
        - M-My tak tylko ż-żartujemy… - odezwał się spłoszony czarnowłosy.
        - A opowiedzieć ci coś, podrostku? – syknął Hizaki, stając na palcach niczym Chihuahua próbujący ugryźć dobermana. – Wiesz jak powstała jaskinia Akiyoshi?
Brunet pokręcił głową.
        - Stałem wtedy przodem do góry i zobaczyłem fajną dupę w telefonie. – odparł. Uśmiechnął się z satysfakcją. Zawrócił do swojej sali i zamknął za sobą z hukiem drzwi. Tym właśnie sposobem wpadli na lekcję plastyki spóźnieni. Nauczyciel stojący pod tablicą zmierzył ich nienawistnym wzrokiem, podrzucając puszkę sardynek w dłoni.
         - Siadać. – rozkazał. 
Spóźnialscy szybko zajęli miejsca w ostatnich rzędach, skrywając się przed rybimi ślepiami belfra.
         - Jestem Karyu. Dzisiaj rysujemy martwą naturę. – powiedział, po czym wyciągnął z szafki za biurkiem tacę z wypatroszonym karpiem na talerzu. Jej wyraz twarzy mówił „Pomocy”. – To Andżej. Sam zabiłem. – uśmiechnął się, wbijając w oko ryby pałeczkę. – To doda dramatyzmu scenie. Wczujcie się w to. Chcę widzieć wasze emocje na kartce. Chcę widzieć… Rybi akt! – westchnął przejmująco i wylał na karpia puszkę sardynek. Już dawno odpuścił sobie nauczanie o stylach architektonicznych, malarskich, epokach w sztuce. I tak każdy miał to głęboko gdzieś. W klasie zapadła cisza. Było słychać tylko zawzięte skrobnięcie ołówka o kartkę. Wszystkie głowy zwróciły się w stronę Yukiego, zamaszystymi ruchami kreślącego coś na kartce. Zadowolony Karyu podszedł do niego i popatrzył na rysunek.
          - Widzę tu uczucia… Niesamowita ekspresja! Ta kreska… Szybko się uczysz! – pochwalił ucznia i zmierzwił mu włosy. Mina Yukiego mówiła sama za siebie.
          - Ale panie psorze… To po prostu kutas. – bąknął.
          - Kutas? Ciekawy tytuł… Wędruje na szkolną wystawę przy wejściu! – klasnął w dłonie Karyu. Yuki uderzył głową o blat stołu.
           - No dobrze. Przejdźmy więc do konkretów. Ołówki w dłonie i rysujemy rybki, moje rybeńki! – rozpromienił się Karyu i poszedł usiąść za biurkiem. Na koniec lekcji wszyscy zaczęli składać w rogu jego biurka kartki z męskimi organami płciowymi ukazanymi na wiele sposobów.
          - Żywa natura… Martwa natura… Co za różnica? – westchnął Karyu, zagryzając sardynkę z talerza. Nie trzeba chyba wspominać, że pół godziny później przed drzwiami wejściowymi do szkoły wisiała przepiękna wystawa prac uczniów.
          - No, Yukiś… Błyszczysz talentem! – pochwalił kolegę Masashi, klepiąc lekko szatyna w plecy, czym spowodował, że zaczął się on zastanawiać czy powinien zgłosić się do lekarza z obitymi płucami.
          - Wiem. Ten kolo to debil. – parsknął w odpowiedzi.
          - Spokojnie, teraz niemiecki.
          - NIEMIECKI? KOCHAM NIEMIECKI. – wrzasnął Kamijo. Biednemu Yukiemu zadzwoniło przez to w uszach.
          - Czego ty nie kochasz…
          - Hizakiego. – odparł blondyn.
          - Te, Dżolo! – usłyszeli zza siebie głos Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. – Nie wzywaj imienia Pana Boga swego na daremno.


          - Yo, jestem Yoshiki. – zaczął nauczyciel, zanim jeszcze klasa zdążyła zająć miejsca. – Nauczycie się ze mną szprechać niczym Fuhrer. – uśmiechnął się, siadając na biurku. Kamijo wbijał w niego pełne fascynacji spojrzenie. Oczekiwał tego, że po wyjściu z każdej jego lekcji będzie o krok bliżej napisania piosenki w innym języku niż japoński.
          - A jak będzie „Bonjour Honey” po niemiecku? – zapytał.
          - Guten Morgen, Herzblatt! – odparł Yoshiki. – A co, wolałbyś się witać z ukochaną po niemiecku?
          - Nie… Znudziło mi się już „Bonjour”.
          - No dobrze. Zacznijmy więc lekcję. Będę uczył was praktycznych rzeczy, które przydadzą wam się w życiu. W końcu język to rzecz codzienna… Zapiszcie temat. – odchrząknął. – Dyktuję: Rindfleischetikettierungsüberwachungsaufgabenübertragungsgesetz.
          - Słucham?!
          - Powtórzy pan?
          - Was?
          - Że co?
         - Rindfleischetikettierungsüberwachungsaufgabenübertragungsgesetz. W tłumaczeniu ustawa o przekazywaniu obowiązków nadzoru znakowania mięsa wołowego. Zapiszemy sobie słownictwo związane z tą ustawą, żebyście mogli ją lepiej zrozumieć. – rozpromienił się Yoshiki, zaczynając podśpiewywać sobie „Du hast” pod nosem. Niemiecki był dla niego wszystkim. Wymawiając długie słowa uspokajał się. Uspokajał się, kiedy patrzył na łamiący się język uczniów i konsternację na ich twarzach, kiedy dyktował im kolejną porcję dwudziestoliterowców do wyrycia na pamięć. Był jednak w swoim fachu profesjonalistą. Nagle do sali wpadł Meto. Fizyk rozejrzał się po klasie.
            - Niemiecki być! Fizyka po niemiecki kochać! – ucieszył się i usiadł na śmietniku. – Meto może pomóc!
            - Achtung! – wykrzyknął Yoshiki, składając ręce. Z opresji wyratował klasę dzwonek.

         Edukacja do bezpieczeństwa to bardzo ważny i przydatny w życiu przedmiot. Doskonale wiedział o tym Yuuki, zapisując na tablicy definicję pożaru. Nie mógł wypuścić z sali nikogo bez tej wiedzy.
          - Pożar to niekontrolowany proces spalania materii organicznej lub nieorganicznej. Warunkiem zapoczątkowania pożaru jest utworzenie trójkąta spalania. Pożar stwarza zagrożenie dla życia. Podczas pożaru należy rozpoznać sytuację. W pierwszej kolejności należy określić miejsce i rozmiar zdarzenia. Następnie trzeba wszcząć alarm oraz odciąć dopływ gazu i prądu. Kolejnym punktem jest podjęcie prób ugaszenia ognia i zawiadomienie straży pożarnej. Dopiero na końcu jest ewakuacja. Jakieś pytania?
Cisza. Nikogo nie obchodziło to, co mówił.
           - Dosyć tego! Te, Blondyna! – wskazał na Shinyę, który nie za bardzo wiedział co się dzieje. – Definicja pożaru, ale już!
Jasnowłosy skrzywił się. Myślał nad tym, co powiedzieć. Został właśnie wybudzony z przedpołudniowej drzemki i jego mózg nie był skory do funkcjonowania.
       - Pożar miałem
        Ledwo się wyratowałem
        Trójkąt spalania
        Ku przeznaczeniu ludność skłania
        - Brawo. Mógłbyś zostać wieszczem narodu, ale z EDB piątki nie będzie. Pała. – mruknął Yuuki. – Ktoś jeszcze nie zna definicji?
Toshiya podniósł rękę.
         - Ja z innym pytaniem.
         - Ależ proszę.
         - Do czego nam się ta definicja przyda w życiu? – zapytał z uśmiechem.
         - Kiedyś mi podziękujesz. – Yuuki zmierzył go nienawistnym spojrzeniem. – A teraz sprawdzian z pierwszej pomocy. Zaraz sprawdzę kto tu jeszcze nie zaliczył… No proszę. Numerek ósmy. Chodź, chudzielcu, porobisz mu za poszkodowanego. – Yuuki wskazał palcem Teru. Ten posłusznie wstał, ale widząc, że to Kyo jest numerkiem ósmym zbladł i upał zemdlony na ziemię. Był to jego wróg numer jeden. Czasem zastanawiał się, czy naprawdę tak jest, że gdyby nie fakt, że Kyo bał się dwa razy wyższego Masashiego, to urwałby mu łeb już jakieś dziesięć razy. Łysy uczeń zeskoczył z krzesła i poszedł w kierunku leżącego Teru.
         - Wczuł się. – Yuuki pokiwał głową z podziwem. Obserwował, co Kyo zamierza zrobić. Podszedł od prawej strony do Teru, uklęknął i przyłożył mu parę razy z otwartej dłoni w policzek. Nauczyciel aż się skrzywił. Masashi siedział już w pełnej gotowości do ataku. Miarka się przebrała, kiedy Kyo zaczął układać Teru w pozycji bezpiecznej… nogą. Masashi złapał niskiego za kostki i wstał, unosząc go do góry. Yuuki przyglądał się całej scenie.
         - Goryl, uspokój się. Nic się nie stanie temu chudemu pryszczowi. Możesz mnie puścić.
Czarnowłosy z wielką radością wykonał polecenie i zajął miejsce z powrotem. Kyo upadł bezwładnie na ziemię, powodując przebudzenie się Teru.
         - Piąteczka! – rozpromienił się Yuuki. – Dla całej trójki!
      
        Zaraz po wyjściu z sali Teru uciekał przed Kyo, bo ten miał dzisiaj dzień gangstera. Postanowił wyładować się na srebrzystowłosym, bo skomentował jego technikę udzielania mu pierwszej pomocy. Zdziwił się jednak, kiedy jego czoło zatrzymała jakaś wielka dłoń. Popatrzył w górę i ujrzał Masashiego. Zza niego wychylał się Teru.
        - Na górze róże, na dole leluje. A Kyo dziś w kiblu sobie ponurkuje. – zanucił srebrzystowłosy. Losu Kyo można się było domyślić.

      Chemia była kolejną już lekcją, na którą kurduplowaty łysolek wpadł spóźniony i mokry. Jego oczom ukazał się dosyć oryginalnie wystrojony mężczyzna z zakrytą połową twarzy i włosami o odcieniu wody w Morzu Bałtyckim. Na nogach miał wysokie buty i różowe kabaretki zakończone koronką. Korzystając z tego, że był zapatrzony w układ okresowy pierwiastków Kyo pobiegł na tyły sali i usiadł w wolnej ławce.
        - Dzień dobry! Witam na pierwszej lekcji chemii w tym roku! – wrzasnął nagle turkusowowłosy, sprawiając że cała klasa aż podskoczyła. – Zajmiemy się dzisiaj podstawowymi zasadami chemii praktycznej, pozwalającej wam przetrwać w tej szkole. Ja nazywam się Takemasa i jestem najnormalniejszy z całego grona pedagogicznego. – powiedział, opierając nogę o biurko, przy czym podciągnął koronkowe pończochy. – A więc… Naszą instytucję tworzą… Jakby nie patrzeć  sami mężczyźni. Zdajecie sobie sprawę z niebezpieczeństwa zaczadzenia? Powinniście znać budowę większości gazów, jakie Was, drodzy uczniowie, otaczają. Teraz pytanie… W jakiej sali stężenie tlenu w powietrzu jest najmniejsze?
          - Biologia… - odparła zgodnie cała klasa.
          - I muzyka. Tam też lepiej nie oddychać.
Nagle budynek zadrżał. Drzwi otworzyły się i stanął w nich Hizaki, a zaraz za nim Kaoru.
          - U nas? Nie oddychać?  - zapytał Kaoru oburzony.
          - Po co trzymać bąka w dupie, niech se lata po chałupie! – zaśmiał się Hizaki. Takemasa w tym czasie zasłonił ciaśniej nos i zapalił świeczkę. Postawił ją na stoliku do doświadczeń. Dwójka nauczycieli weszła do sali. Niemal od razu, kiedy biolog dygnął przed klasą, podnosząc sukienkę, świeczka zachowała się jak istny miotacz ognia. Takemasa nie przewidział jednak, że świeca stała zbyt blisko firanek. Zajęły się one ogniem, który rozprzestrzeniał się z ogromną prędkością.
           - Pożar – zaczął Ruki z głębi klasy – to niekontrolowany proces spalania materii, w tym przypadku organicznej.
           - W pierwszej kolejności należy określić miejsce i rozmiar zdarzenia. – dodał Tsuzuku.
           - Rozmiar: 1, 68, około 58 kilogramów. Miejsce… Tylny zderzak. – zakomunikował Aoi.
          - Sugerujesz że płonie mi dupa? – zapytał Hizaki, oglądając się za siebie.
           - Nie tego rozmiar, chromosomie submetacentryczny! Pożar jest duży i w szkole! – poprawił go Kamijo.
          -  Następnie trzeba wszcząć alarm oraz odciąć dopływ gazu i prądu… Ma ktoś szarą taśmę? – wykrzyczał w panice Uruha.
          - Jasne! – odparł Koichi, zaczynając owijać nią Hizakiego od pasa w dół. W tym czasie Takemasa poszedł wyłączyć prąd.
          - Kolejnym punktem jest podjęcie prób ugaszenia ognia i zawiadomienie straży pożarnej. Dopiero na końcu jest ewakuacja.
            - Na czerstwą bagietkę, dzwonię po straż! – pisnął Kaoru i wybiegł z pomieszczenia. Po chwili wszyscy stali przed budynkiem i patrzyli na płomienie pożerające szkołę niczym Hizaki kolejną porcję kurczaka z KFC. Nauczyciel zadzwonił bowiem po straż graniczną. Tłumaczył się, że nie ma ludzi nieomylnych. W końcu wszyscy uznali, że fakt, że jeszcze nie ma blond włosów to tylko oznaka, że jego mózg wciąż walczy. Uwadze zgromadzonych umknął Kyo i Die podlewający płomienie kanistrami z benzyną. Nim wóz faktycznie zdolny do ugaszenia pożaru dojechał na miejsce była ona już właściwie kupką popiołu.
       Tak oto zakończyła się ta piękna historia instytucji niemającej prawa istnienia.
_________________________________________

Last but not least. No dobra. Koniec szkoły. Cieszymy się? :D

Ostatnio mało mnie tu. Naprawdę mało. Nauka mnie zjada, ale cóż, sama chciałam. I to nie tak, że na Święta dla Was nic nie mam, o nie. Coś się jeszcze pojawi, mam nadzieję, że przed Wigilią. Mam nadzieję...
Na wszelki wypadek - Wesołych Świąt! Spędźcie je jak najlepiej się da. ^^