piątek, 7 sierpnia 2015

Rolnicza Rola Rolnika

     Jedzie Gackt przez wieś. Setki jeńców wiezie. A przez dziurkę, jeńcy ciurkiem sypią się za Gacktem.
    - Dzień dobry. Chciałbym kupić ciągnik. - Gackt zdjął okulary i zawiesił je na dekolcie koszulki. Sprzedawca popatrzył na niego niemo i sarkastycznie pytając go wzrokiem, czy dać do tego frytki. Mężczyzna wyszedł zza biurka i zaprowadził Okabe do hali, w której znajdowały się maszyny.
    - Co konkretnie pana interesuje? Ursus, Belarus, T...
    - Czarny.
    - Słucham?
    - Czarny. Musi być czarny.
Sprzedawca znów przekrzywił głowę i popatrzył na wokalistę jak na kogoś, kto właśnie powiedział mu że wyewoluował z ziemniaka. Ten jednak stał niewzruszony i z pewnością siebie wpatrywał na hali pojazdu w kolorze węgla. Minutę zajęło mu znalezienie jedynego okazu w takim kolorze.
    - Ile płacę? - zapytał z uśmiechem Gackt.
    Kiedy uszczęśliwiony wyjechał z salonu, podbiegła do niego ciemnowłosa i blada... kobieta? Ubrana była w gotycką suknię.
     - Mana-sama?! - zapytał Gackt.
     - Nie, twoja stara. - odpowiedział Mana, z lekkim uśmiechem na ustach.
     - Wskakuj na ciągnik, lasia. - Okabe spojrzał zza okularów na znajomego i gestem dłoni zaprosił go do środka.
     - Mała....eeee... Mana...? Lubisz raperów? - zapytał kierowca po kilkunastu minutach jazdy.
     - Nie nazywaj mnie "mała", mały. Lubię.
Gackt ucieszony znalezieniem Many w lesie i wiezieniu go na pokładzie swojego nowego wózka może zaprezentować swoje umiejętności wokalne.
Ciągnik.
Kupiłem czarny ciągnik
Kupiłem czarny ciągnik
Kupiłem czarny ciągnik
Kupiłem czarny ciągnik
Kupiłem czarny ciągnik
Kupiłem czarny...
Alufelgi, ciemne szyby...
Zawsze chciałem mieć takie coś,
Właśnie po to, by wozić ...
    - Jasna cholera, zamknij się. - Mana-sama wplótł palce we włosy.
    - Nie rób tego! - krzyknął Gackt dramatycznie.
    - Czego? - zapytał zdziwiony gitarzysta i spróbował wyjąć rękę ze swojej fryzury. Skończyło się to mizernym skutkiem, gdyż ręka bruneta nieugięcie tkwiła w bujnym tapirze. - Zawsze to się tak kończy... - westchnął gitarzysta.
    - Na stanik Hizakiego, cóż to za hołota! - wypowiedział niezidentyfikowany głos z pola. Głos widocznie nie był świadom tego, co ściągnął na siebie wywołując w tym momencie imię samego strachu. Demona. Czy to nie ciekawy zbieg okoliczności, że czytając apokalipsę świętego Jana od tyłu, przy biblii obróconej do góry nogami znajdzie się wszystkie litery, składające się na Jego imię. Gackt zatrzymał ciągnik i wyłączył silnik.
    - Któż odezwał się pośród tychże łanów złocistych?
    - Nie pierdol, daj browca.
    - Uruha? Co ty robisz na polu? - zapytał wokalista.
    - Daj. Browca. Nie wiem skąd tu jesteś, ale musisz mieć browca.
Kiedy blondyn wskoczył na ciągnik, Mana podał mu puszkę piwa, a wokalista ruszył w drogę.
    - Fajny wóz. Ile pojemności?
   
Czterysta.
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa....
Siedem jeden ma do setki...
Zawsze chciałem mieć takie coś,
Właśnie po to, by wozić .

   - O, stary, było mówić, że to piwo tak trzepie. - Kouyou spojrzał na etykietę trunku, na którym widniał jak wół napis "bezalkoholowe". To oznaczało, że Gackt rzeczywiście potrafił śpiewać także w ten sposób. Owszem. Potrafił. I to bez zastosowania nawet najmniejszych ilości napojów z zawartością tych jedynych, prawilnych procentów. 
     - Jak tam nagrania? - zapytał Mana, spoglądając na Uruhę.
     - Jakoś. Ostatnio Reita z Kaiem spili się winem mszalnym i w jednej piosence mamy Bogurodzicę w tle... Co ci się stało? - blondyn wskazał na rękę niezmiennie od pewnego czasu przyklejoną do głowy Many. 
     - Jak by to ująć... Error 404.
     - Rozumiem. To tak jak kiedy Ruki u mnie nocuje i mam rury pozapychane brokatem. - parsknął Uruha, przeczesując włosy. - Problemy techniczne. - mruknął cicho.
     - Gackt? W ogóle to jakiej marki jest ten twój cią...           
Nie jest to zwykły Ursus, mamy skórę i komputer,
Klimatyzę, serwo, wiatrak, szyber, kółko z futer
Piskacz piszczy, aż oponki się topią
A ty miła sprawdź czy ma niezłego kopa
- A.... Dzięki. - odparł Mana. A gdzie jedziemy?
Zabiorę cię do siebie
Zabiorę cię do siebie
Zabiorę cię do siebie
Zabiorę cię do siebie
I w oborze obok niego...
Kwadrans później Gackt razem z dwojgiem gitarzystów z tyłu zajechał na swoje podwórko. Wjechał do obory i zamknął bramę na kłódkę.
Jednak kłódka przed demonami nie chroni. Kłódka nie chroni przed złem.
Wyciągnął Manę i Uruhę z ciągnika i posadził na stogach siana. Trzymał siano tam gdzie swoje ciągniki tylko dlatego, żeby nie było im zimno. To wcale nie tak, że wszyscy uważali go za dziwaka. W tym sęk, że było to całkiem normalne. Przynajmniej dla niego. Dla kogoś, którego jedyną rodziną są jego własne kombajny i zestaw pługów. W takim też towarzystwie Okabe się obracał, dlatego właśnie nikt nie miał mu tego za złe, ani nawet nienormalne. W sumie, to nikt nie miał nic przeciwko, bo nikt o tym nie wiedział. Do teraz.
      - Dlaczego trzymasz maszyny na słomie? - zapytał Mana-sama, układając się wygodnie z ręką bezustannie wplecioną we włosy. Okabe zaczął swój wywód na temat samopoczucia maszyn.
     
       Tym czasem czyste zło we własnej osobie siedziało pod kombajnem. Ktoś go wezwał, więc przybył. Ktoś stroi sobie z niego żarty, bo wezwał go na daremno. Ktoś poniesie karę. Hizaki wyciągnął telefon i zadzwonił po resztę Spółki. Jego odwiecznym sposobem na zmuszenie ich do bycia na miejscu w pół godziny był fakt, że jeśli tak się nie stanie, kara będzie bardziej sroga niż mogą sobie to wyobrazić. Nikt wolał nie próbować.


***

    Odkąd w sali prób The Gazette zanotowano nieobecność gitarzysty, a Aoi wypatrzył za oknem wojskową furgonetkę opatrzoną napisem SPA z Yukim za kierownicą, zapanowało ogólne poruszenie. Wiedzieli, że Uruha jest na wsi Gackta. Wiedzieli też, że wieś znajduje się dokładnie w tamtym kierunku, w którym zmierzała furgonetka.
    - Kai, prowadzisz. Do samochodu! - wrzasnął Ruki. - Aoi, pakuj kozy!
Gitarzysta nie czekał długo. Tamara i Pysio siedzieli po chwili w bagażniku, liżąc wesoło szyby. Wesoło, ponieważ ślady ich języków układały się na kształt pentagramów. Kai usiadł za kierownicą, ale nie ruszał.
     - Ruchy! - warknął Reita, poprawiając bandanę z Hello Kitty.
     - Nie mogę, piłem!
     - Co?
     - Wino!
     - No błagam, pijesz tylko mszalne... Ruszaj bo Aoi da ci kozę na kolana.
Nie trzeba było tego perkusiście dwa razy powtarzać. Po chwili pędzili na wieś Gackta z prędkością bliską dwustu kilometrów na godzinę. Kai wiedział, że pokuta będzie cięższa niż zwykle.
     - Boję się o niego... - mruknął Reita. Przejechał palcem po policzku, zbierając obsypany z powiek brokat.
     - Zwyciężymy Cthulhu raz na zawsze. Zobaczycie. - stwierdził Ruki.
     - Zaatakujesz tego mistrzowskiego separatystę pilniczkiem czy lakierem do paznokci? - Aoi uniósł kpiąco brew.
     - Twoją aortą, kasztanie. - syknął wokalista i odsunął się od machającej jęzorem Tamary. Taka już była zależność. W Mejibray jęzorem macha Meto, w D'espairsRay Zero, a w Gazetto zastępczyni wokalisty - Tamara.
      Nie minęło pół godziny, a różowy van w brokatowe krzyże z różańcem na lusterkach zajechał na pole przy posesji Gackta. Kiedy Aoi wysiadł i otworzył bagażnik, dumnie wytarabaniły się z niego dwie kozy. Wszyscy stanęli z dumnie uniesionymi głowami, wyglądając jak aktorzy ze starych, dobrych westernów. Wsłuchiwali się w złowrogą ciszę. To oznaczało, że zło wisi w powietrzu.

***

     - Zabraliśmy to MP5, M16, M4 i dwa AK, a do tego P99, o które prosiłeś... - mruknął Kamijo, taszcząc walizki z karabinami w stronę ubranego w rosyjski mundur Hizakiego. Ten otworzył arsenał i zaczął się zastanawiać. Wziął P99 i wsunął do kabury, a przez ramię przewiesił sobie M16 i ulubionego kałacha.
     - Resztę schowaj.
     - Co? A my?
     - Mięso armatnie nie strzela. - wyszczerzył się długowłosy. Zabrał ze sobą kilka zapasowych magazynków i ruszył do budynku, w którym zamknął się Gackt. Krótką bronią przestrzelił kłódkę. Jedynie krótka nie była repliką na plastikowe kulki.
      Mana i Uruha podskoczyli, słysząc strzał. Gackt zaczął piszczeć.
      - Kobiety i dzieci! Kobiety i dzieci najpierw!
      - Jezus, człowieku, opanuj się. - Uruha wywrócił oczami.
      - Nie wzywaj Pana Boga na daremno. - rozległ się głos Kaia. Kouyou zorientował się, że jego zespół właśnie wchodzi przez okno  budynku.
      - Na zeza Hizakiego, co wy tu robicie?
      - Nie wzywaj Pana Boga na daremno.
      - Kai, daj mi spokój. - gitarzysta popatrzył na przyjaciela. Z jego miny wyczytał tylko przerażenie.
      - Tego nie mówiłem... Ja...
      - Raz i dwa - Hizaki już cię ma.
        Trzy i cztery -  zaraz ci łeb odstrzeli.
        Pięć i sześć - krzyż ze sobą nieś.
        Siedem, osiem - myśl o swoim losie.
        Dziewięć, dziesięć....
       - TAMARA DO ATAKU! - wydarł się Aoi. Koza zabeczała i położyła się na ziemi. Aoi westchnął boleśnie. W tym czasie, Hizaki trzymał już Uruhę na muszce. Zza niego wyłonilisię kolejno Kamijo, Teru, Yuki i Masashi.
      - Dzieci drogie, nie osmieszajcie się. - Teru wywrócił oczami. Nikt nie musiał wiedzieć, że nie skończył trzydziestu pięciu lat.  I nikt nie wiedział
     - Hizaki, proszę, uspokój się. Co ci zrobił ten człowiek?  - zapytał Yuki. Gackt stal otumaniony i wpatrywał się w całą scenkę, jaka odgrywała się bezpośrednio pod jego nosem.
W tym czasie Mana-sama otworzył szerzej bramę i właśnie opuszczał garaż ciągnikiem Okabe.
    - Sayonara, misie! - krzyknął i opuścił garaż jak najszybciej się dało. Hizaki wrzasnął i zaczął strzelać z jednego karabinu do Many, a z drugiego do Uruhy. Gitarzysta zawył z bólu, po czym uciekł między swoich i schował się za Rukim. Wyglądało to dosyć sympatycznie ze względu na kontrast jaki stanowił wzrost obydwojga. Gackt zaś, zauważywszy brak ciągnika uklęknął na ziemi i jęknął teatralnie. Kai przyklęknął obok i zaczął się modlić.
    Od tej pory, kiedy we wsi ktoś widzi czarny ciągnik zwykle ucieka. Czerń stała się symbolem końca. Końca i Many-samy.
    Gdy Hizakiemu skończyła się amunicja, oklapł zrezygnowany na podłogę. Westchnął żałośnie i przypatrzył się uważnie klęczącym oraz obydwu zespołom. Pokręcił głową i zabezpieczył broń.
    - Nie wiecie co tracicie. Oj, nie macie pojęcia...
Ruki spojrzał na Reitę, Aoi na Tamarę, a Uruha na widły.
   - Hizaki? - zaczął jasnowłosy gitarzysta.
   - Tak?
   - Dlaczego jesteś aż tak opętany?
   - Ignoranci... - długowłosy pokręcił głową. Czuł się nierozumiany.
   - A ty Gackt? Po cholerę ci był ciągnik? - Ruki przekrzywił głowę i kopnął Pysia, który próbował mu zeżreć buty.
Zawsze chciałem mieć takie coś,
Właśnie po to, by wozić ją!
_______________________
KORO RUSZYŁA DUPĘ!
Jest tygodniowy odstęp! Yay. Powrót do regularnych założeń.
Zgadzam się, że zrobiło się nudno. Wkurza mnie to, ale zwyczajnie non stop jestem wyjazdowa i nie mam jak pisać. Ta notka jest napisana w całości na telefonie, dlatego wybaczcie błędy w formatowaniu i jakiekolwiek inne. Nienawidzę pisać na telefonie, grr. Ale jak jest W
wena to trzeba rwać! Wracam do cotygodniowych notek. Nie ma sensu obiecywać, że będę dodawać częściej, bo napisanie opowiadania zajmuje mi minimum dwa dni, a przy tej ilości czasu jaką mam teraz... W sam raz. Poza tym są wakacje, nie myślę i nie chcę zjeść sobie wszystkich pomysłów. *ma zaplanowane 10 opowiadań do przodu*
Dzięki wszystkim komentującym! Jedno wbiło mi się pamięć.
Militarne RP Saggie. Wiesz jak bardzo mnie tym zaintrygowałaś? x'D
Miesiąc został. MIE-SIĄC. Dlatego za miesiąc prawdopodobnie zacznę  szkolną serię. Taki mały spoiler, bo tak. Miłego dnia! ^^'
Teraz tak. Mała reklama. Blog Syo - osoby, która jest często źródełkiem weny (tak, jesteś XD)
>>MY DARK BOX<<
*notka dodawana w bólach i cierpieniach braku zasięgu

sobota, 1 sierpnia 2015

Bandit

„Co, kapusta?! Głowa pusta!”

        W sprawie pustki w główce kapusty można by było się rozwodzić wiele, wiele czasu. Utarte przysłowie krążące wśród dzieci jest stwierdzeniem bardzo mylnym i tym samym używane jest zupełnie bezpodstawnie. Otóż z kapustą sprawa wcale taka prosta nie jest. Ba! Nie jest w ogóle prosta. Wnętrzności kapusty są bowiem delikatnie pofalowane. Swoją strukturą nieco przypomina fakturę mózgu, co jest kolejnym dowodem na to, że porównanie kapusty do głowy niemyślącego osobnika jest nietrafione co najmniej tak, jak połowa strzałów do bramki w wykonaniu Reprezentacji Polski w piłce nożnej. Dlatego właśnie Kaya nie wybrał kapusty. Ciągnie swój do swego, a ciemnowłosy zbyt inteligentny raczej nie był. Właśnie dlatego ulubionym narzędziem Kayi były równie rozgarnięte co on gwoździe i nieco mniej skomplikowana w budowie sałata. A do czego owe narzędzia mu służyły? Odpowiedź na to pytanie ma niesamowicie długie rozwinięcie.
***
          - Na Święty Młyn! – darł się Kaoru.
          - Co się stało? – zapytał wchodzący akurat  do jego mieszkania Toshiya. Kiedy wszedł do pokoju, jego oczom ukazała się... Istna rzeź. Rzeź bagietek poprzebijanych gwoździami i polanych obficie ketchupem. Tak potraktowane pieczywo było rozrzucone po całym salonie gitarzysty.
         - Cała rodzina… - lamentował lider. – Antoinette v50, Antoinette v51, 52… - wzdychał, a z jego oczu ciekły najprawdziwsze w świecie łzy. Toshiya z zaciekawieniem patrzył na twarz zrozpaczonego gitarzysty, próbując wyczytać z niej oszustwo i właściwą liderowi postawę piekarnianego rozbójnika. – Pomożesz mi je uratować? – zapytał po chwili klęczący na podłodze mężczyzna z proszącym wyrazem twarzy. Basista jakby obudził się z transu.
        - Turlaj mango! – prychnął i wybiegł z pomieszczenia, zamykając za sobą z hukiem drzwi.  Kaoru jęknął boleśnie i otworzył teatralnie ręce w stronę sufitu.
        - Czymże zawiniłem, w udręce me rozdarte serce! – krzyknął, po czym nie bezceremonialnie przystąpił do zmywania zaschniętego ketchupu ze ścian.

***

           Mia krążył zdenerwowany wokół stolika kawowego, patrząc na zawartość słoika podpisanego (gotycką czcionką) „Przecier Pomidorowy”. Tsuzuku leżał rozwalony na kanapie i przeglądał jakieś czasopismo pornograficzne.
           - Możesz przestać się kręcić? – mruknął pod nosem.
           - Nie. Nie mogę. Ktoś usiłował mnie zabić.
           - Nie przesadzasz? Sałata w twoim przecierze pomidorowym to jeszcze nie morderstwo… - stwierdził wokalista, nawet nie patrząc na blondyna. Przewrócił kolejną stronę, po czym pewna noga z niesamowitą siłą wykopała mu magazyn z ręki. Była to oczywiście noga należąca do Mii.
          - Ja wiem, że ktoś usiłuje mnie zabić! Rozumiesz? Mogłem umrzeć! Mam alergię!
          - Tja. I byłby spokój. Podasz mi gazetkę?
Mia zawarczał tylko i kontynuował zataczanie kół wokół stolika. Wtem do domu wrócił Koichi.
           - Mia, zmieniłeś upodobania? – uśmiechnął się basista.
           - Co masz na myśli? – Mia zatrzymał się i popatrzył na niego ze zdziwieniem.
           - Zasadziłeś w ogródku sałatę. Dużo tego nawet…
           - CO?
           - Stwierdzam fak… - różowowłosy urwał, gdyż blondyn wybiegł na balkon z prędkością Formuły 1. Chwilę później rozległ się krzyk przechodzący w ryk zdenerwowania.
           - Co mu? – zapytał Koichi, przysiadając na oparciu sofy.
           - Myśli że go ktoś chce zabić sałatą.
           - A. To wiele wyjaśnia. – mruknął pod nosem, otrzymawszy odpowiedź.

            W tym samym czasie, w apartamencie obok rozbrzmiewała kłótnia o to, kto wsadził sałatę do akwarium w pokoju Karyu. Najwyższy oskarżał wszystkich, łącznie z sąsiadami, z którymi zaplanowali niedawno akcję, mającą pozwolić odebrać telewizory obydwu zespołom.
          - Rozumiecie, gołębie, że ryby nie jedzą sałaty ani resztek z obiadu? – Karyu zwrócił się do Hizumiego – Nie jedzą też kotów i dewocjonaliów. A ty, Tsukasa… - brunet spojrzał się na gitarzystę niewinnie. – Śmierdzisz. Idź się umyć. – dodał. Perkusista wywrócił oczami i poszedł do łazienki.
         - A czy ty, do ciężkiej cholery, rozumiesz, że nikt w tym mieszkaniu nie dotykał twojego akwarium ani twoich ryb? – warknął Hizumi znudzony nieco kolejną gadką gitarzysty. Wtem ktoś sypnął garścią metalowych wkrętów w okno. Karyu podskoczył i podbiegł do okna. Nie udało mu się nic zobaczyć, prócz główki sałaty turlającej się niewinnie po chodniku. Zdenerwował się już nie na żarty.
        - Może mi ktoś powiedzieć co tu się dzieje?! – skierował wzrok ku górze.
        - Ja nie wiem. Nie mam pojęcia. – Hizumi rozłożył ręce. Moment później podskoczył wystraszony, gdyż Tsukasa złapał go za ramię.
        - W ogóle… Zauważyliście że Zero nie wrócił od wczoraj? – zapytał grobowym tonem.
        - Pewnie siedzi u psiej fryzjerki, nie wiecie że ona mu lubi dawać ciastka? – westchnął Karyu, siadając bez siły na kanapie. Fakt faktem, alibi Zero było dobre, jednakże niepewne. Mógł on rzucać żelastwem w szyby, ale bardziej prawdopodobne było to, że zajada psie ciasteczka od w połowie ślepej psiej stylistki. Nikt nic nie wiedział.

         Nikt nic nie wie. I nie będzie wiedział.

         Tak przynajmniej zakładał Kaya, idąc z wiadrem śrubek i torebką pełną sałaty przez zatłoczone miasto.

         Wtem w SPA rozdzwoniły się telefony. Hizaki prowadził bowiem parę innych działalności pod ladą o których wiedział tylko on i osobistości pozbawione umiejętności mówienia pokroju na przykład samej Antoinette. Po odebraniu zgłoszenia jasnowłosy wstał, przebrał się w robocze ubranie w postaci niemieckiego munduru, schował przeklęty już wielokrotnie przez Kamijo pistolet na kulki do kabury i poszedł obudzić resztę. Otworzył kopniakiem schowek na szczotki i ujrzał  Teru śpiącego na Yukim, który spał na Kamijo, który spał na Masashim, który prawdopodobnie spał na swoim kocie. Cztery pary oczu wpatrywały się w niego z przerażeniem.
         - Myśleliście że nie wiem? Nikt normalny nie idzie w cztery osoby po szczotkę. Wstawać. Mamy fuchę.
Kamijo wywrócił oczami i ziewnął. Teru przetoczył się i zaczął przysypiać, Yuki beknął i próbował spać dalej, a Masashi odgrzebywał spod siebie prawdopodobnie już szczątki Piisuke. Długowłosy warknął pod nosem i wyciągnął broń z kabury. Wycelował, przeładował i wystrzelił. Wszyscy posłusznie zerwali się do pozycji stojącej, tylko kot był w niesamowicie przyziemnym humorze.  – A więc, Watsonie… - gitarzysta pogładził Kamijo lufą po policzku. Ten przełknął ślinę dobrze wiedząc że w tym języku Watson oznacza nic innego, jak mięso armatnie.
         - Tak… Sherlocku? – bąknął, co było błędem, gdyż blondyn nadepnął go z całej siły.
         - Nie mów tak do mnie, złomie. – prychnął. Odsunął się od upatrzonej ofiary, której skrycie zazdrościł pozycji lidera. – Mamy zadanie. W okolicy grasuje przestępca zasypujący swoje ofiary metalem i sałatą.
Masashi parsknął śmiechem. Hizaki z prędkością światła stanął na palcach przed nim.
          - Bawi cię to? – zapytał upiornym głosem.
Od tego momentu mógł liczyć na całkowitą ciszę.
          - Naszym zadaniem jest uchwycić przestępcę. Żywego lub martwego.

 Niespełna godzinę później Hizaki prowadził swój oddział ulicami miasta. Pierwszym, co rzuciło mu się w oczy była Samara Morgan biegająca po ulicy z dwoma telewizorami pod pachami.
         - Padnij! – krzyknął i gwałtownie obniżył pozycję. Kamijo, Yuki, Teru i Masashi stali za nim niewzruszeni i obserwowali jak księżniczka czołga się po asfalcie ku ofierze. Kiedy był w odległości kilku metrów podniósł się i wycelował w Samarę. – Poddaj się! – wrzasnął. Stworzenie krzyknęło i podniosło ręce do góry, z rumorem upuszczając telewizory ma chodnik.
        - Meto chcieć oddać, Hizaki udupić Meto. – mruknęła Samara i uciekła w krzaki. Hizaki machnął ręką i przeszedł po brutalnie zamordowanym sprzęcie. Około pięciuset metrów dalej spotkał na swojej drodze niecodziennie wystrojoną osobę. Miała na sobie czarną lolicią sukienkę, wymalowane oczy i usta, misternie upięte włosy przyozdobione gigantycznym, czarnym kwiatem. W dłoni trzymała torbę z logo Biedronki i czarne wiadro, a na stopach miała kultowe, firmowe klapki Kuboty w zestawieniu z czarnymi skarpetami, by nie gryzły się z sukienką.
          - Hizaki?! – ucieszyła się postać.
          - Kaya?! – rozpromienił się Hizaki.
          - Nie mów na mnie Kaya. Zmieniłem pseudonim.
          - A jakiego używasz teraz?
          - Zielony Wkrętas. – oświadczył z dumą brunet. Reszta załogi Hizakiego dołączyła do niego i stanęła za nim, wpatrując się w rozmówcę o nietypowym przezwisku.
          - Skaryfikacja twarzy! – zakrzyknął radośnie Teru. Widząc, że zgromadzeni nie za bardzo wiedzą o co chodzi, przystąpił do tłumaczenia. – Nie słuchacie Gangu Albanii? Kamijo, przecież śpiewałeś ostatnio pod prysznicem ich numer!
Wokalista spąsowiał i pokręcił głową.
          - Nie, coś ci się popieprzyło…
          - Ja riba! ja riba! – zaczął Teru. - Wjeżdżam do Dubaju na dzikim ośle, którego se kupiłem w Albańskim Raju…
          - Gang z Albanii, wydziarane na siodle obok kieszonki pełnej towaru.
Prostytutki skaczą z dachu Burj Khalifa, krzycząc 'Królu złoty, zajebista płyta!'
Król Dubaju na kolanach płacze ze szczęścia, wszyscy robią mi zdjęcia,
gdzie jest ta kamerka?
Podjeżdża po mnie szejk Arabski, mój rodzony brat tylko z innej matki,
Jeden z moich braci z Albańskiej szajki podbiega i krzyczy 'NIECH ŻYJE KRÓL!'
Jeden z Beduinów chce mi dać wielbłąda, ja mu daję osiołka mówiąc 'Ech i ochhaa'
Delegacja do Dubaju tak to wygląda, jest tu Brudna Darianna i Borata siostra!
Wchodzę do hotelu który ma 9 gwiazdek, Alibaba i Borixon już tam są,
Nie wiem co tam robi ksiądz Natanek, pytam się go 'Ojcze czy walisz koks?' – dokończył Kamijo.
            - Wspomnienia z trasy koncertowej? – uśmiechnął się porozumiewawczo Masashi.
            - Się wie. – wokalista znacząco poruszył brwiami. – To jak, Ka.. Zielony Wkrętasie? Myślisz nad skaryfikacją?
             - Szczerze to nie…
             - Kaya-chan, nie słuchaj tych debili! – zapiszczał Hizaki. Zbliżył się do przyjaciela i szepnął mu coś na ucho. Brunet spojrzał na niego radośnie, także zapiszczał, po czym zrzucił Kuboty i radośnie pobiegł za Hizakim w stronę zachodzącego słońca, zostawiając przy tym reklamówkę, z której wysypała się sałata i wiadro, wypełnione na oko kilogramem gwoździ.
            - Znaleźliśmy przestępcę? – zapytał Yuki.
            - Chyba tak. – odparł Kamijo.
            - Wracamy, czy idziemy się nawalić do nieprzytomności? – Teru przekrzywił głowę, patrząc na sałatę.
            - Możesz powtórzyć? – zdziwił się Masashi.
            - Idziemy się nawalić.
Reszta potraktowała to jak rozkaz. Odwrócili się za siebie, poprawili fryzury i niczym Odlotowe Agentki ruszyli na podbój okolicznych barów. W stuprocentowym spełnieniu. Brak Hizakiego równa się bezpieczeńs… Prawdziwe laski! Kamijo miał już dosyć tych z niespodzianką pod spódnicą.
             - Teru? – zaczął wokalista.
             - Tak?
             - Zarzuć bita…
             - „ Jebać blachary, co się nie chcą jebać...”

__________

Stęskniłam się! Nie było mnie chyba najdłużej jak dotąd, za co przepraszam, bo obiecałam więcej. No i wyszło jak zwykle...
Zastój weny, brak czasu i internetu, takie czynniki.
I boję się wstawiać tą notkę XD

Teraz tak jak parę(może naście) wpisów temu proszę o pomoc.
Proszę o taki durny zlepek wyrazów. Coś jak...

kisiel, szczotka, łóżko, dywan, latanie

Zasady są proste. Żadnych imion, tylko rzeczowniki i czasowniki. To jakoś... No, to działa! 




   Plus zauważam u siebie objawy fetyszu spożywczego. Kaoru, Mia, Kaya... To zaraza. 
          

środa, 15 lipca 2015

Sabotaż (I)

      Dwa zespoły. Dwoje ludzi. I jedno łączące ich uczucie.
Brzmi jak zapowiedź plagiatu Romea i Julii. Tyle że uczuciem nie była miłość, o nie. Gdyby Zero poczuł coś do Meto, ten zapewne odgryzłby mu to i owo, poczym powiesił sobie nad kominkiem niczym myśliwi wieszający trofea wojenne.

         Mia rozsiadł się w fotelu i zabrał się za oglądanie telewizji. Ostatnio nie mógł się oderwać od programów pokroju „Wiem, co jem” oraz audycji Hardkorowego Koksa, gdyż twierdził że były niesamowicie motywujące. Meto obserwował go spod stołu. Nudziło mu się. Miał nadzieję, że odkąd zamieszkają wszyscy razem będzie trochę ciekawiej. Mylił się. Koichi zabraniał mu skakać po meblach i chodzić w durszlaku na głowie. Tak samo zabrał mu jego ulubiony tłuczek. Perkusista czuł się rozgoryczony faktem odebrania mu rodziny przez najlepszego przyjaciela. Różowowłosy trzymał wszystko w komodzie opatrzonej napisem „Nie dla Meto”. Tłuczek, durszlak, przepychaczkę i szczotkę do kibla. Ostatnim perkusista lubił sobie czasem umyć zęby, więc schowanie tego przedmiotu było raczej gestem troski ze strony basisty. Ale wróćmy do Meto.
Perkusista siedział skulony pod stołem i tęsknił za durszlakiem. Tsuzuku spał w pokoju praktykując swoje satanistyczne pozycje. Mia wpatrywał się w stary telewizor, a Koichi usiłował naprawić wentylator młotkiem i taśmą izolacyjną. Jak można się domyślić szło mu dosyć mozolnie. Po dosyć długim czasie siedzenia i wpatrywania się w szklany blat stołu Meto postanowił wyjść. Pogalopował na czworaka do swojego pokoju wyglądającego raczej jak skład szczotek, które perkusista testował na zębach i wykorzystywał do robienia peruk oraz jako symulator kochanki. Założył zrobioną swego czasu z folii aluminiowej spódnicę, żakiet z kapsli i koszulkę z worka na ziemniaki. Pod stertą szczotek i wiader znalazł dwa glanokalosze w niebieskie pająki. Wziął z szafy mopa i był gotowy do wyjścia. Taktyczny mop to przecież podstawa. Opuścił apartament z klasą, ciągnąc za sobą mop. Po drodze zatrzymał go jednak Koichi.
         - Ty chcesz tak wyjść? – zapytał z kpiącym uśmiechem na twarzy.
Meto w odpowiedzi podciął go kijem i zatrzasnął za sobą drzwi. Ruszył przed siebie, szukać nie wiadomo czego.

           Tym czasem w podobnych warunkach żył Zero. Żadnych małych przedmiotów na widoku, reszta domowników koniecznie w ciasno związanych włosach. Większość mebli spryskana sprejem odstraszającym zwierzęta, a podłoga myta wodą z dodatkiem cytronelli. Basista miał jedną niebezpieczną przywarę. Obgryzał i lizał wszystko co się da. To co się nie da też. Karyu, Hizumi i Tsukasa zdecydowali, że zamieszkają razem, by łatwiej było upilnować basistę, mieszkanie oraz wzajemne bezpieczeństwo. I udało im się to całkiem nieźle. Zero od pewnego czasu gryzł tylko kalosze kupowane specjalnie z myślą o nim w sklepach z chińską tandetą za grosze. Do pewnego momentu, w którym odkrył dobry kawałek ściany. Właśnie zajmował się obgryzaniem jej i myśleniem o tym, jak bardzo jego życie jest złe i niesprawiedliwe, że musi zajmować zęby tą niesmaczną gumą, a przysmaki pokroju gipsu zostały mu odebrane przez Karyu z jego sprejem o smaku surowego karpia. W całym domu śmierdziało rybą i Tsukasą. Tsukasą, ponieważ perkusista był typem niezdolnym do wszechstronnego korzystania z łazienki. Do kąpieli namawiał go Hizumi. Kijem hokejowym. Mimo to, jeśli Tsukasa był w pobliżu nie dało się o tym nie wiedzieć.
        - SPACER! – krzyknął Zero, odgryzając kawałek różowego kalosza.
        - I tak nie poruchasz! – krzyknął z łazienki Tsukasa. Chwilę później słychać było uderzenie kijem w płytki.
        - Do wanny, chodząca szambiarko! – krzyczał Hizumi wymachując kijem i wiadrem.
Basista schował dziecięcy bucik za pazuchę i opuścił apartament. Po drodze wpadł na sąsiada w żakiecie z kapsli.
        - Am, am. – zachwycił się Zero. Meto spojrzał się na niego i przyjął pozycję do walki mopem. – Laleczka być spokojnie!
Meto przeciął mopem powietrze i wydał z siebie gardłowy pomruk. Wiedział, że stosunki sąsiedzkie między Mejibray, a D’espairsRay nie wyglądały zbyt dobrze i starał się strzec swojej dumy.
        - Jak oni cię traktować? – zapytał Zero, odwracając się, by mieć pewność że drzwi są zamknięte. Meto przekrzywił głowę i usiadł na podłodze.
        - Meto nie skakać po meblach. Meto nie biegać tłuczek. Meto kochać tłuczek! Meto nie biegać durszlak. Meto nie dręczyć Tsuzuku… Meto mieć dość! – perkusista zgniatał w dłoni rąbek aluminiowej spódniczki. – Ty mieć podobnie? – spojrzał na niego smutno, niechlujnie wymalowanymi, a raczej wymazanymi oczami. Makijaż, mimo że był całkiem świeży, wyglądał na celowo rozmazany. Oprawa oczu Meto była całkowicie czarna, oczywiście odpowiednio roztarta. Dodatkowo doklejone sztuczne rzęsy o długości kilku centymetrów i usta sprawiające wrażenie, jakby malowała je pięcioletnia makijażystka próbująca raczej nakarmić bruneta pomadką niż je pomalować. Na uwagę zasługiwały również trzy, tapirowane kiteczki na głowie perkusisty. Tak, trzy. Na czubku głowy i po obydwu bokach. Romantyczna fryzura, jak by nie patrzeć. Dawała mu look w stylu „Gnijącej panny młodej”.
           - Tak! Nie obgryzać, nie lizać! Mieć dooooosyć! – Zero otrzepał się, opadając na podłogę naprzeciwko Meto. – Zero chce zemsty… - syknął sam do siebie.
           - Meto chce pomóc Zero, jak on pomoże Meto. – odpowiedział mu perkusista, wplatając palce w mop.
           - Chodź! – Zero pociągnął go za kiteczkę i pobiegł po schodach. Zaprowadził nowego znajomego kilka pięter niżej, do jakiegoś ślepego zaułka. Posadził go na podłodze.
           - A więc… - zaczął.

Kilkanaście minut później, apartament Mejibray.
       Blondyn wpatrywał się w ekran, na którym prowadząca program rozpływała się na temat tego, jakie płatki zbożowe najlepiej kupować i które są najzdrowsze. Nagle coś wydało z siebie pstrykający dźwięk, a telewizor zatrzeszczał. Staromodne pudło poruszyło się.
 
         - Meto, zostaw ten telewizor... - westchnął gitarzysta. 

         - Meto wyszedł z domu. - oświadczył Koichi, dosiadając się do przyjaciela. - A co chciałeś? 

        - To w takim razie co rusza telewizorem...?
 
        - Tsuzuku, zostaw to... - mruknął Koichi z rezygnacją w głosie. 

        - Co? - wokalista wyjrzał z kuchni brudny od mąki. Nagle coś huknęło i wysiadł prąd w całym apartamencie. Wszechobecna cisza opanowała pomieszczenie. 

       - COŚ RUSZA TELEWIZOREM! - zapiszczał Mia. 

       - Cię robił. - odparł Tsuzuku, klepiąc wałek. 

       - Masz na ryju. - dołączył się Koichi. Chwilę później parsknęli śmiechem przez własny idiotyzm. 

       - Tja... Nic nie rusza. - uspokoił się gitarzysta. Zaraz potem telewizor zadrżał, a na jego ekranie włączył się film. Studnia, a ze studni wyczołgiwała się kobieta. Szła w stronę ekranu, szła, szła, aż ekran zgasł. Słychać było jakby coś spadło z telewizora na podłogę, ale dźwięk zagłuszył drący się Mia.  Ekran zaczął śnieżyć, oświetlając postać w białym prześcieradle z czarnymi włosami osłaniającymi twarz idącą w stronę kanapy. Tsuzuku rzucił wałkiem, na co postać zaczęła krzyczeć. Nagle telewizor zgasł. Kiedy prąd powrócił, rzeczona Samara Morgan właśnie wynosiła z apartamentu telewizor. 

        - Złodzieje! - krzyknął Koichi. Tsuzuku rzucił wałkiem w kobietę, ale już jej nie było. Wróciła się po przedłużacz, odrzuciła celnie wałek, trafiając wprost w czoło pierwotnego zamachowca i zatrzasnęła za sobą drzwi.
        - Nie mamy telewizora… - jęknął Mia.
        - I podpieprzyła nam go cyganka, która wyszła z telewizora w prześcieradle. – dodał Koichi.
        - Ale upiekłem ciasto.  – Tsuzuku wzruszył ramionami.
        - Chodźmy się nażreć. – Mia machnął ręką, odrzucając na tę chwilę wszystkie diety i ćwiczenia.

         Meto zbiegł z telewizorem do tymczasowej bazy. Odgarnął włosy do tyłu i wyplątał się z prześcieradła. Przybił z Zero piątkę. Podniósł telewizor do góry i wykonał taniec radości.
         - Po co telewizor? – zapytał Zero, przejmując urządzenie. Meto prychnął.
         - Okup. Tłuczek. – bąknął perkusista. Wyższy pokiwał z poszanowaniem głową. – Meto mieć pomysł na twoje ludzie.

Godzinę później, apartament D’espairsRay.
       - Tsukasa, gnoju śmierdzący! – wrzasnął Hizumi zdenerwowany.
       - Umyłem się. Czego chcesz?
       - Właśnie w tym rzecz! Teraz śmierdzi cała łazienka! – wokalista złapał się za głowę i zaczął nerwowo ciągnąć się za ciemne włosy. Perkusista aż zanurkował w swojej pasze.
       - Kłamiesz. Nie śmierdzi.
       - Ty po prostu już się uodporniłeś… - jęknął brunet cierpiętniczo. Zapadła cisza. Nie na długo.
        - Ale powąchaj sam! Nie śmierdzi! – Hizumi wywrócił oczami.
        - Daj spokój. Śmierdzisz jak dupa rumuńskiego menela i koniec! – wykrzyczał i zbliżył nos do pachy współlokatora. – O Anielko… Nie śmierdzisz! – przybliżył się ponownie.
        - A może to ty! – podniósł głos Tsukasa i powąchał pachę wokalisty. – Jednak nie.
        - Co tu się… - zdziwił się Karyu, stojący w drzwiach z bezgłowym pstrągiem w dłoni. Patrzył uważnie na kolegów wąchających sobie pachy. Ci podbiegli do niego i obwąchali także jego. Gitarzysta wyrwał się i chlasnął brunetów rybą po twarzach.
        - On śmierdzi. – skrzywił się Tsukasa.
        - Ale rybą. Nie tobą. W łazience wali tobą.
        - Może mi któryś powiedzieć, o co wam do cholery chodzi? – zbulwersował się Karyu i odłożył ryby na blat w kuchni.
          - W łazience się coś wydarzyło. Chodźcie.
Hizumi poszedł w stronę owianego smrodem gnijącego brudu miejsca, a za nim pozostali. Od wejścia uderzył ich obrzydliwy odór. Weszli do środka z zakrytymi nosami i ustami. Wokalista zapalił światło, a w oczy rzuciła mu się pełna czarnej, brudnej wody wanna. Zadrżał. Powoli, najwolniej jak umiał kroczył w stronę prawdopodobnie źródła smrodu. Przez myśli przebiegały mu obrazy ze wszystkich horrorów jakie w życiu oglądał. Spekulował co do dalszych wydarzeń i dawało to przewidywane efekty. W połowie drogi dzielącej drzwi wejściowe i wannę był już do tego stopnia rozdygotany, że Karyu wolał go wyręczyć. Przepchnął wokalistę z całej siły i podszedł do wanny. Hizumi jednak dopadł go i szarpnął do tyłu.
          - Won, ryby głosu nie mają.
Kontynuował dramatyczną wędrówkę. Pochylił się nad wanną, przyglądając się konsystencji cieczy, jaka ją wypełniała. Zdawało mu się, że przez chwilę błysnął mu w niej zarys jakiejś sylwetki. Zmrużył oczy i przyjrzał się jej. Pochylił się niżej. Wtem jasne ręce wyłoniły się z wody i wciągnęły głowę mężczyzny pod powierzchnię. Tsukasa zaczął piszczeć i podskakiwać z przerażenia. Karyu wywrócił oczami i pociągnął za słomkę do napojów wystającą w pewnym miejscu z wody. Chwilę później wyłonił się z niej człowiek. Umazany szlamem i jakąś inną kleistą substancją. Uderzył Karyu w twarz i wybiegł w popłochu z mieszkania, po drodze zabierając telewizor.
          - Pierdolone cygany! – warknął gitarzysta. Wybiegł przed mieszkanie, ale było już za późno. W tym samym czasie na wycieraczce naprzeciwko stał Mia.
          - Znajdę cię i zabiorę ci ten telewizor. Słyszysz?! – krzyczał blondyn, popijając z kieliszka sok pomidorowy zmieszany z wódką.
          - Chwila… Wam też ukradli? – zwrócił się Karyu do jednego ze znienawidzonych sąsiadów.
          - Też? Też był u was jakiś psychol i zarąbał wam telewizor?
          - Tak! I bawił się w rekonstrukcje horrorów.
          - Zemsta będzie słodka. Co powiecie na małą kooperację? – uśmiechnął się gitarzysta D’espairsRay do kolegi z Mejibray.
           - Brzmi nieźle. – blondyn odwzajemnił uśmiech.

__________________________
Przybywam z dwustrzałowcem, jej!

W sumie to nie mam nic do powiedzenia, prócz tego że bardzo miło czyta się komentarze. Zachęcam do przejrzenia dotychczasowych obywateli Psychiatryka.



Jak by kto chciał, to w sekcji "Dział Reklamacji" pod Tablicą informacyjną jest link do mojego profilu na fb. Chętnie poznam nowych ludzi, zapraszam do zapraszania ^-^ 



                                                                   No, z niektórymi chętnie pojadę na obóz :D
       

sobota, 11 lipca 2015

SPA

„SPA
         Spółka Popierdolonych Artystów”

W ofercie
v  Masash z peelingiem cukrowym
v  ManiTeru i PediTeru
v  Hizakupunktura
v  Deyukipilacja
v  Kamijąpiel błotna
Gwarantujemy stuprocentowe zadowolenie!

    
         Kyo spojrzał na ulotkę daną mu przez jakiegoś dzikiego transwestytę. Popatrzył na nią na wszystkie możliwe sposoby próbując znaleźć związek między usługami SPA a militarną szatą graficzną reklamy. Rzucił okiem w stronę mężczyzny, który nie przejmując się, że był w spódniczce ostentacyjnie drapał się po jajach. Prosta grzywka, długie, jasne i kręcone włosy, sztuczne rzęsy, mocno umalowane oczy i… jedno oko, które zaglądało człowiekowi do duszy, telepiąc się niezależnie od drugiego, raz na prawo, raz na lewo, niczym tabun pijanych gości na weselu. Do tego należy dodać skarpetkę wystającą zza dekoltu i umięśnione ramiona. Odwrócił świstek gładkiego papieru. Na odwrocie widniał wielki napis wytłuszczonym drukiem, przyozdobiony różowym moro.

           Dla pierwszych klientów -90%!

Brzmiało kusząco. Prawdopodobnie właśnie to skłoniło wokalistę do wciśnięcia ulotki do portfela, pomiędzy prezerwatywę, a zdjęcie Die z podstawówki. Wsiadł do autobusu i pojechał na rutynową próbę. Kiedy wszedł do środka, prawie od razu zaatakował wszystkich świeżą informacją.
         - Zabieram was w fajne miejsce dzisiaj po próbie. – oświadczył bez powitania.
         - Idziemy do burdelu? – Die wyjrzał zza fotela.
         - Idziemy do piekarni! – Kaoru uderzył czerwonowłosego Antoinette v37 w głowę.
         - Nie… i nie. Z kim ja żyję… - wokalista przeczesał włosy ręką i odstawił torbę na stół. Shinya chwilę później brutalnie go podciął i cisnął w niego torbą.
         - Nie widzisz, do cholery, że to umyłem?! – zapiszczał i pochylił się nad Kyo. Zaraz jednak zgiął się jeszcze bardziej, sycząc z bólu i upadł obok.
         - Oczy Ważki! – ucieszył się Toshiya. Wzrok wszystkich członków zespołu powędrował na trzymającego się za krocze perkusistę.
         - Czy ty mu właśnie zgniotłeś… - zapytał Kaoru.
         - Tak! – zawołał uradowany basista. – Zrobiłem mu Oczy Ważki.
         - Oczy Ważki? A czemu tak? – zdziwił się lider.
         - Bo ciągniesz za genitalia, a ofierze oczy wychodzą jak ważce. – wyjaśnił Toshiya.
Zapadła całkowita cisza. Oczy Ważki były idealnym zwieńczeniem całej głupoty tworzącej wówczas Dir en Grey. – Przy Skorpionie ukręcasz, a przy Słoniu zgniatasz.
Shinya z furią podniósł się i chwycił basistę za genitalia, wykręcając dłoń o trzysta sześćdziesiąt stopni. Toshiya jęknął i runął na podłogę.
        - Możecie się przestać obmacywać? – zaproponował Kaoru, odgryzając kawałek bagietki.

***

Kaoru, Die, Toshiya i Shinya szli gęsiego za Kyo, szukającym adresu z ulotki. Skręcił w stronę oliwkowego pawilonu. Stał przed nim niewielki czołg, terenowy samochód i kilka wojskowych skrzyń. Nad blaszanymi drzwiami zawieszony był wielki, czarno-biały szyld z napisem „SPA”.
Poniżej, drobnym maczkiem zapisano rozwinięcie skrótu.
„Spółka Popierdolonych Artystów”
          - SPA? Zabrałeś nas do SPA? – zapytał lider, łapiąc Kyo za ramię.
          - Przyda się nam trochę relaksu, nie? – uśmiechnął się. Reszta już szarżowała do środka.
          - A czy to nie jest… pedalskie? – skrzywił się Kaoru.
          - A czy łapanie się nawzajem za jaja jest mniej pedalskie? Czy posiadanie pełnej szafy kosmetyków do włosów jest mniej pedalskie? – wokalista uśmiechnął się pobłażliwie i wszedł do środka. Kaoru wzruszył ramionami i poszedł za nim. Przywitała ich uśmiechnięta recepcjonis…ta. Tego faceta Kyo doskonale kojarzył. Uśmiechał się do nich, zdejmując nogi ze stołu i układając spódniczkę tak, by nie wystawał spod niej materiał bokserek.
          - Dzień dobry! – przywitał się, odsuwając od siebie witającego się Shinyę. – Widzę, że szanowny Kyo nie zbagatelizował sprawy. – wyszczerzył się.
          - Dzień do… Chwila. Skąd znasz moje imię?
          - Jak to, skąd? Ciebie na ulicy nie poznać? Ja jestem Hizaki.

         - Ten Hizaki? Rany boskie, na zdjęciach wyglądasz ładniej. – Kyo przeczesał włosy palcami. Shinya spiorunował go wzrokiem. Wiedział, że się znali, ale nie spodziewał się, że i on pozna gitarzystę.
         - Dlaczego założyliście to… - zaczął Kaoru, jednak Hizaki uciszył go lufą kałasznikowa przyłożoną do czoła.
         - Nie czas na rozmowy. – syknął. – Jestem w pracy. Dajcie mi pracować. – urwał.
– BACZNOŚĆ! – krzyknął nagle, prostując się. Pięciu mężczyzn odruchowo podskoczyło i poszło w ślady księżniczki. – Pokryj, wyrównaj. – dodał. W tej chwili zza niego wyłonił się uśmiechnięty Kamijo. Położył Hizakiemu rękę na ramieniu. Ten jednak zamachnął się do tyłu, uderzył go w twarz, odwrócił się i zakładając dźwignię na rękę, powalił.
         - Jeszcze jeden taki numer i będziesz musiał sobie nastawiać szczękę! – ryknął długowłosy.
         - No już, dobrze… Nie męcz tak naszych jedynych klientów. – powiedział cicho, podnosząc się. – Witam, witam, a kogo my tu mamy? – ucieszył się.
         - Pracuj, głąbie! Na pogaduszki przyjdzie pora!
         - No dobrze. – Kaoru usiadł na jednej ze skrzyń przy stole i przyjrzał się ulotce. – Ja bym skorzystał z „Kamijąpieli błotnej”. – stwierdził po krótkim namyśle.
         - A ja z „Deyukipilacji”. – stwierdził Die, spoglądając liderowi przez ramię. Hizaki popatrzył się na niego, przekrzywiając głowę. – No co? Trzeba jakoś wyglądać w bikini.
         - Pedał. – długowłosy wzruszył ramionami i podciągnął wyżej spódniczkę.
         - Czuję, że „Masash” jest dla mnie. – oświadczył Toshiya.
         - Mnie się podoba „ManiTeru i PediTeru”. – perkusista wskazał palcem na ulotkę.
         - Pedał. – podsumował go Hizaki, skrobiąc blat stołu czerwonym tipsem. – O, Kyo! Idziesz do mnie na akupunkturę! – ucieszył się. Kyo przeklinał w tym momencie całe swoje życie.
          - Welcome to Versailles… - Kamijo skłonił się i teatralnym gestem zaprosił gości na salony.

***

          - Ciao! – przywitał się srebrzysto włosy i podbiegł do Shinyi. Złapał go za ręce i obejrzał paznokcie. Pociągnął go na krzesło, nalał wody do masażera stóp i usiadł po przeciwnej stronie stolika.
          - Co u ciebie? – zapytał rozpromieniony, umieszczając dłonie perkusisty w małej miseczce.
        - Nic specjalnego, Kaoru biega z bagietkami jak dawniej.
        - Bardzo was Hizaki męczył?
        - Nie… Tak. Nie wiem w zasadzie. – Shinya zastanowił się przez chwilę, po czym skierował wzrok za okno. Teru nucąc jakiś kawałek Kyary Pamyu Pamyu zaczął zajmować się tym, czym miał się zajmować. Po godzinie paznokcie blondyna przyozdobione były różowymi delfinkami na niebieskim tle. Spojrzał na nie, po czym przeniósł wzrok na zadowolonego Teru.
        - Hybryda. Nie zmyjesz za szybko. – rozpromienił się gitarzysta. Chwilę później leżał na podłodze cierpiąc na Oczy Ważki.

***

        - Witaj, Die! Co kosimy? – zaszczebiotał Yuki, uśmiechając się od ucha do ucha.
        - Wszystko co się da!
Uśmiech Yukiego nieznacznie zmalał, co nie uszło uwadze gitarzysty.
        - Mówiłem, że co się da. Chcę zachować resztki godności.
        - Stary. Jesteś tu. Nie masz już godności. – oświadczył poważnym tonem Yuki i zaczął przygotowywać plastry z woskiem. – Teoretycznie rzecz biorąc, po wizycie w SPA żaden z nas nie jest już stuprocentowym facetem. – przeszedł koło okna. Nagle zza rzeczonego okna wyłoniła się muskularna ręka i przydusiła perkusistę.
       - Chyba wy. – Hizaki wyjrzał spod parapetu i otrzepał perfekcyjnie zakręcone włosy z nasion trawy. Poprawił spódniczkę i popatrzył na zaskoczonego perkusistę. – Ja się czuję jak prawdziwy ogier. – mruknął.
       - Chyba ogr! – krzyknął Kamijo z pokoju obok, machając do blondyna.
Yuki powoli zamknął okno i przekręcił klucz w drzwiach.
        - On jest wszędzie. – odetchnął. Rozmieszał wosk i rozłożył plastry na blacie przy fotelu, na którym siedział Daisuke. – Rozbieraj się.
Kiedy Die zrobił, co szatyn mu kazał, plastry w mik pokryły całe jego ciało.
Później było słychać już tylko pisk.

***


Wrzeszczenie gitarzysty Dir en Grey obudziło Masashiego, który poświęcał swój czas popołudniowej drzemce. Rozejrzał się po gabinecie. Wszystko było tak oczojebnie różowe, że basista nie za bardzo wiedział jak funkcjonować. W imię przegranego zakładu musiał nosić lateksowy, opinający kostium w panterkę. Nie łamał rozkazu, gdyż założył się z samą księżniczką o to, kto potrafi beknąć dłużej. A księżniczki nigdy nie przegrywają. Świadczył o tym także wystrój gabinetu. W zakupionym pawilonie znajdowało się pięć sal połączonych przedpokojem. Kiedy trzy normalne zostały w mgnieniu oka zarezerwowane przez Kamijo, Teru i Yukiego została jedna różowa, a druga przypominająca swoim charakterem salę tortur. Oczywiście, że Hizaki zapragnął zakładu. Masashi także nie był przeciwny, gdyż uważał, że uda mu się wypierdzieć dzwonek Nokii i zagnie tym gitarzystę. Długowłosy był jednak nie do złamania i uraczył zmysł węchu i słuchu Masashiego wypierdzianym „The Revenant Choir”.
Swojemu wyczynowi zawdzięczał możliwość dodatkowej stylizacji salonu Masashiego i oczywiście własnego. Jeżeli chodzi o gabinet masażysty, to Hizaki zdecydował się na zastosowanie wściekłych odcieni różu, piórek i jednorożców. Basista nie dawał za wygraną w dziedzinie stroju i codziennie przychodził do nowej pracy w kreacji scenicznej. Dlatego właśnie strój był przedmiotem następnego zakładu. Teraz Hizaki był w pełni usatysfakcjonowany.
          - Toshiya? Ty tu? – zdziwił się Miwa, poprawiając nogawkę silikonowego kombinezonu.
          - Tak, ja tu. Kyo znalazł ulo… Masashi, a cóż to za taktyczne wdzianko? – parsknął śmiechem Toshiya.
           - Nie podoba się? To dobrze, bo mi też nie. – wymamrotał wyższy. – Rozbieraj się, nakładaj papierowe gacie i leżeć. – polecił. Toshiya posłusznie wykonał wszystkie czynności, a Masashi zaczął rozprowadzać na jego skórze drobnoziarnisty kosmetyk. Mężczyzna w pozycji horyzontalnej przymknął oczy i westchnął zrelaksowany.
           - Nadajesz się… Przez Hizakiego tu jesteś?
           - Tak. Czynię swoją powinność w stroju dzikiej pantery przez tego udręczonego jełopa.
Tu z szafy wyskoczył udręczony jełop.
           - No proszę. Obgadujecie mnie na zmianę. – długowłosy zakręcił batem w powietrzu, po czym strzelił z niego wprost w Masashiego. – Tresowane zwierzęta są posłuszne. – uśmiechnął się i wyszedł, zostawiając basistę z wyzwiskami uparcie cisnącymi mu się na usta.

***

           - Kaoru, bagietki nie potrzebują kąpieli błotnych! – jęknął Kamijo, zatrzymując kolegę przed wielką balią z błotem.
         - Pozwę was o rasizm. Dlaczego Antoinette nie może tu wejść? Bo co? Bo zanieczyści błoto? A co, przepraszam, drugi człowiek to już może, nie?
          - Antoinette… Jest bułką. – wokalista przeczesał włosy z rezygnacją. Przymknął oczy, próbując opanować nerwy spowodowane własną bezsilnością i bezradnością w zaistniałej sytuacji.
           - I dlatego każdy ją dyskryminuje? Nie może iść na basen, do kina, SPA tylko dlatego, że jest bułką? Pierdolę takie życie! – krzyczał lider Diru.
Kamijo westchnął głośno. Nie wiedział już jak przetłumaczyć Kaoru, że pod chrupiącą skórką nie ma absolutnie nic poza jasnym miękiszem.
           - Wchodź już z tym, jak cię to zadowoli… Nie mam już siły… - jęknął.
           - NIE TRAKTUJ JEJ PRZEDMIOTOWO!
           - Cicho… Właź z nią do tej wanny i bądź cicho. – blondyn wywrócił oczami. Gitarzysta wyjątkowo posłuchał go i od razu wykonał polecenie. Kamijo dumny z przynajmniej częściowego zwycięstwa zabrał się za korektę tekstów w pokoju obok. Kilka minut później usłyszał wołanie Kaoru. Potraktował je poważnie dopiero po upływie dziesięciu minut. Zwlókł się z fotela i zajrzał do salki z wanną.
           - No co?
           - Już za późno… Antoinette bardzo chciało się do toalety… - Kamijo wytrzeszczył oczy. – No i chyba zrobiła kupę. – gitarzysta zrobił minę niewinnego kociątka.
           - Czy ja ci, kretynie, nie mówiłem, że to błoto jest wielokrotnego użytku?! – wrzasnął wokalista.

***
           Siedząc pod drzwiami gabinetu Hizakiego i czekając na niego, Kyo przychodziły na myśl straszne rzeczy. Zaczął obgryzać sobie nadgarstek, gdy zobaczył, że zabrakło mu paznokci. W końcu akupunktura wiąże się z pewnego rodzaju bólem, a Hizaki był jego wcieleniem. Pseudonim „Hizaki” można było tłumaczyć jako ucieleśnienie bólu.
           - Dlaczego obrabiasz sobie ręce? – zapytała długowłosa istota siedząca obok Kyo. Niższy podskoczył z piskiem i odsunął się od gitarzysty. „Czyli zaraz się zacznie…” pomyślał. – Zapraszam cię do środka. – jasnowłosy uśmiechnął się szatańsko i uchylił przed Kyo pancerne, ciężkie drzwi. Wokalista na drżących nogach powstał i niepewnie wszedł do środka. Kiedy jarzeniówki zawieszone na ciężkich, tłukących się o siebie łańcuchach rozbłysły białym, nadzwyczaj intensywnym światłem przeraził się nie na żarty. Pierwszym, co rzucało się w oczy była żelazna dziewica stojąca na podwyższeniu w centrum gabinetu. Dookoła znajdowały się jedynie metalowe skrzynie z przyrządami do mordowania akupunktury. Wykonał pierwszy krok.
            - Czuję się jak w jakimś niskobudżetowym horrorze. – stwierdził.
            - Spokojnie, nie pracuję nad modyfikacją kodów genetycznych jadowitych pająków, szarańczy, nie hoduję rekina ośmiornicy ani morderczych pomidorów. Sushi też nie robię.* - zapewnił Hizaki, ciepło się uśmiechając. o dziwo. Ciepły uśmiech w jego przypadku zwykle kojarzył się z rozpaloną do czerwoności podkową odciśniętą na twarzy delikwenta. Tym razem jednak to na twarzy królewny widniał najprawdziwszy wyraz emocji bez cienia złośliwości. Być może można było w nim tylko odnaleźć cień kpiny, ale widoczny był postęp. Otóż gitarzysta pierwszy raz od dawna nie wyglądał, jakby chciał kogoś zabić. Podszedł do żelaznej dziewicy, pociągnął za niewielką dźwignię. Narzędzie tortur rozsunęło się, ukazując wyściełane miękkim skajem wnętrze.
            - Siadaj. – polecił mężczyzna w spódniczce, ściągając marynarkę.
            Kyo wcale, a wcale nie spodziewał się takich pozytywnych wrażeń. Musiał przyznać, że gitarzysta naprawdę znał się na rzeczy i sprawił mu tylko tyle bólu ile było konieczne, a może i nawet mniej. Kiedy wyjął mu już wszystkie igły, czy jak to tam zwą, odszedł i sięgnął po coś do skrzyni. Odwrócił się i rzucił w stronę Kyo jakiś przedmiot. Wokalista złapał go, czując rozlewający się po wewnętrznych stronach dłoni ból.
             - Naciąłeś się! -  roześmiał się Hizaki, zadowolony, że udało mu się wykorzystać nabyte odruchy drugiej osoby do swojego kanonicznego już żartu z rzucaniem kaktusa.  – Akupunktura, dziwko! – śmiał się demonicznie. Kyo cisnął w niego kaktusem i opuścił gabinet. Tak właśnie kończą się wizyty w przypadkowych, niesprawdzonych miejscach.
            Nigdy więcej – powiedział sobie w duchu


_______________________________________

 Jestem z powrotem, przeżyłam!
Masa inspiracji. Byłam jedna na 30 chłopa. Od razu mówię, że samo opowiadanie już zawiera wiele rzeczy, które zdarzyły się na tej patoli zwanej obozem. Jak na mnie, to nie było mnie dość długo... Postaram się to wynagrodzić. Ale nie obiecuję niczego, bo jak zaczynam obiecywać to zawsze coś wypada.
Kogo zamknąć w psychiatryku w następnej kolejności? Mamy już Hizasia i Kaoru. Kandydatów jest masa. 


A, oczywiście. Zapomniałam, nah.
Dziękuję za życzenia odnośnie miłych wakacji :D
Saggie, mam nadzieję że czekoladki smakowały :)


piątek, 26 czerwca 2015

Ból, pain, butthurt, trąd i cholera. Notka informacyjna.

Wiem, obiecywałam częstsze notki.
I będą. Ale po 10 lipca...
Do tego czasu dokładniej będę sobie na cudownych wakacjach złożonych z kopania dziur w nadmorskim lesie, nauki finezyjnego wpierdolu i składania kałacha. Czyli będę robić to, co księżniczki lubią najbardziej. Oczywiście, w wolnych chwilach dodziubię zaczęte kilka opowiadań, gdyż ostatnimi czasy nie wiedziałam za co się zabrać i tak wyszło, że zaczęłam wszystko, a nie skończyłam nic. Nah. Nie zdążę do poniedziałku. Poza tym, zabierają mi lapka do naprawy, żyć nie umierać. Coś naskubię na tym małym, świecącym prostokącie. Mam nadzieję. Może nawet dzisiaj zacznę, tego nie wiem.

 Tak więc miłych wakacji.
I dziękuję pięknie za te ponad 2000 odwiedzin. Jesteście takim silniczkiem tej małej pralki. Mam nadzieję, że silniczek urośnie :D Do napisania ^^

sobota, 20 czerwca 2015

Deszcze i sztormy (II)

      Różowowłosy uniósł kubek do ust. Napił się czystej, chłodnej wody dla orzeźwienia po ciężkiej nocy. Za chwilę jednak zakasłał i wypluł wszystko, co znalazło się w jego ustach. Woda smakowała tak, jakby ktoś wsypał do niej minimum piętnaście łyżeczek soli. Zamrugał kilkakrotnie. Zorientował się, że w dłoni trzyma połówkę kokosa, siedzi na środku plaży, a jego poduszką był brzuch Meto. Oderwał banana z jego owocowego kapelusza i przystąpił do konsumpcji. Opadł z powrotem na szczupłe ciało perkusisty, wzdychając i wlepiając wzrok w lazurowy odcień błękitu, zlewający się na horyzoncie z granatową taflą spokojnego oceanu. Ich katusze na wyspie trwały więc już drugi dzień. Koichi powstał z zamiarem przejścia się brzegiem morza, jednak niemal od razu wyrżnął z gracją o piasek, potykając się o pomidory obronne Mii. Gitarzysta nalegał na obwarowania w razie przyjścia wrogo nastawionej zwierzyny, więc obstawił posłanie z liści doniczkami z sadzonkami warzyw. Wszyscy bali się protestować, więc tak zostało. Różowowłosy zaklął pod nosem, podniósł się i wyruszył na spacer.
        - Tsuzuuuuuś… - zaczął Mia przymilnie. Nie widząc żadnej reakcji zmienił jednak ton. – Tsuzuku, tłuczku! – finezyjnie chlasnął wokalistę otwartą dłonią.
        - Czego chcesz… - wymamrotał lider pod nosem, nie kusząc się nawet na otwarcie oczu.
        - Posuń się.
        - Niech przyjdą i zabiorą te książki…
        - Jakie książki?
        - No książki i mleko…
        - Kurwa, nie obchodzą mnie twoje książki! Posuń się!
        - Ale ja jestem posunięty…
        - Nie jesteś, tłuku parowy. P o s u ń  s i ę! – wycedził Mia.
        - Powiedz skurwysynom, żeby sobie poszli. Moje książki.
 Mia wywrócił oczami, kopnął Tsuzuku z całej siły w tylnią część ciała, po czym zbulwersowany wstał i otworzył puszkę z koncentratem pomidorowym. Wlał sobie trochę do ust, przypadkowo upuszczając kroplę na czoło Meto. Ten wydarł się, zerwał gwałtownie i uciekł na drzewo. Mia dokończył koncentrat i poszedł w kierunku miejsca ucieczki perkusisty.
       - Meto, to tylko pomidory.
Meto cisnął w niego kokosem. Gitarzysta upadł na piasek, mdlejąc.
       - Mia, to tylko kokos. – westchnął Koichi, pojawiając się za nim znikąd i podnosząc orzech. Rzucił nim w stronę „bazy” i zaciągnął tam też Mię.
       - Koichi, jesteś… - westchnął Tsuzuku. Podniósł się.
       - No jestem.
       - I już są ofiary.
       - Meto go skasował.
       - Kokos?
       - Kokos. Prześpi się i wstanie, z doświadczenia powinieneś wiedzieć. – basista ukierunkował  spojrzenie na rękę wokalisty, przeczesującą ciemne włosy. Tak jak przewidywał, za chwilę twarz Tsuzuku wykrzywiła się w bólu. – Ma chłopak cela, nie? – wyszczerzył się dumnie. Lider spojrzał na niego z politowaniem, ale jego uwagę odwrócił Meto, usiłujący zabić kraba bananem.
        - Co on… - wyciągnął powoli palec w stronę pola bitwy. Koichi już tam pędził, niczym zatroskana matka.
        - Meto! Fe! To nie sushi! – piszczał. Po drodze potknął się jednak o doniczkę i upadł. Skorupiak zdążył uciec przed owocem. Meto z miną niewiniątka podszedł do Koichiego i ugryzł go w udo. Usiadł na piasku i przekrzywiając głowę, wpatrywał się w kipiącego złością basistę.
        - Meto, pomidorka? – uśmiechnął się lider i pokazał perkusiście warzywo. Siedzący obok Koichiego prychnął z dezaprobatą i rzucił w niego bananem, który przed chwilą był niezwykle niebezpieczną bronią. Różowowłosy podniósł się i wypluł kamyczki pomieszane z muszelkami.
       - Musimy naprawić tą łódkę i stąd spadać. Zasięgu brak. – otrzepał piasek z policzków i upewnił się, że na wyświetlaczu telefonu nie pojawiła się żadna kreska nadziei. – Dobra, Tsu. Ty zostaniesz z Mią i spróbujesz wywrócić łódź na bok, a my pójdziemy do lasu skombinować jakieś patyki na ognisko.

     Po niecałej godzinie wrócili na plażę z suchymi gałęziami. Koichi uśmiechnął się do siebie, widząc, że Tsuzuku wykonał wszystko to, o co go poprosił. Wygrzebał ze swojej torby taśmę izolacyjną i zaczął owijać nią łódź. Jeśli dobrze pójdzie, zdążyliby dopłynąć nią do portu. Wtem przerwał mu czyjś śpiew.

Ja, rybak bez przyszłości…
Jedzący ryby bez ości
Płynę przez ocean we flaucie pogrążony
Ja, facet wymarzony
Och, Bonnie, to nie zachód słońca…
To moja klata gorąca!
Słyszę twe westchnienia z daleka
Czyżbyś potrzebowała faceta?
Pędzę do ciebie
Z moim rumakiem
Będziemy wspólnie trząść zielonym krzakiem


      - Proszę, cóż to za niewiasta! Nie zwiedziesz mnie swym śpiewem, syrenko. – zakrzyknął żeglarz z satysfakcją, spoglądając na Koichiego. – Ale przespać się możemy. – dodał cicho, podpływając do bardziej stromego brzegu swoją żaglówką.
      - Nie śpiewaj więcej, alfonsie. – warknął Koichi swoim najbardziej męskim głosem. Żeglarz pobladł, a jego źrenice zmniejszyły się do rozmiarów ziarna gorczycy.
      - Syrenko, czyżbyś…
      - Nie mów do mnie „syrenko”, alfonsie. Jestem Koichi. Mógłbyś nas stąd wyciągnąć? – przerwał mu basista beznamiętnie.
      - A ty do mnie alfonsie. Oto ja. Ja, Hiro. Hiro, dzięki któremu wiele potomstwa na świat przyszło, przez którego nawet ryby dostają spazmatycznych dreszczy! – oświadczył dumnie. Koichi popatrzył na Tsuzuku i wzruszył ramionami. „Najwyżej go wywalimy za burtę”- mówiły jego oczy. Meto przekrzywiał głowę raz po raz, zastanawiając się w którą stronę należy patrzeć na twarz Hiro.
     - Dobra, alfonsie. A czy w takim razie mógłbyś nas stąd zabrać? – powtórzył basista, odrywając sobie od ręki taśmę.
     - Nie „alfonsie”! Ja, piękny ja zwę się Hiro!
     - Okej, już dobrze, alfonsie. Zabierzesz nas na łajbę i przyświecisz klatą?
     - ALE JA JESTEM HIRO! Przystojny, urokliwy i…
     - SŁYSZAŁEM, ALFONSIE.
Hiro westchnął i przeczesał włosy zaplecione w małe warkoczyki ręką.
     - Tak… Co was tu zaprowadziło? – zwrócił się do Meto. On jednak, jak zwykle nieskory do rozmowy, pokazał zęby i przyszykował banana do obrony. Hiro skrzywił się zdziwiony i zwrócił się do Tsuzuku.
     - On tak zawsze ma?
     - Od urodzenia. – przytaknął lider.
     - Dobra, to jest Tsuzuku i Meto. Jesteśmy tu przez tego idiotę, na którego patrzysz bo prowadząc łódź pomylił wyspy. Dalej leży Mia po oberwaniu w czapę kokosem. Chcemy wrócić do portu i błagam, pomóż nam. – Koichi złożył ręce w modlitewnym geście. Zależało mu na powrocie do domu i uwolnieniu się od inwazji pomidorów, deszczy kokosów i bananowej broni.
       - Hiro zawsze do usług! Na łódź, majtki!
Podpłynął do łagodniejszego zejścia i wyciągnął łódź na plażę. Wyśmiał umiejętności „Mac Gyvera z taśmą” i pomógł załadować bagaże i Mię na pokład. Dosyć ciężko było także namówić Meto do znalezienia się na nim. Kiedy w końcu się udało, Hiro ustawił odpowiednio żagle i popłynęli ku blademu horyzontowi, zostawiając za sobą większość pomidorów.

Fale fale
A na falach ja
Spocony w tym upale
W blasku dnia
Kołyszę się na łodzi
Płynę do ciebie
Bo kto ci dziecko spłodzi?
Twoje małe bejbe

       - Głębokie – mruknął Koichi, zakrywając uszy Meto, żeby nie przyszło mu do głowy wskakiwanie do wody.
        - No nie? Jak to morze! – ucieszył się Hiro i kontynuował piosenkę.

Pięknaś, ma gwiazdo
Choć nie jeździsz Mazdą
Nie mów nic więcej...
I tak cię przelecę.
    
         - Ty tak na bieżąco? – zapytał Tsuzuku.
         - Tak.
         - To zmień program.

Hej po wodzie, po wodzie
Płynie złodziej, złodziej
Skradnie cnotę, skradnie serce
Grosza nie zostawi w ręce

      - O kim śpiewasz? I kim jesteś? – zaciekawił się Mia, budząc się.
      - Śpiewam o Hiro. O pięknym i cudownym mężczyźnie. Szczęściu każdej kobiety.
      - Czad… A kim jesteś?
      - Hiro. Miło poznać. – uśmiechnął się. Mia wywrócił oczami.
      - Mia. – podali sobie ręce. – Koi-chan, mam ochotę poćwiczyć… Czy my jedziemy do domu?
      - Płyniemy, debilu. – westchnął różowowłosy i oparł się o burtę. Myślami siedział już w rozgrzanej wannie z pianą. Zamknął oczy.
      - Sok pomidorowy masz w mojej torbie. – mruknął Tsuzuku. – Hiro, błagam, zamknij się już.
      - Śnisz. No to co następne? Może o moich włosach, tego jeszcze nie było.
      - NIE! – krzyknęli jednocześnie Mia i Tsuzuku. Meto wrzasnął głośno i wyciągnął z kieszeni pałeczki.
      - Nie wrzeszcz, Meto… - jęknął Koichi. Był już tym wszystkim zmęczony. Perkusista jednak nie dawał za wygraną. Rzucił się na Hiro, kiedy autor wielu utworów muzycznych otworzył usta. Zaczął okładać go pięściami. Ofiara wyrywała się w dramatycznych próbach obrony. W końcu się wyrwała. Hiro zawisł na burcie na chwilę, po czym można było usłyszeć spory plusk. Wrzask i zachłyśnięcie się pomieszane z diabolicznym śmiechem satysfakcji Meto dawały wspólnie ciekawy efekt, a przynajmniej przyjemniejszy dla ucha niż śpiewy Hiro.

Topię się, topię!
Piękny Hiro tonie!
Jeździłem już na mopie
I na twojej żonie

Po usłyszeniu tej zwrotki przez członków zespołu przeszło westchnienie zażenowania.
       - I jak on jeszcze jest w stanie wyć? – zdziwił się Mia, tupiąc w pokład i łapiąc się za głowę.
      
Wyciągnijcie przyjaciela
Zmienicie go w dręczyciela!
Hiro majestatycznego
Niedumnie tonącego

     - Zamknij się! – warknął Koichi. Meto zaczął kołysać łodzią. Można było usłyszeć kaszel.

Nie podtapiaj mnie, zuchwalcu
Usmażę cię na smalcu
Marynarzu, marynarzu
Okaż litość, mój żeglarzu


      - WYCIĄGAMY GO, DO CHOLERY! – Mii puściły nerwy. Pociągnął Tsuzuku za włosy do roboty i skierował się do burty. Wychylili się i po chwili wywlekli przemoczonego Hiro na pokład.

Och dziękuję, och dziękuję… - urwał, gdyż Meto przyłożył mu w twarz.
Głupie chuje… - dodał po chwili. – Nie będę już śpiewał przy was, no sorki.
Koichi klasnął w dłonie.
      - W końcu, cholera…
     
- Możesz też zrobić przysługę ludzkości i nigdy więcej nie otwierać japy. – burknął Mia, siadając. Hiro milczał już do końca drogi. Nie było to problemem ze względu na to, że podróż trwała jeszcze tylko piętnaście minut.

Po wydostaniu się na ląd w porcie, wypakowaniu bagażu i jakże krótkim pożegnaniu z Hiro, cała załoga wsiadła z powrotem do samochodu.

     - Bagaże? – sprawdzał Mia.
     - Są. – odparł Tsuzuku.
     - Meto?
     - Jest! – uśmiechnął się Koichi, zatrzaskując perkusistę w bagażniku.
     - Jedze… Właśnie… Gdzie. Są. Moje. Sadzonki? – Mia zaplótł ręce na piersi i wypchnął biodro w bok.
     - One… Nie zmieściły się na łódź… - przyznał Koichi. Wsiadł szybko do samochodu, by uniknąć ataku nerwowego gitarzysty.
     - No nie… Zabraliśmy Tsuzuku, a pomidorów nie? Co za ludzie…
     - Dzięki… - wymamrotał lider, siadając za kierownicą. Zaprosił Mię gestem do środka i odjechali w stronę domu. Dobrze wiedzieli, że finał mógł być o wiele gorszy. Nagle Koichiemu zadzwonił telefon. Odebrał.

Och, Mała Syrenko
Tak krótko cię znam
Mimo wszystko kocham
Ależ ze mnie cham…

Basista odkręcił szybę i wyrzucił urządzenie z samochodu. Oplótł się rękami i spojrzał porozumiewawczo na wystającego zza foteli Meto, który krzyknął przerażony.
       - Spokojnie, więcej go nie usłyszysz.
W tej chwili Meto zadzwonił telefon… Perkusista skrzywił się i rzucił nim o podłogę bagażnika.
       - Nigdy więcej nie jadę z wami na wakacje. – westchnął Mia. 


_____________
Wena była, komputera nie było. Cóż. Ale - jeden wieczór i notka jest! 
INFO ----> Niedługo, naprawdę niedługo pojawi się zakładka "Psychiatryk" albo coś w tym stylu. Będą tam satyryczne opisy głównych gwiazd opowiadań i co nieco o zespołach. Wszystko w "wypranym" stylu.

Aha. I dla dowodu, że nie należę do normalnych - poematy Hiro to poematy moje. Kiedyś będę rapować... 

piątek, 12 czerwca 2015

"Zguba", czyli moja praca na fizykę.

   Zniknęła. Nie ma. Jak kamień w wodę. 
     Gdzież się podziała cała elektryczność?
     W sumie, w mieście tak wielkim jak Tokio mogła się zgubić, ale czy dla elektryczności to w ogóle możliwe? Wszystko po prostu nagle zgasło. Neony przestały rozświetlać mrok ulic swoim światłem, a bogaci ludzie mieszkający w wysokich wieżowcach z przysypiającym portierem stali pod drzwiami do budynków, cierpliwie lub raczej wytrwale uderzając w drzwi. Jedynym źródłem światła był blady blask świec zza okien przezornych mieszkańców miasta. Tak, jakby nigdy nie wynaleziono nic podobnego do prądu elektrycznego. Zgasły światła samochodów, co przyczyniło się również do tego, że ruch uliczny stanął. Ludzie woleli unikać problemów. Zdenerwowani wychodzili z samochodów, sprawdzić co się dzieje. To samo tyczyło się wszystkich urządzeń działających przy jakiejkolwiek pomocy prądu.
     Utrata elektryczności stała się przeszkodą nie do przeskoczenia dla pewnego zespołu. Pięciu pechowców, brązowowłosy Junji,  , czarnowłosy Mahiro, jasnowłosy Hiyori, czerwonowłosy Mitsuki z niebieskowłosym Takemasą na czele, postanowiło uraczyć swoich fanów koncertem dokładnie tego dnia. Co za tym idzie, do grona pechowców zaliczała się także ponad setka fanów czekających na nich w kompletnie ciemnej, klubowej sali. 
      - Takemasa, podejdziesz tu? – zapytał Mitsuki, próbując zrobić coś ze swoją gitarą.
      - Tak. Tylko gdzie ty je… - lider urwał, zatrzymując się na niełaskawej dla jego twarzy ścianie. 
      - Tam mnie nie ma. Po lewej. Naprawdę jesteś taki ślepy?
      - Sam jesteś ślepy! – odwarknął niebieskowłosy, przewracając się o leżący na podłodze bęben. Zaklął cicho pod nosem. – Junji, jak nie zaczniesz po sobie sprzątać to nie ręczę za siebie. – podniósł się i trafił w miejsce, skąd wołał go przyjaciel. – Co chciałeś?
      - Zobacz, wszystko jest podłączone i nie działa. – Mitsuki wzruszył ramionami. 
      - A zastanawiałeś się kiedyś dlaczego ta gitara ma w nazwie elektryczna? – syknął Takemasa, ciągnąc się z nerwów za włosy. 
      - No… Bo potrzeba elektryczności, żeby działała? 
      - Brawo. A widzisz, żebyśmy mieli tu prąd?
      - Chyba nie. - wymamrotał gitarzysta w odpowiedzi.
      - A teraz wyciągnij wnioski. – lider westchnął przeciągle. – Zagramy ten koncert, mimo wszystko. – zapewnił. Zrzucił basistę ze skrzynki i zaczął grzebać w niej w poszukiwaniu świec. Znalazł ich całkiem pokaźną ilość. Zatrzasnął z radością skrzynię, przycinając biednemu blondynowi włosy. – Stroić akustyki, będzie dobrze! – ucieszył się. 
Akustyczny koncert w blasku świec wydawał się dobrym pomysłem i w zasadzie jedyną alternatywą. Jak widać, dla chcącego nic trudnego.

      Niektórzy mieli gorzej. Na przykład Kaoru, pracownik swojej przydomowej piekarni. Był w trakcie pieczenia kolejnej blachy swoich popisowych bagietek, gdy piekarnik się wyłączył. 
      - Mamma Mia! – złapał się za głowę, rwąc z głowy naturalnie ciemne kosmyki. Czym prędzej pobiegł do salonu i rzucił się w stronę kominka. Poruszał się po domu korzystając z pamięci co do rozmieszczenia mebli i ścian. Z kilku prętów i mocnej blachy zmontował prowizoryczny „statyw opiekający”, jak później go nazwał. Popędził po niedopieczone bagietki, już z nieco mniejszą sprawnością i gracją niż ostatnio, i wstawił blachę do kominka. 
Później zasiadł z książką przy palenisku i pilnował, aż pieczywo będzie gotowe. Zastanawiał się, co dzieje się u jego przyjaciół. 

     Tymczasem nie działo się u nich nic szczególnego. Kaoru nie poszedł na tę imprezę, ponieważ stwierdził, że pieczenie bardziej go fascynuje. Jego znajomi postanowili urządzić sobie przyjęcie z przebierankami. Hizaki przybył w stroju Śpiącej Królewny, co idealnie opisywało jego pozycję po godzinie spędzonej przy barku. Większym problemem brak energii elektrycznej okazał się dla Mii i Koichiego. Uzależnieni od Internetu, przez cały początek przyjęcia siedzieli obok siebie, wstawiając zdjęcia na twittera i robiąc sobie nawzajem zdjęcia polaroidem. Kiedy ekrany zgasły, wpadli w rozpacz. 
        - Zapytajmy Meto co zrobić! – zaproponował Koichi.
        - To nie jego problem, nie powie nam. – odparł Mia.
        - A on przypadkiem nie siedzi w szafie?
        - Właśnie dlatego nie jest to jego problem.
        - Chyba, że tak. 
Siedzieliby tak dalej ze spuszczonymi głowami, gdyby nie Teru, równie uzależniony od telefonu, nie podszedł do nich. Przebrany za hipopotama oparł się o ich ramiona i uśmiechnął szeroko. 
         - Znam wasz ból. Powiesiłem swoje zdjęcia na oknie, rano będzie jak twitter. – poradził.
Koichi i Mia spojrzeli się na siebie. Zgarnęli wszystkie zdjęcia ze sobą i pobiegli przyklejać je do szyb. 

Ile ludzi tyle problemów, ale równie dużo rozwiązań. Każdy radzi sobie jak może.

_____

Oto praca długoterminowa z fizyki. Tak. Oddałam to, ale przed dodaniem tu zdjęłam słowną cenzurę. 

Opinia nauczycielki - "Najlepsze opowiadanie jakie dostałam w całym roku. Postawiłam ci szóstkę, ale ja chcę ciąg dalszy!"

Jak popularnie się mówi - YOLO. 

YOLO się opłaciło xD