czwartek, 10 września 2015

S jak surviv... Szkoła.

A dzisiaj witam Was na górze ^^
Chciałabym poprosić wszystkich krypto czytelników o ujawnienie się w postaci choćby najkrótszego komentarza. Mam wrażenie, że piszę dla trzech osób, a nie sądzę, że to one nabijają te 200 wyświetleń w trzy dni. Taka mała prośba. Chyba nie wymagam dużo, nie? :D

Przed czytaniem uprzedzę.
Historia oparta w dużej mierze na wydarzeniach z mojej szkoły. Właściwie to tylko lekcja WFu... A, nie. To też było, tyle że w podstawówce. Tak, mam ciekawe życie.

Wielkie dzięki mojej chodzącej wenie - Karmen. Jest też ona współautorką dzieła w opowiadaniu. Efekt naszej wspólnej wycieczki nad jeziorko.
Zapraszam tutaj ^^ - karmen.com.pl
____________________________________
       

  - Mamy nadzieję, że w tym roku wypoczęci i z zapasem zapału do nauki wrócicie do szkoły.

Tak. Z pewnością tak będzie. Dajcie jeszcze tylko dziesięć miesięcy wolnego – pomyślał Mia, taszcząc plecak w stronę sali. Rzucił go pod salę, a sam powędrował w stronę ławki, siadając pomiędzy Masashim, a Teru. Oparł się głową o ścianę, chowając coś do kieszeni czarnych spodni. Zdmuchnął kilka kosmyków opadających na twarz.
          - Co ty taki… No. – zaczął nieudolnie Teru.
          - Mam dosyć.
          - Jeszcze się lekcja nie zaczęła, a ty już?
          - Zamknij się. – burknął blondyn. Srebrzystowłosy prychnął i wstał z ławki wyruszając na poszukiwania Yukiego.
           - Siedzisz ze mną, grubasie?
           - Tak… – odparł Masashi.


     Teru szedł przez korytarz w poszukiwaniu przyjaciela, którego z pewnością widział w szkole, ale nie miał zielonego pojęcia co się z nim stało. Nagle poczuł, że wpadł na kogoś niższego.
          - Masz jakiś problem, siwy kapucynie? – warknął niski brunet, podskakując nerwowo. Gdyby to była kreskówka, prawdopodobnie z uszu i z nosa buchałyby mu chmury dymu.
          - Wybacz, Ruki, nie zauważyłem cię… - Teru wywrócił oczami. Szedł dalej, podczas gdy ktoś klepnął go w ramię. Odwrócił się i ujrzał twarz Yukiego z uśmiechem, o którym można by było pomyśleć że był doklejony. Krzyknął, ale zaraz się uspokoił.
           - Debil. – skwitował go brunet. Skierowali się w stronę klasy. Biologię czas zacząć.
Cała klasa leniwie wtaczała się do sali. Masashi, Teru, Yuki, Zin, Uruha, Aoi, Toshiya, Die, Kyo, Shinya, Ruki, Reita, Kamijo, Tsuzuku i Mia, a za nimi Koichi, ciągnący plecak po podłodze. Nauczycielka z uśmiechem witała uczniów. Uczniowie byli bardzo odważni, o czym sami mieli się przekonać.
           - Dzień dobry wszystkim – uśmiechnęła się kobieta – Przypomnimy sobie dzisiaj zasady na moich lekcjach. Po pierwsze – stosuję system kar, bez nagród, bo nagrody rok temu zjadły kozy jakiegoś wariata…
           - To ja mam kozy… - odezwał się Aoi cicho.
           - Mniejsza. – mruknęła nauczycielka. – Czas na pytania. O ile jakieś są.
Zaraz wszystkie ręce były podniesione.
           - Słucham, Zin.
           - Czy będziemy kroić żaby? – zapytał z szerokim uśmiechem blondyn.
           - Zadaj jeszcze raz to pytanie to skopię ci tyłek i nasadzę roślinek. – wyszczerzyła się jasnowłosa kobieta.
           - Proszę pani…
           - CISZA! – wydarła się kobieta nieco bardziej męskim głosem. W klasie było jak makiem zasiał. – Chciałbym, żebyśmy wszyscy tu sobie uświadomili jedną rzecz. W tej szkole nigdy nie postanie noga żadnej kobiety. Rozumiemy się?! – ryknęło Coś, stojące na środku sali. Nawet niedbający totalnie o nic Masashi patrzył na To z szeroko rozdziawionymi ustami. – I przejdźmy na „ty”. Nie lubię jak ktoś mnie postarza. Mam na imię Hizaki.

To imię rozpętało prawdziwą rewolucję.

        - A teraz powtarzajcie za mną. „Tak jest, Hizaki!”
        - Tak jest, Hizaki! – powtórzyła chórem klasa.
        - Czarnuch! – ryknął Hizaki, idąc w stronę przerażonego Masashiego.
        - Ale ja nic…
        - Rozmawiałeś z różowym.
        - Nie odezwałem się…
Hizaki nie znał litości. Związał obojgu włosy we wspólny warkocz jak najciaśniej się dało. Zauważył podniesioną rękę. Dopuścił Kyo do głosu.
        - A co jakbyśmy my rozmawiali? – zapytał niski chłopak, na którego głowie nie było nawet za co złapać, wskazując na Reitę.
        - Zgadnij co ci zwiążę. Pęseta i mikroskop stoją na szafce. – uśmiechnął się uroczo blondyn.        
        - Ahm... - mruknął Reita, dając koledze z ławki sygnał, by zamknął jadaczkę. Hizaki uśmiechnął się lekko i wrócił na swoje miejsce. Kątem oka zobaczył jak z jednego rogu klasy jakiś świstek leci na drugi. Odwrócił się i uderzył pięścią w ławkę, powodując, że Teru nieomal nie dostał zawału. 
        - Proszę mi to dać! - polecił. 
Zin potulnie pokazał karteczkę nauczycielowi.

"on ma zeza
ale spoko tyłek
no"

        - Że niby ja mam zeza? - zapytał nauczyciel, obserwując jednocześnie to co było przed nim i po jego lewej stronie. - I fajny tyłek? -  Zin spuścił głowę i nie odezwał się już więcej. 
        - Dziękuję. - Hizaki parsknął śmiechem. - Ej, ty! Odwróć się. Co jest takiego interesującego w twoim koledze? - zapytał, wpatrując się centralnie w oczy Kamijo.
        - N… Nic. – odparł zdezorientowany blondyn.
        - Jesteś pewien? Przeproś.
        - Prze…praszam…?
        - Nie tak.
        - A jak?
        - Kamijo kochany, padnij na swe glany przed panem od biologii, by wąchać mu nogi. – wyrecytował Hizaki, czując się widocznie jak na scenie. Kamijo popatrzył na niego niepewnie, po czym uklęknął ze strachu przed nauczycielem. 
         - Jaja sobie robisz? – parsknął Hizaki. 
         - Nie. 
         - A. To wstawaj. 
Lekcję wprowadzającą przerwał dzwonek. Mimo, że było go słychać bardzo wyraźnie, klasa ani drgnęła. Jedyny odważny i uśmiechnięty Teru wstał i podszedł do nauczyciela. 
         - Narysowałem pa… Ci portret! – uśmiechnął się, po czym położył na biurku kartkę i uciekł ile sił w nogach z sali. Hizaki wziął kartkę do ręki i uniósł brew. 
         - Zejdźcie mi z oczu. Nie chcę was widzieć. 
Na kartce widniał przepiękny i iście realistyczny portret. 

            Następną lekcją w planie było wychowanie fizyczne. Nie dając zbyt dużo czasu, trener od razu zebrał całą klasę i dosłownie zapędził ich do szatni. Ze względu na zasady panujące w tej szkole dzięki samemu Ojcu Dyrektorowi, wszyscy po upływie maksymalnie pięciu minut musieli stać przed wejściem do sali w dwuszeregu. Dokładnie po trzystu sekundach cała klasa stawiła się we wskazanym miejscu. Nauczyciel byłby w pełni zadowolony, gdyby nie fakt,  że jeden z uczniów nie zmienił ubrania. 
           - Czarny olbrzym, wystąp!
           - Tak jest…
           - Czemuś się nie przebrał?
           - Zapomniałem stroju. – Masashi wzruszył ramionami.
           - Fascynujące. Kot ci zjadł? Poczekaj. – wuefista odwrócił się na pięcie i przyniósł brunetowi torebkę z jakimś strojem. – Ktoś kiedyś zostawił. Masz trzy minuty na przebranie się. Biegiem! – podczas gdy Masashi wykonywał polecenie, nauczyciel przechadzał się wzdłuż szeregu i można by rzec, że oceniał uczniów. W pewnym momencie zatrzymał się.
           - Mówią mi Gackt. – zaczął. – Pan Gackt. – dodał. – Trzy minuty minęły. Siwy, idziesz po niego. – wskazał na Teru. Srebrzystowłosy pobiegł do szatni, a reszta później słyszała już tylko niezdatny do opanowania śmiech chłopaka. Po chwili wyciągnął z szatni Masashiego. Przez dwuszereg przeszła fala chichotu. Brunet stał przed nimi w niebieskich legginsach i za małej żółtej koszulce ze słoneczkiem, naciągając ją na krocze tak bardzo jak tylko się dało.
            - I jest idealnie. – uśmiechnął się złowrogo Gackt.

Po lekcji, która – jak to pierwsza godzina – nie była zbyt wyczerpująca… Wróć. Dla większości nie była. Teru, Ruki, Kyo i Zin wynieśli Masashiego za kończyny na korytarz i położyli na korytarzu. Gackt zmuszał go do morderczych ćwiczeń na drążku, przez co brunet niemalże kopnął w kalendarz. Skończyło się tak, że siadła mu tylko psychika pozostawiając serce sprawne, aczkolwiek dość mocno wykończone. Masashi dyszał ciężko, patrząc się w sufit. Teru usiadł obok niego ze skrzyżowanymi nogami, wlepiając w kolegę pełne współczucia spojrzenie.
          - Czas na fizykę. Odpoczniesz sobie. – uśmiechnął się.
          - A z kim mamy?
          - Meto, czy jak mu tam…

Meto na lekcję wparował uwięziony w kurtce, od której zaciął się ekspres. Zaczął podskakiwać i wydawać z siebie dziwne odgłosy, licząc że ktoś zrozumie o co mu chodzi.
           - Meto chcieć pomoc! Pomoc! Uwolnić Meto!
Aoi jednym ruchem rozpiął kurtkę, uwalniając rozczochranego profesorka.
           - Dziękować.
           - Proszę bardzo. – odparł brunet i wrócił na miejsce.
Profesorek wskoczył na ławkę, założył okulary i odchrząknął parokrotnie.
           - Ja być Meto. Dzisiaj być fizyka. A to być wektor. – oświadczył, wyciągając przed siebie ręce. Zaczął biegać po klasie z wyciągniętymi splecionymi rękami. Gdy zwolnił, zgiął ręce, sprawiając że wektor stał się krótszy. – Wektor być krótszy jak Meto być wolno. Pytać. – zatrzymał się.
           - A czemu profesor tak mówi? – zapytał Mia.
           - To być fizyka. Wy i tak nic nie rozumieć. – Meto wywrócił oczami i kontynuował bieg.
         


         W międzyczasie Kyo razem z Daisuke poszli do łazienki na papierosa. Niższy chciał postraszyć czerwonowłosego, więc zwinął mu z mieszkania mydło. Wszystko po to, by nawiązać do sytuacji, gdy rozsadził przyjacielowi toaletę. Mydło było przezroczyste i na pierwszy rzut oka przypominało czysty chlorek sodu.
          - Ej, Die, patrz! – Kyo z uśmiechem psychopaty cisnął kostką mydła do otwartej muszli klozetowej.
           - Kyo, debilu! – zapiszczał Die, uciekając. Kyo zaczął się śmiać, po czym usłyszał głośny hałas i wstrząs. Tak jak ostatnim razem, ubikację wbiło w sufit. Tylko że teraz stało się to przy użyciu zwykłego mydła, jak sądził. No właśnie.
Jak sądził, a Kyo sędzią idealnym nie był. Teraz był już pewny, że kradzież mydła z domu Daisuke nie była wcale dobrym pomysłem.
Właściciel narzędzia zbrodni zdążył obrzucić sprawcę pełnym złości spojrzeniem, gdy do pomieszczenia wpadł nauczyciel muzyki. Kaoru we własnej osobie razem ze swoją towarzyszką życia - Antoinette.
         - Na piekarnianego guru, cóż się tu zadziało? – złapał się za głowę. – To wasza sprawka!
         - Niestety tak, proszę pana. – odparł potulnie Kyo, przyznając się do własnej pomyłki. Wewnętrzny głos widocznie miał rację w swoim twierdzeniu, że jeśli mydło piecze w dłonie to najprawdopodobniej mydłem nie jest.
         - A znasz przynajmniej równanie reakcji NaCl + H2O?
         - NaCl + H2O to będzie wielkie, kuźwa, pierdut. – odparł. Kaoru poprowadził oboje do sali, w której aktualnie mieli mieć lekcje. Miał zamiar rozliczyć się z nimi po lekcjach.
         - Witam wszystkich na mojej lekcji! Ja mam na imię Kaoru i będę uczyć was muzyki. Moją piękną asystentką jest Antoinette. – wskazał na krzesło z torbą, z której to wystawała połówka bagietki.
          - Ale tam nikogo nie ma… - odezwał się ktoś z głębi sali.
          - Jak to nie? Ta śliczna kobieta obok mnie to właśnie Antoinette.  – uśmiechnął się Kaoru. Odgrodził usta dłonią od krzesła z torbą. – Jest bagietką – szepnął i pogłaskał pieczywo po skórce.
 Po chwili czułości odwrócił  się z powrotem w stronę klasy i wyszczerzył się.
          - No dobrze, nie będę was zanudzał. Zagram wam mój nowy utwór. – rozpromienił się, wyciągając zza krzesła gitarę akustyczną. – Oto „Oda do bagietki”
Kiedy rozległy się pierwsze metaliczne dźwięki uczniowie byli nieco zdezorientowani. Nie wiedzieli czy się śmiać, czy nie. Kiedy jednak Kaoru zaczął śpiewać, doskonale wiedzieli co mają robić.
          
             Och, bagietko, boski tworze
             Kwiecie piekarnianych ziem
             Zapach twej chrupiącej skórki
             Rozkochał w sobie zmysł węchu mój

             Chrupkość twoja wszystko zaćmi
             Złączy, co rozdzielił nóż
             Wszyscy ludzie będą piekli
             Tam gdzie dotrze zapach twój…

           - To ty! – wrzasnął ktoś, otwierając drzwi i z łomotem pakując się do sali. Był to nikt inny jak sam Hizaki. Kaoru przerwał grę i popatrzył na przybyłego.
            - Przerywasz mi. Zadowolony z siebie jesteś?
            - A ty z siebie? – Hizaki odwrócił się, ukazując dziurę w materiale spodni i bokserek, która – można by rzec, że dumnie – eksponowała jego pośladki.
            - Jak niedopieczona kajzerka! – parsknął Kaoru. – Idź się dopiecz i dopiero porozmawiamy. – zaśmiał się.
            - Ja ci zaraz dopiekę… - syknął długowłosy i wziął do ręki Antoinette. Odgryzł jej spory kawałek i zaczął przeżuwać go tak, jak lew przeżuwałby nogę upolowanej gazeli. Kaoru obserwował tylko tę scenę z rozdziawionymi ustami. Wstał i rzucił się na Hizakiego. Wojna się rozpoczęła.
            - Skrzywdziłeś ją!
            - To za moją dumę!
            - W nosie mam twoją dumę! – ryczał Kaoru, okładając do niedawna zaprzyjaźnionego belfra własną gitarą. Klasa podzieliła się na dwie części. Na tych kibicujących Kaoru i na tych, którzy postawili na Hizakiego. Tymczasem, do sali zajrzał Meto.
           - Hizaki nie lubić kawał? – zapytał smutnym głosem.
           - METO! – wydarł się nauczyciel biologii i wybiegł z sali w pogoni za fizykiem.
Ręce uczniów opadły, a sami oni zaczęli wpatrywać się w cierpiącego nauczyciela muzyki, tulącego do siebie aktualnie ranną bagietkę i wylewającego morza łez. Aoi był tą sceną poruszony do tego stopnia, że wypuścił kozę z plecaka, która podbiegła do nauczyciela i zaczęła skrupulatnie wylizywać jego ucho.
         - Idźcie do domu. Nie chcę was widzieć... - jęknął Kaoru, odwracając się tyłem do klasy.
_______________

Wracając i przypominając - CICHY CZYTELNIKU, POKAŻ SIĘ! :)

czwartek, 3 września 2015

Sabotaż (II)

         W ciepły jesienny dzień, ku zachodzącemu słońcu maszerował człowiek. Pogrążony w głębokiej melancholii ciągnął za sobą obudowę od plastikowego telewizora.

         - Zero, tłuczek być niemożliwy! – jęknął Meto, wpadając do tymczasowego miejsca pobytu nowego przyjaciela, które zresztą z nim dzielił.
         - My odzyskać tłuczek! – zakrzyknął wojowniczo basista.
         - Nie dać rady. Telewizor bum. – perkusista wzruszył ramionami, przecierając smutno oczka, co sprawiło że makijaż stał się jeszcze bardziej rozmazany niż przed chwilą. Zero zagwizdał pod nosem i przytulił Meto w pierwszym odruchu, nie wiedząc jak go pocieszyć.
         - Zero śmierdzieć banan. – zaszlochał niższy, odpychając od siebie przyjaciela. Po chwili położył się twarzą do podłogi i wydał z siebie odgłos prawdziwego bólu.
         - Meto być spokój, tłuczek być niedługo nasz! – basista usiadł przy nim i poklepał go po plecach. Gdy jednak nie zauważył żadnej reakcji ze strony Meto, postanowił spróbować smakowicie różowej kokardki przy jego sukience. Pochylił się i już chwycił ją w zęby, gdy właściciel odzienia gwałtownie się podniósł, wykręcając przy tym głowę Zero i kładąc go w nienaturalnej pozycji na podłodze. Z kokardką w zębach.
        - Nadzieja wrócić! – rozpromienił się Meto, machając radośnie znalezioną szczotką.

        Niestety, maszerując ulicą Meto nie przewidział że obudowa od telewizora może być nieco zbyt nachalnie rzucającym się w oczy obiektem dla wścibskiego obywatela.  Karyu postanowił, że w końcu powinien zyskać taką świadomość. Po rozmowach z członkami Mejibray nie miał wątpliwości, że to właśnie Meto jest sprawcą obydwu zdarzeń. A że Zero także bardziej przypomina zwierzę aniżeli człowieka? Pewnie siedzą gdzieś razem i knują coś przeciwko nim. Wszedł do apartamentu, gdzie właśnie trwało zgromadzenie, z którego udało mu się wyjść za potrzebą kupna ryb do dzisiejszego sushi. Poczuł smród co najmniej ośmiotygodniowej bielizny i kilograma podpsutych bakłażanów. Coś jak…

 Tsukasa.

Zatkał nos świeżym kawałkiem łososia i zrzucił buty, wchodząc do pomieszczenia, w którym zabawa trwała w najlepsze. Niedawno umyte przez Hizumiego okna przysłonięte były czarnymi roletami. W kręgu ustawionym ze świec na podłodze leżał Mia i Koichi. Ich ciała krzyżowały się pod kątem prostym. Dookoła nich rozłożono po dwie karteczki z napisem „yes” i „no”.
             - Charlie, Charlie, are you here? – wypowiedział drżącym głosem Tsuzuku. Mia klepnął się w tyłek, sprawiając że wokalista z dzikim piskiem wskoczył Tsukasie na plecy. |
             - Boże święty, Mia! Chciałeś żebym dostał zawału?
             - Komar gryzł mnie w dupę… - syknął gitarzysta, drapiąc się po pośladku.
             - Traktuj to poważnie! Ty masz być pośrednikiem ducha, który pomoże nam znaleźć telewizor.
             - Telewizor? Myślałem, że raczej Meto szukamy… - wymamrotał Koichi, podnosząc się do siadu. Siadu na plecach Mii, czym spowodował  napad kaszlu u blondyna.
             - Zabieraj ten kościsty tyłek! – wycharczał gitarzysta, napinając mięśnie grzbietu w daremnych próbach zrzucenia z siebie basisty. Różowowłosy wywrócił oczami i podniósł się, uwalniając przyjaciela, który odetchnął z ulgą i opadł bezwładnie  na podłogę, tworząc podmuch wiatru na tyle silny, by zgasić kilka świeczek. Nagle zgasły wszystkie. W pokoju zapanowała niezupełna ciemność, gdyż ciemne rolety pomimo swojej barwy przepuszczały jeszcze trochę światła dziennego. Zaraz po zgaszeniu świec Tsukasa zaczął piszczeć i pobiegł z Tsuzuku na plecach do łazienki. Tam podniósł jeszcze większy raban, prawdopodobnie na widok mydła. Kiedy wrócił do pokoju, kręcąc się w amoku, Tsuzuku zeskoczył z niego i zestresowany kopnął go z całej siły w kostkę. Był przerażony faktem, że nie za bardzo wiedział co się właśnie wydarzyło. Kręciło mu się w głowie, więc przewrócił się na kanapę.
            - Śmierdzi tu. – stwierdził nieprzyzwyczajony jeszcze do osobliwego zapachu perkusisty do niedawna wrogiego zespołu Koichi.
            - O nie. – zaszlochał Tsukasa. Hizumi uśmiechnął się ze złowrogą radością.
            - O tak. – wypowiedział mrocznym tonem. Zaczął zbliżać się do perkusisty powolnym krokiem. – O tak. – powtórzył.
            - Nie!
            - Tak…
            - Nie.
            - Tak…
            - Błagam, nieeeee! – rozpłakał się Tsukasa.
            - Ale o co chodzi? – zapytał Mia, podnosząc się z pomiędzy świec i kartek.
            - Chodzi o ten smród, złotko. – odpowiedział mu Hizumi, nie odrywając wzroku od swojej ofiary.
            - Ja nie śmierdzę! – zaszlochał perkusista.
            - Nie, wcale… - Karyu wywrócił oczami.
            - Jestem jeszcze młody! Nie chcę umierać!
            - Wyluzuj, mydło i woda cię nie zabije. – wywrócił oczami jedyny przytomny wokalista. – Karyu, szykuj wannę. Mia, Koichi… Musicie mi pomóc.
Karyu bez narzekania wykonał polecenie, gdyż jemu również doskwierał smród. Pozostali otoczyli perkusistę i schwycili jego ciało odbierając mu jakąkolwiek możliwość poruszenia się.
            - Ja chcę żyć! – zawyła ofiara.
            - Będziesz żył. Przynajmniej bez przeszkadzania innym… - westchnął Hizumi, unosząc do góry nogi Tsukasy. W trójkę zanieśli go do wanny, gdzie Karyu wsypał proszek do prania i wlał żel do kąpieli do wanny. Wrzucili go do wanny w ubraniach, przykrywając ją specjalnie zamówioną pokrywą. Kneblując ciemnowłosego zostawili go do wymoczenia się. Po fakcie po kolei starannie umyli ręce. Należało to raczej do konieczności niż czynności dobrowolnej. Usiedli spokojnie w salonie, przedtem otwierając na oścież wszystkie okna. Bez wyjątków.
             - Widziałem Meto. Myślę, że to wszystko to ich sprawka… - zaczął ściszonym głosem Karyu.
             - Meto i Zero? – dopytał Tsuzuku, przebudziwszy się z niespokojnego snu.
             - Dokładnie oni. Meto ciągnął obudowę od waszego telewizorka… - mruknął.
             - Zbieramy się i prowadzisz nas tam. – Hizumi uderzył ręką w stół.
             - Tylko uwolnij Tsukasę. – wymamrotał gitarzysta.

             Kiedy perkusista na powrót cieszył się wolnością i z przekleństwami cisnącymi się na usta zmienił ubranie na czyste oraz został skrupulatnie zabezpieczony antyperspirantem i perfumami przez wokalistę, wyskoczył z mieszkania śpiewając „Mydełko Fa”. Hizumi przekrzywił głowę, skupiając na nim swoją uwagę. Ta kąpiel odbiła mu się na psychice. Karyu poprowadził swoją trasą całą zgraję muzyków złaknionych telewizora i oczywiście zemsty. Kiedy gitarzysta wszedł na drogę, którą wcześniej podążał Meto, od razu w oczy rzucił im się szałas ze szczotek i powygryzanych w fantazyjne wzorki dziecięcych kaloszy. Takich apartamentów nie tworzy nikt inny, poza dwojgiem ludzi na całym wielkim, długim i szerokim świecie.
Jednak mimo małego talentu architektonicznego ponadprzeciętną zdolnością Meto okazała się obserwacja. Podniósł alarm w postaci wymachiwania spódniczką w górę i w dół, co przyprawiło Zero o mdłości.
          - Meto nie robić porno, prosić.
          - Zero słuchać, musieć uciekać!
To  słysząc, basista zwinął swoje kalosze i wybiegł z szałasu. Zaraz za nim biegł Meto, ciągnąc za sobą dwie taktyczne szczotki. Niestety nie przewidział, że jeśli zabierze choćby najmniejszy patyczek z i tak już niestabilnej konstrukcji, spowoduje jej runięcie. Niewiele myśląc obejrzał się za siebie i ujrzał Karyu. Gitarzysta był za blisko. ciemnowłosy wydał z siebie bojowy okrzyk i pieprznął go kijem od szczotki, zbierając się do ucieczki. Nikt nie miał z nim szans. Nawet Zero i jego kalosze, pomimo faktu, że szczotki daleko miały do Nimbusa 2000. (dop. aut. miotła z HP, jakby kto nie wiedział). Bieg był heroicznym dla nich wyczynem. Minęli Kayę, wysypując mu z wiadra gwoździe. Po drodze nieomal zabili również Kaoru, który właśnie wyprowadzał Antoinette na spacer. Obrzucił ich jakimiś francuskimi obelgami, ale mało ich to ruszyło. Gdy Meto już gasł, tracił nadzieję na koniec maratonu, Zero dał mu sygnał, że wróg został zgubiony. Obaj z ulgą zatrzymali się. Los chciał, że postój miał miejsce przy drzwiach pewnego baru. Było już dosyć późno, o czym świadczyło zachodzące słońce i większe zgromadzenie osób wokół barmana. Weszli do środka, ogarniając szybko wzrokiem pomieszczenie. Zauważyli normalnych ludzi, spokojnie pijących piwo i śmiejących się między sobą. W kącie siedzieli jednak trochę dziwniejsi ludzie. Jeden z nich charakteryzował się niemalże zupełnie siwą czupryną, drugi ponadprzeciętnym wzrostem, trzeci leżał pijany pod stołem, ale wciąż patrzył na kolegów z wyższością, a czwarty wyglądał jak dinozaur. Podeszli do nich niepewnie.
           - Móc siadać? – zapytał Zero, bawiąc się kaloszem.
           - Jasne, siadajcie. – odezwał się dinozaur i wskazał wolne miejsca, które basista z perkusistą bez słowa zajęli.
           - Dziękować. – odparł Meto, stawiając swoje szczotki obok krzesła.
           - Ja być Zero, to być Meto. Kto wy być?
           - Łełkym tu Wełusaył! – zawył mężczyzna leżący pod stołem, na co białowłosy kopnął go w bok.
           - To miało być „Welcome to Versailles”, głąbie. – wywrócił oczami.
           - Jestem Yuki, to jest Teru, Masashi i… Kamijo.
           - Bonjour, honey!* – rozdarł się blondyn, podnosząc się z podłogi, po drodze uderzywszy czołem o blat. Pozwoliło mu to zapaść w dłuższy sen.
           
            Tymczasem dwójka wokalistów, gitarzystów i nieszczęśni basista z perkusistą właśnie dotarli pod ten sam bar, w którym właśnie przesiadywali Meto i Zero.
           - Widzisz ich?
           - Są tam?
           - Siedzą?
           - Nie tylko oni… - mruknął Hizumi.
           - Nie są sami? Przegrupowali się! – zapiszczał Mia.
           - Gorzej. Tam jest Armia Czerwona.
           - Kto?! – pisnął Koichi.
           - Banda Hizakiego. – odparł ponuro wokalista, odwracając się tyłem do okna, jednocześnie stając przodem do swojej załogi. – Bez samego Cthulhu.
           - Kim, kuźwa, jest Hizaki? – zapytał Tsukasa.
           - No właśnie, kim? – dopytywała reszta.
           - Nie znacie go?
           - Nie. – burknął Karyu.
           - A więc opowiem wam historię… Otóż pewnego dnia, gdy Słońce ułożyło się w jednej linii z Księżycem narodził się On. Ten, którego imię budzi ptaki do lotu. Ten, którego imię wybudza niedźwiedzie ze snu zimowego. Ten, który włada śmiercią i nie boi się nikogo.
Jest jak bazyliszek. Potrafi jednocześnie podążać wzrokiem za osobami idącymi w dwie różne strony. Jak kameleon. Dostosowuje ubarwienie do otoczenia i nie sposób go wykryć. Potrafi obserwować cię jednym okiem. Jedyne czego nie umie to przewlekanie nici przez dziurkę w igle. To naprawdę niebezpieczny człowiek. Legenda głosi, że sam się spłodził. Mawiają, że wybudował dom, w którym przyszedł na świat.

Hizumi odetchnął, gdy skończył opowiadanie.  Miał wrażenie, że na ten moment cały świat się zatrzymał, a czas stanął w miejscu. Szkoda, że nie wiedział o tym, że Cthulhu właśnie maluje sobie paznokcie szczebiocząc przez telefon z najlepszym przyjacielem.
              - Trzeba uratować Meto! – Koichi wyrwał się do drzwi, jednak Tsuzuku złapał go za ramię.
              - Narażasz życie!
              - Dla przyjaciela zrobię wszystko! Nie zatrzymasz mnie!
              - Koichi? – zaczął Mia.
              - Co?
              - Rozmazałeś się… O, tu. – jasnowłosy wskazał na kącik swojego oka.
              - Jezu Chryste, daj mi lusterko!
              - Tyle wyszło z ratowania… - skomentował Karyu. Wszedł do baru, wyciągnął Zero i Meto za włosy nim się zorientowali i dał im świeżym pstrągiem po twarzach.
          - Telewizory! Gdzie są telewizory?! – zapytał pretensjonalnym tonem jedyny w miarę przytomny perkusista w towarzystwie.
          - Nie ma. Hizaki i bum. – oświadczył Meto, rozkładając bezradnie rączki.
          - Mówiłem, że jest niebezpieczny… - Hizumi pokręcił głową. Koichi i Mia byli tak zaaferowani poprawianiem makijażu basisty, że nawet nie zauważyli co się właśnie wydarzyło.
          - A ty coś wiesz? – Tsukasa zwrócił się już nieco łagodniej do Zero. Spotkał się jednak tylko z niemym kręceniem głową.
          - Idziecie do roboty. Kaoru szukał pomocników. – mruknął Karyu, który zauważył w rybnym ogłoszenie dotyczące pracy. Meto i Zero popatrzyli po sobie jak zbite szczenięta.
          - A Meto chcieć tylko tłuczek…


___________

*>>Bonjour Honey<< - Kamijo i jego piosenka.

Wróciłam, tarararira. I zostaję. Laba się skończyła, nie będę leniuchować. Nie było mnie, bo nie było też czasu ani weny. A tu nagle się pojawiła, pewnie przyszła razem z poautografowanym plakatem Jupitera i w raptem półtorej godzinki powstało to powyżej. Czujecie to? Mam autograf Zła Wcielonego!
Muszę wprowadzić małą zmianę.
Co dwa tygodnie post, żeby Was tu nie oszukiwać. Między wpisami aktualizacja psychiatryka i tworzenie profili zespołów.
Przeżyjcie rok szkolny, jeszcze tylko 295 dni!

Z tej okazji wolałabym nie zapadać na brak weny... Zmiana planów co do szkolnej serii, tego się nie da pisać. Wymyślę coś innego xD

No to miłego dnia, wieczora, nocy wszystkim. 

piątek, 7 sierpnia 2015

Rolnicza Rola Rolnika

     Jedzie Gackt przez wieś. Setki jeńców wiezie. A przez dziurkę, jeńcy ciurkiem sypią się za Gacktem.
    - Dzień dobry. Chciałbym kupić ciągnik. - Gackt zdjął okulary i zawiesił je na dekolcie koszulki. Sprzedawca popatrzył na niego niemo i sarkastycznie pytając go wzrokiem, czy dać do tego frytki. Mężczyzna wyszedł zza biurka i zaprowadził Okabe do hali, w której znajdowały się maszyny.
    - Co konkretnie pana interesuje? Ursus, Belarus, T...
    - Czarny.
    - Słucham?
    - Czarny. Musi być czarny.
Sprzedawca znów przekrzywił głowę i popatrzył na wokalistę jak na kogoś, kto właśnie powiedział mu że wyewoluował z ziemniaka. Ten jednak stał niewzruszony i z pewnością siebie wpatrywał na hali pojazdu w kolorze węgla. Minutę zajęło mu znalezienie jedynego okazu w takim kolorze.
    - Ile płacę? - zapytał z uśmiechem Gackt.
    Kiedy uszczęśliwiony wyjechał z salonu, podbiegła do niego ciemnowłosa i blada... kobieta? Ubrana była w gotycką suknię.
     - Mana-sama?! - zapytał Gackt.
     - Nie, twoja stara. - odpowiedział Mana, z lekkim uśmiechem na ustach.
     - Wskakuj na ciągnik, lasia. - Okabe spojrzał zza okularów na znajomego i gestem dłoni zaprosił go do środka.
     - Mała....eeee... Mana...? Lubisz raperów? - zapytał kierowca po kilkunastu minutach jazdy.
     - Nie nazywaj mnie "mała", mały. Lubię.
Gackt ucieszony znalezieniem Many w lesie i wiezieniu go na pokładzie swojego nowego wózka może zaprezentować swoje umiejętności wokalne.
Ciągnik.
Kupiłem czarny ciągnik
Kupiłem czarny ciągnik
Kupiłem czarny ciągnik
Kupiłem czarny ciągnik
Kupiłem czarny ciągnik
Kupiłem czarny...
Alufelgi, ciemne szyby...
Zawsze chciałem mieć takie coś,
Właśnie po to, by wozić ...
    - Jasna cholera, zamknij się. - Mana-sama wplótł palce we włosy.
    - Nie rób tego! - krzyknął Gackt dramatycznie.
    - Czego? - zapytał zdziwiony gitarzysta i spróbował wyjąć rękę ze swojej fryzury. Skończyło się to mizernym skutkiem, gdyż ręka bruneta nieugięcie tkwiła w bujnym tapirze. - Zawsze to się tak kończy... - westchnął gitarzysta.
    - Na stanik Hizakiego, cóż to za hołota! - wypowiedział niezidentyfikowany głos z pola. Głos widocznie nie był świadom tego, co ściągnął na siebie wywołując w tym momencie imię samego strachu. Demona. Czy to nie ciekawy zbieg okoliczności, że czytając apokalipsę świętego Jana od tyłu, przy biblii obróconej do góry nogami znajdzie się wszystkie litery, składające się na Jego imię. Gackt zatrzymał ciągnik i wyłączył silnik.
    - Któż odezwał się pośród tychże łanów złocistych?
    - Nie pierdol, daj browca.
    - Uruha? Co ty robisz na polu? - zapytał wokalista.
    - Daj. Browca. Nie wiem skąd tu jesteś, ale musisz mieć browca.
Kiedy blondyn wskoczył na ciągnik, Mana podał mu puszkę piwa, a wokalista ruszył w drogę.
    - Fajny wóz. Ile pojemności?
   
Czterysta.
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa czterysta
Pojemność dwa....
Siedem jeden ma do setki...
Zawsze chciałem mieć takie coś,
Właśnie po to, by wozić .

   - O, stary, było mówić, że to piwo tak trzepie. - Kouyou spojrzał na etykietę trunku, na którym widniał jak wół napis "bezalkoholowe". To oznaczało, że Gackt rzeczywiście potrafił śpiewać także w ten sposób. Owszem. Potrafił. I to bez zastosowania nawet najmniejszych ilości napojów z zawartością tych jedynych, prawilnych procentów. 
     - Jak tam nagrania? - zapytał Mana, spoglądając na Uruhę.
     - Jakoś. Ostatnio Reita z Kaiem spili się winem mszalnym i w jednej piosence mamy Bogurodzicę w tle... Co ci się stało? - blondyn wskazał na rękę niezmiennie od pewnego czasu przyklejoną do głowy Many. 
     - Jak by to ująć... Error 404.
     - Rozumiem. To tak jak kiedy Ruki u mnie nocuje i mam rury pozapychane brokatem. - parsknął Uruha, przeczesując włosy. - Problemy techniczne. - mruknął cicho.
     - Gackt? W ogóle to jakiej marki jest ten twój cią...           
Nie jest to zwykły Ursus, mamy skórę i komputer,
Klimatyzę, serwo, wiatrak, szyber, kółko z futer
Piskacz piszczy, aż oponki się topią
A ty miła sprawdź czy ma niezłego kopa
- A.... Dzięki. - odparł Mana. A gdzie jedziemy?
Zabiorę cię do siebie
Zabiorę cię do siebie
Zabiorę cię do siebie
Zabiorę cię do siebie
I w oborze obok niego...
Kwadrans później Gackt razem z dwojgiem gitarzystów z tyłu zajechał na swoje podwórko. Wjechał do obory i zamknął bramę na kłódkę.
Jednak kłódka przed demonami nie chroni. Kłódka nie chroni przed złem.
Wyciągnął Manę i Uruhę z ciągnika i posadził na stogach siana. Trzymał siano tam gdzie swoje ciągniki tylko dlatego, żeby nie było im zimno. To wcale nie tak, że wszyscy uważali go za dziwaka. W tym sęk, że było to całkiem normalne. Przynajmniej dla niego. Dla kogoś, którego jedyną rodziną są jego własne kombajny i zestaw pługów. W takim też towarzystwie Okabe się obracał, dlatego właśnie nikt nie miał mu tego za złe, ani nawet nienormalne. W sumie, to nikt nie miał nic przeciwko, bo nikt o tym nie wiedział. Do teraz.
      - Dlaczego trzymasz maszyny na słomie? - zapytał Mana-sama, układając się wygodnie z ręką bezustannie wplecioną we włosy. Okabe zaczął swój wywód na temat samopoczucia maszyn.
     
       Tym czasem czyste zło we własnej osobie siedziało pod kombajnem. Ktoś go wezwał, więc przybył. Ktoś stroi sobie z niego żarty, bo wezwał go na daremno. Ktoś poniesie karę. Hizaki wyciągnął telefon i zadzwonił po resztę Spółki. Jego odwiecznym sposobem na zmuszenie ich do bycia na miejscu w pół godziny był fakt, że jeśli tak się nie stanie, kara będzie bardziej sroga niż mogą sobie to wyobrazić. Nikt wolał nie próbować.


***

    Odkąd w sali prób The Gazette zanotowano nieobecność gitarzysty, a Aoi wypatrzył za oknem wojskową furgonetkę opatrzoną napisem SPA z Yukim za kierownicą, zapanowało ogólne poruszenie. Wiedzieli, że Uruha jest na wsi Gackta. Wiedzieli też, że wieś znajduje się dokładnie w tamtym kierunku, w którym zmierzała furgonetka.
    - Kai, prowadzisz. Do samochodu! - wrzasnął Ruki. - Aoi, pakuj kozy!
Gitarzysta nie czekał długo. Tamara i Pysio siedzieli po chwili w bagażniku, liżąc wesoło szyby. Wesoło, ponieważ ślady ich języków układały się na kształt pentagramów. Kai usiadł za kierownicą, ale nie ruszał.
     - Ruchy! - warknął Reita, poprawiając bandanę z Hello Kitty.
     - Nie mogę, piłem!
     - Co?
     - Wino!
     - No błagam, pijesz tylko mszalne... Ruszaj bo Aoi da ci kozę na kolana.
Nie trzeba było tego perkusiście dwa razy powtarzać. Po chwili pędzili na wieś Gackta z prędkością bliską dwustu kilometrów na godzinę. Kai wiedział, że pokuta będzie cięższa niż zwykle.
     - Boję się o niego... - mruknął Reita. Przejechał palcem po policzku, zbierając obsypany z powiek brokat.
     - Zwyciężymy Cthulhu raz na zawsze. Zobaczycie. - stwierdził Ruki.
     - Zaatakujesz tego mistrzowskiego separatystę pilniczkiem czy lakierem do paznokci? - Aoi uniósł kpiąco brew.
     - Twoją aortą, kasztanie. - syknął wokalista i odsunął się od machającej jęzorem Tamary. Taka już była zależność. W Mejibray jęzorem macha Meto, w D'espairsRay Zero, a w Gazetto zastępczyni wokalisty - Tamara.
      Nie minęło pół godziny, a różowy van w brokatowe krzyże z różańcem na lusterkach zajechał na pole przy posesji Gackta. Kiedy Aoi wysiadł i otworzył bagażnik, dumnie wytarabaniły się z niego dwie kozy. Wszyscy stanęli z dumnie uniesionymi głowami, wyglądając jak aktorzy ze starych, dobrych westernów. Wsłuchiwali się w złowrogą ciszę. To oznaczało, że zło wisi w powietrzu.

***

     - Zabraliśmy to MP5, M16, M4 i dwa AK, a do tego P99, o które prosiłeś... - mruknął Kamijo, taszcząc walizki z karabinami w stronę ubranego w rosyjski mundur Hizakiego. Ten otworzył arsenał i zaczął się zastanawiać. Wziął P99 i wsunął do kabury, a przez ramię przewiesił sobie M16 i ulubionego kałacha.
     - Resztę schowaj.
     - Co? A my?
     - Mięso armatnie nie strzela. - wyszczerzył się długowłosy. Zabrał ze sobą kilka zapasowych magazynków i ruszył do budynku, w którym zamknął się Gackt. Krótką bronią przestrzelił kłódkę. Jedynie krótka nie była repliką na plastikowe kulki.
      Mana i Uruha podskoczyli, słysząc strzał. Gackt zaczął piszczeć.
      - Kobiety i dzieci! Kobiety i dzieci najpierw!
      - Jezus, człowieku, opanuj się. - Uruha wywrócił oczami.
      - Nie wzywaj Pana Boga na daremno. - rozległ się głos Kaia. Kouyou zorientował się, że jego zespół właśnie wchodzi przez okno  budynku.
      - Na zeza Hizakiego, co wy tu robicie?
      - Nie wzywaj Pana Boga na daremno.
      - Kai, daj mi spokój. - gitarzysta popatrzył na przyjaciela. Z jego miny wyczytał tylko przerażenie.
      - Tego nie mówiłem... Ja...
      - Raz i dwa - Hizaki już cię ma.
        Trzy i cztery -  zaraz ci łeb odstrzeli.
        Pięć i sześć - krzyż ze sobą nieś.
        Siedem, osiem - myśl o swoim losie.
        Dziewięć, dziesięć....
       - TAMARA DO ATAKU! - wydarł się Aoi. Koza zabeczała i położyła się na ziemi. Aoi westchnął boleśnie. W tym czasie, Hizaki trzymał już Uruhę na muszce. Zza niego wyłonilisię kolejno Kamijo, Teru, Yuki i Masashi.
      - Dzieci drogie, nie osmieszajcie się. - Teru wywrócił oczami. Nikt nie musiał wiedzieć, że nie skończył trzydziestu pięciu lat.  I nikt nie wiedział
     - Hizaki, proszę, uspokój się. Co ci zrobił ten człowiek?  - zapytał Yuki. Gackt stal otumaniony i wpatrywał się w całą scenkę, jaka odgrywała się bezpośrednio pod jego nosem.
W tym czasie Mana-sama otworzył szerzej bramę i właśnie opuszczał garaż ciągnikiem Okabe.
    - Sayonara, misie! - krzyknął i opuścił garaż jak najszybciej się dało. Hizaki wrzasnął i zaczął strzelać z jednego karabinu do Many, a z drugiego do Uruhy. Gitarzysta zawył z bólu, po czym uciekł między swoich i schował się za Rukim. Wyglądało to dosyć sympatycznie ze względu na kontrast jaki stanowił wzrost obydwojga. Gackt zaś, zauważywszy brak ciągnika uklęknął na ziemi i jęknął teatralnie. Kai przyklęknął obok i zaczął się modlić.
    Od tej pory, kiedy we wsi ktoś widzi czarny ciągnik zwykle ucieka. Czerń stała się symbolem końca. Końca i Many-samy.
    Gdy Hizakiemu skończyła się amunicja, oklapł zrezygnowany na podłogę. Westchnął żałośnie i przypatrzył się uważnie klęczącym oraz obydwu zespołom. Pokręcił głową i zabezpieczył broń.
    - Nie wiecie co tracicie. Oj, nie macie pojęcia...
Ruki spojrzał na Reitę, Aoi na Tamarę, a Uruha na widły.
   - Hizaki? - zaczął jasnowłosy gitarzysta.
   - Tak?
   - Dlaczego jesteś aż tak opętany?
   - Ignoranci... - długowłosy pokręcił głową. Czuł się nierozumiany.
   - A ty Gackt? Po cholerę ci był ciągnik? - Ruki przekrzywił głowę i kopnął Pysia, który próbował mu zeżreć buty.
Zawsze chciałem mieć takie coś,
Właśnie po to, by wozić ją!
_______________________
KORO RUSZYŁA DUPĘ!
Jest tygodniowy odstęp! Yay. Powrót do regularnych założeń.
Zgadzam się, że zrobiło się nudno. Wkurza mnie to, ale zwyczajnie non stop jestem wyjazdowa i nie mam jak pisać. Ta notka jest napisana w całości na telefonie, dlatego wybaczcie błędy w formatowaniu i jakiekolwiek inne. Nienawidzę pisać na telefonie, grr. Ale jak jest W
wena to trzeba rwać! Wracam do cotygodniowych notek. Nie ma sensu obiecywać, że będę dodawać częściej, bo napisanie opowiadania zajmuje mi minimum dwa dni, a przy tej ilości czasu jaką mam teraz... W sam raz. Poza tym są wakacje, nie myślę i nie chcę zjeść sobie wszystkich pomysłów. *ma zaplanowane 10 opowiadań do przodu*
Dzięki wszystkim komentującym! Jedno wbiło mi się pamięć.
Militarne RP Saggie. Wiesz jak bardzo mnie tym zaintrygowałaś? x'D
Miesiąc został. MIE-SIĄC. Dlatego za miesiąc prawdopodobnie zacznę  szkolną serię. Taki mały spoiler, bo tak. Miłego dnia! ^^'
Teraz tak. Mała reklama. Blog Syo - osoby, która jest często źródełkiem weny (tak, jesteś XD)
>>MY DARK BOX<<
*notka dodawana w bólach i cierpieniach braku zasięgu

sobota, 1 sierpnia 2015

Bandit

„Co, kapusta?! Głowa pusta!”

        W sprawie pustki w główce kapusty można by było się rozwodzić wiele, wiele czasu. Utarte przysłowie krążące wśród dzieci jest stwierdzeniem bardzo mylnym i tym samym używane jest zupełnie bezpodstawnie. Otóż z kapustą sprawa wcale taka prosta nie jest. Ba! Nie jest w ogóle prosta. Wnętrzności kapusty są bowiem delikatnie pofalowane. Swoją strukturą nieco przypomina fakturę mózgu, co jest kolejnym dowodem na to, że porównanie kapusty do głowy niemyślącego osobnika jest nietrafione co najmniej tak, jak połowa strzałów do bramki w wykonaniu Reprezentacji Polski w piłce nożnej. Dlatego właśnie Kaya nie wybrał kapusty. Ciągnie swój do swego, a ciemnowłosy zbyt inteligentny raczej nie był. Właśnie dlatego ulubionym narzędziem Kayi były równie rozgarnięte co on gwoździe i nieco mniej skomplikowana w budowie sałata. A do czego owe narzędzia mu służyły? Odpowiedź na to pytanie ma niesamowicie długie rozwinięcie.
***
          - Na Święty Młyn! – darł się Kaoru.
          - Co się stało? – zapytał wchodzący akurat  do jego mieszkania Toshiya. Kiedy wszedł do pokoju, jego oczom ukazała się... Istna rzeź. Rzeź bagietek poprzebijanych gwoździami i polanych obficie ketchupem. Tak potraktowane pieczywo było rozrzucone po całym salonie gitarzysty.
         - Cała rodzina… - lamentował lider. – Antoinette v50, Antoinette v51, 52… - wzdychał, a z jego oczu ciekły najprawdziwsze w świecie łzy. Toshiya z zaciekawieniem patrzył na twarz zrozpaczonego gitarzysty, próbując wyczytać z niej oszustwo i właściwą liderowi postawę piekarnianego rozbójnika. – Pomożesz mi je uratować? – zapytał po chwili klęczący na podłodze mężczyzna z proszącym wyrazem twarzy. Basista jakby obudził się z transu.
        - Turlaj mango! – prychnął i wybiegł z pomieszczenia, zamykając za sobą z hukiem drzwi.  Kaoru jęknął boleśnie i otworzył teatralnie ręce w stronę sufitu.
        - Czymże zawiniłem, w udręce me rozdarte serce! – krzyknął, po czym nie bezceremonialnie przystąpił do zmywania zaschniętego ketchupu ze ścian.

***

           Mia krążył zdenerwowany wokół stolika kawowego, patrząc na zawartość słoika podpisanego (gotycką czcionką) „Przecier Pomidorowy”. Tsuzuku leżał rozwalony na kanapie i przeglądał jakieś czasopismo pornograficzne.
           - Możesz przestać się kręcić? – mruknął pod nosem.
           - Nie. Nie mogę. Ktoś usiłował mnie zabić.
           - Nie przesadzasz? Sałata w twoim przecierze pomidorowym to jeszcze nie morderstwo… - stwierdził wokalista, nawet nie patrząc na blondyna. Przewrócił kolejną stronę, po czym pewna noga z niesamowitą siłą wykopała mu magazyn z ręki. Była to oczywiście noga należąca do Mii.
          - Ja wiem, że ktoś usiłuje mnie zabić! Rozumiesz? Mogłem umrzeć! Mam alergię!
          - Tja. I byłby spokój. Podasz mi gazetkę?
Mia zawarczał tylko i kontynuował zataczanie kół wokół stolika. Wtem do domu wrócił Koichi.
           - Mia, zmieniłeś upodobania? – uśmiechnął się basista.
           - Co masz na myśli? – Mia zatrzymał się i popatrzył na niego ze zdziwieniem.
           - Zasadziłeś w ogródku sałatę. Dużo tego nawet…
           - CO?
           - Stwierdzam fak… - różowowłosy urwał, gdyż blondyn wybiegł na balkon z prędkością Formuły 1. Chwilę później rozległ się krzyk przechodzący w ryk zdenerwowania.
           - Co mu? – zapytał Koichi, przysiadając na oparciu sofy.
           - Myśli że go ktoś chce zabić sałatą.
           - A. To wiele wyjaśnia. – mruknął pod nosem, otrzymawszy odpowiedź.

            W tym samym czasie, w apartamencie obok rozbrzmiewała kłótnia o to, kto wsadził sałatę do akwarium w pokoju Karyu. Najwyższy oskarżał wszystkich, łącznie z sąsiadami, z którymi zaplanowali niedawno akcję, mającą pozwolić odebrać telewizory obydwu zespołom.
          - Rozumiecie, gołębie, że ryby nie jedzą sałaty ani resztek z obiadu? – Karyu zwrócił się do Hizumiego – Nie jedzą też kotów i dewocjonaliów. A ty, Tsukasa… - brunet spojrzał się na gitarzystę niewinnie. – Śmierdzisz. Idź się umyć. – dodał. Perkusista wywrócił oczami i poszedł do łazienki.
         - A czy ty, do ciężkiej cholery, rozumiesz, że nikt w tym mieszkaniu nie dotykał twojego akwarium ani twoich ryb? – warknął Hizumi znudzony nieco kolejną gadką gitarzysty. Wtem ktoś sypnął garścią metalowych wkrętów w okno. Karyu podskoczył i podbiegł do okna. Nie udało mu się nic zobaczyć, prócz główki sałaty turlającej się niewinnie po chodniku. Zdenerwował się już nie na żarty.
        - Może mi ktoś powiedzieć co tu się dzieje?! – skierował wzrok ku górze.
        - Ja nie wiem. Nie mam pojęcia. – Hizumi rozłożył ręce. Moment później podskoczył wystraszony, gdyż Tsukasa złapał go za ramię.
        - W ogóle… Zauważyliście że Zero nie wrócił od wczoraj? – zapytał grobowym tonem.
        - Pewnie siedzi u psiej fryzjerki, nie wiecie że ona mu lubi dawać ciastka? – westchnął Karyu, siadając bez siły na kanapie. Fakt faktem, alibi Zero było dobre, jednakże niepewne. Mógł on rzucać żelastwem w szyby, ale bardziej prawdopodobne było to, że zajada psie ciasteczka od w połowie ślepej psiej stylistki. Nikt nic nie wiedział.

         Nikt nic nie wie. I nie będzie wiedział.

         Tak przynajmniej zakładał Kaya, idąc z wiadrem śrubek i torebką pełną sałaty przez zatłoczone miasto.

         Wtem w SPA rozdzwoniły się telefony. Hizaki prowadził bowiem parę innych działalności pod ladą o których wiedział tylko on i osobistości pozbawione umiejętności mówienia pokroju na przykład samej Antoinette. Po odebraniu zgłoszenia jasnowłosy wstał, przebrał się w robocze ubranie w postaci niemieckiego munduru, schował przeklęty już wielokrotnie przez Kamijo pistolet na kulki do kabury i poszedł obudzić resztę. Otworzył kopniakiem schowek na szczotki i ujrzał  Teru śpiącego na Yukim, który spał na Kamijo, który spał na Masashim, który prawdopodobnie spał na swoim kocie. Cztery pary oczu wpatrywały się w niego z przerażeniem.
         - Myśleliście że nie wiem? Nikt normalny nie idzie w cztery osoby po szczotkę. Wstawać. Mamy fuchę.
Kamijo wywrócił oczami i ziewnął. Teru przetoczył się i zaczął przysypiać, Yuki beknął i próbował spać dalej, a Masashi odgrzebywał spod siebie prawdopodobnie już szczątki Piisuke. Długowłosy warknął pod nosem i wyciągnął broń z kabury. Wycelował, przeładował i wystrzelił. Wszyscy posłusznie zerwali się do pozycji stojącej, tylko kot był w niesamowicie przyziemnym humorze.  – A więc, Watsonie… - gitarzysta pogładził Kamijo lufą po policzku. Ten przełknął ślinę dobrze wiedząc że w tym języku Watson oznacza nic innego, jak mięso armatnie.
         - Tak… Sherlocku? – bąknął, co było błędem, gdyż blondyn nadepnął go z całej siły.
         - Nie mów tak do mnie, złomie. – prychnął. Odsunął się od upatrzonej ofiary, której skrycie zazdrościł pozycji lidera. – Mamy zadanie. W okolicy grasuje przestępca zasypujący swoje ofiary metalem i sałatą.
Masashi parsknął śmiechem. Hizaki z prędkością światła stanął na palcach przed nim.
          - Bawi cię to? – zapytał upiornym głosem.
Od tego momentu mógł liczyć na całkowitą ciszę.
          - Naszym zadaniem jest uchwycić przestępcę. Żywego lub martwego.

 Niespełna godzinę później Hizaki prowadził swój oddział ulicami miasta. Pierwszym, co rzuciło mu się w oczy była Samara Morgan biegająca po ulicy z dwoma telewizorami pod pachami.
         - Padnij! – krzyknął i gwałtownie obniżył pozycję. Kamijo, Yuki, Teru i Masashi stali za nim niewzruszeni i obserwowali jak księżniczka czołga się po asfalcie ku ofierze. Kiedy był w odległości kilku metrów podniósł się i wycelował w Samarę. – Poddaj się! – wrzasnął. Stworzenie krzyknęło i podniosło ręce do góry, z rumorem upuszczając telewizory ma chodnik.
        - Meto chcieć oddać, Hizaki udupić Meto. – mruknęła Samara i uciekła w krzaki. Hizaki machnął ręką i przeszedł po brutalnie zamordowanym sprzęcie. Około pięciuset metrów dalej spotkał na swojej drodze niecodziennie wystrojoną osobę. Miała na sobie czarną lolicią sukienkę, wymalowane oczy i usta, misternie upięte włosy przyozdobione gigantycznym, czarnym kwiatem. W dłoni trzymała torbę z logo Biedronki i czarne wiadro, a na stopach miała kultowe, firmowe klapki Kuboty w zestawieniu z czarnymi skarpetami, by nie gryzły się z sukienką.
          - Hizaki?! – ucieszyła się postać.
          - Kaya?! – rozpromienił się Hizaki.
          - Nie mów na mnie Kaya. Zmieniłem pseudonim.
          - A jakiego używasz teraz?
          - Zielony Wkrętas. – oświadczył z dumą brunet. Reszta załogi Hizakiego dołączyła do niego i stanęła za nim, wpatrując się w rozmówcę o nietypowym przezwisku.
          - Skaryfikacja twarzy! – zakrzyknął radośnie Teru. Widząc, że zgromadzeni nie za bardzo wiedzą o co chodzi, przystąpił do tłumaczenia. – Nie słuchacie Gangu Albanii? Kamijo, przecież śpiewałeś ostatnio pod prysznicem ich numer!
Wokalista spąsowiał i pokręcił głową.
          - Nie, coś ci się popieprzyło…
          - Ja riba! ja riba! – zaczął Teru. - Wjeżdżam do Dubaju na dzikim ośle, którego se kupiłem w Albańskim Raju…
          - Gang z Albanii, wydziarane na siodle obok kieszonki pełnej towaru.
Prostytutki skaczą z dachu Burj Khalifa, krzycząc 'Królu złoty, zajebista płyta!'
Król Dubaju na kolanach płacze ze szczęścia, wszyscy robią mi zdjęcia,
gdzie jest ta kamerka?
Podjeżdża po mnie szejk Arabski, mój rodzony brat tylko z innej matki,
Jeden z moich braci z Albańskiej szajki podbiega i krzyczy 'NIECH ŻYJE KRÓL!'
Jeden z Beduinów chce mi dać wielbłąda, ja mu daję osiołka mówiąc 'Ech i ochhaa'
Delegacja do Dubaju tak to wygląda, jest tu Brudna Darianna i Borata siostra!
Wchodzę do hotelu który ma 9 gwiazdek, Alibaba i Borixon już tam są,
Nie wiem co tam robi ksiądz Natanek, pytam się go 'Ojcze czy walisz koks?' – dokończył Kamijo.
            - Wspomnienia z trasy koncertowej? – uśmiechnął się porozumiewawczo Masashi.
            - Się wie. – wokalista znacząco poruszył brwiami. – To jak, Ka.. Zielony Wkrętasie? Myślisz nad skaryfikacją?
             - Szczerze to nie…
             - Kaya-chan, nie słuchaj tych debili! – zapiszczał Hizaki. Zbliżył się do przyjaciela i szepnął mu coś na ucho. Brunet spojrzał na niego radośnie, także zapiszczał, po czym zrzucił Kuboty i radośnie pobiegł za Hizakim w stronę zachodzącego słońca, zostawiając przy tym reklamówkę, z której wysypała się sałata i wiadro, wypełnione na oko kilogramem gwoździ.
            - Znaleźliśmy przestępcę? – zapytał Yuki.
            - Chyba tak. – odparł Kamijo.
            - Wracamy, czy idziemy się nawalić do nieprzytomności? – Teru przekrzywił głowę, patrząc na sałatę.
            - Możesz powtórzyć? – zdziwił się Masashi.
            - Idziemy się nawalić.
Reszta potraktowała to jak rozkaz. Odwrócili się za siebie, poprawili fryzury i niczym Odlotowe Agentki ruszyli na podbój okolicznych barów. W stuprocentowym spełnieniu. Brak Hizakiego równa się bezpieczeńs… Prawdziwe laski! Kamijo miał już dosyć tych z niespodzianką pod spódnicą.
             - Teru? – zaczął wokalista.
             - Tak?
             - Zarzuć bita…
             - „ Jebać blachary, co się nie chcą jebać...”

__________

Stęskniłam się! Nie było mnie chyba najdłużej jak dotąd, za co przepraszam, bo obiecałam więcej. No i wyszło jak zwykle...
Zastój weny, brak czasu i internetu, takie czynniki.
I boję się wstawiać tą notkę XD

Teraz tak jak parę(może naście) wpisów temu proszę o pomoc.
Proszę o taki durny zlepek wyrazów. Coś jak...

kisiel, szczotka, łóżko, dywan, latanie

Zasady są proste. Żadnych imion, tylko rzeczowniki i czasowniki. To jakoś... No, to działa! 




   Plus zauważam u siebie objawy fetyszu spożywczego. Kaoru, Mia, Kaya... To zaraza. 
          

środa, 15 lipca 2015

Sabotaż (I)

      Dwa zespoły. Dwoje ludzi. I jedno łączące ich uczucie.
Brzmi jak zapowiedź plagiatu Romea i Julii. Tyle że uczuciem nie była miłość, o nie. Gdyby Zero poczuł coś do Meto, ten zapewne odgryzłby mu to i owo, poczym powiesił sobie nad kominkiem niczym myśliwi wieszający trofea wojenne.

         Mia rozsiadł się w fotelu i zabrał się za oglądanie telewizji. Ostatnio nie mógł się oderwać od programów pokroju „Wiem, co jem” oraz audycji Hardkorowego Koksa, gdyż twierdził że były niesamowicie motywujące. Meto obserwował go spod stołu. Nudziło mu się. Miał nadzieję, że odkąd zamieszkają wszyscy razem będzie trochę ciekawiej. Mylił się. Koichi zabraniał mu skakać po meblach i chodzić w durszlaku na głowie. Tak samo zabrał mu jego ulubiony tłuczek. Perkusista czuł się rozgoryczony faktem odebrania mu rodziny przez najlepszego przyjaciela. Różowowłosy trzymał wszystko w komodzie opatrzonej napisem „Nie dla Meto”. Tłuczek, durszlak, przepychaczkę i szczotkę do kibla. Ostatnim perkusista lubił sobie czasem umyć zęby, więc schowanie tego przedmiotu było raczej gestem troski ze strony basisty. Ale wróćmy do Meto.
Perkusista siedział skulony pod stołem i tęsknił za durszlakiem. Tsuzuku spał w pokoju praktykując swoje satanistyczne pozycje. Mia wpatrywał się w stary telewizor, a Koichi usiłował naprawić wentylator młotkiem i taśmą izolacyjną. Jak można się domyślić szło mu dosyć mozolnie. Po dosyć długim czasie siedzenia i wpatrywania się w szklany blat stołu Meto postanowił wyjść. Pogalopował na czworaka do swojego pokoju wyglądającego raczej jak skład szczotek, które perkusista testował na zębach i wykorzystywał do robienia peruk oraz jako symulator kochanki. Założył zrobioną swego czasu z folii aluminiowej spódnicę, żakiet z kapsli i koszulkę z worka na ziemniaki. Pod stertą szczotek i wiader znalazł dwa glanokalosze w niebieskie pająki. Wziął z szafy mopa i był gotowy do wyjścia. Taktyczny mop to przecież podstawa. Opuścił apartament z klasą, ciągnąc za sobą mop. Po drodze zatrzymał go jednak Koichi.
         - Ty chcesz tak wyjść? – zapytał z kpiącym uśmiechem na twarzy.
Meto w odpowiedzi podciął go kijem i zatrzasnął za sobą drzwi. Ruszył przed siebie, szukać nie wiadomo czego.

           Tym czasem w podobnych warunkach żył Zero. Żadnych małych przedmiotów na widoku, reszta domowników koniecznie w ciasno związanych włosach. Większość mebli spryskana sprejem odstraszającym zwierzęta, a podłoga myta wodą z dodatkiem cytronelli. Basista miał jedną niebezpieczną przywarę. Obgryzał i lizał wszystko co się da. To co się nie da też. Karyu, Hizumi i Tsukasa zdecydowali, że zamieszkają razem, by łatwiej było upilnować basistę, mieszkanie oraz wzajemne bezpieczeństwo. I udało im się to całkiem nieźle. Zero od pewnego czasu gryzł tylko kalosze kupowane specjalnie z myślą o nim w sklepach z chińską tandetą za grosze. Do pewnego momentu, w którym odkrył dobry kawałek ściany. Właśnie zajmował się obgryzaniem jej i myśleniem o tym, jak bardzo jego życie jest złe i niesprawiedliwe, że musi zajmować zęby tą niesmaczną gumą, a przysmaki pokroju gipsu zostały mu odebrane przez Karyu z jego sprejem o smaku surowego karpia. W całym domu śmierdziało rybą i Tsukasą. Tsukasą, ponieważ perkusista był typem niezdolnym do wszechstronnego korzystania z łazienki. Do kąpieli namawiał go Hizumi. Kijem hokejowym. Mimo to, jeśli Tsukasa był w pobliżu nie dało się o tym nie wiedzieć.
        - SPACER! – krzyknął Zero, odgryzając kawałek różowego kalosza.
        - I tak nie poruchasz! – krzyknął z łazienki Tsukasa. Chwilę później słychać było uderzenie kijem w płytki.
        - Do wanny, chodząca szambiarko! – krzyczał Hizumi wymachując kijem i wiadrem.
Basista schował dziecięcy bucik za pazuchę i opuścił apartament. Po drodze wpadł na sąsiada w żakiecie z kapsli.
        - Am, am. – zachwycił się Zero. Meto spojrzał się na niego i przyjął pozycję do walki mopem. – Laleczka być spokojnie!
Meto przeciął mopem powietrze i wydał z siebie gardłowy pomruk. Wiedział, że stosunki sąsiedzkie między Mejibray, a D’espairsRay nie wyglądały zbyt dobrze i starał się strzec swojej dumy.
        - Jak oni cię traktować? – zapytał Zero, odwracając się, by mieć pewność że drzwi są zamknięte. Meto przekrzywił głowę i usiadł na podłodze.
        - Meto nie skakać po meblach. Meto nie biegać tłuczek. Meto kochać tłuczek! Meto nie biegać durszlak. Meto nie dręczyć Tsuzuku… Meto mieć dość! – perkusista zgniatał w dłoni rąbek aluminiowej spódniczki. – Ty mieć podobnie? – spojrzał na niego smutno, niechlujnie wymalowanymi, a raczej wymazanymi oczami. Makijaż, mimo że był całkiem świeży, wyglądał na celowo rozmazany. Oprawa oczu Meto była całkowicie czarna, oczywiście odpowiednio roztarta. Dodatkowo doklejone sztuczne rzęsy o długości kilku centymetrów i usta sprawiające wrażenie, jakby malowała je pięcioletnia makijażystka próbująca raczej nakarmić bruneta pomadką niż je pomalować. Na uwagę zasługiwały również trzy, tapirowane kiteczki na głowie perkusisty. Tak, trzy. Na czubku głowy i po obydwu bokach. Romantyczna fryzura, jak by nie patrzeć. Dawała mu look w stylu „Gnijącej panny młodej”.
           - Tak! Nie obgryzać, nie lizać! Mieć dooooosyć! – Zero otrzepał się, opadając na podłogę naprzeciwko Meto. – Zero chce zemsty… - syknął sam do siebie.
           - Meto chce pomóc Zero, jak on pomoże Meto. – odpowiedział mu perkusista, wplatając palce w mop.
           - Chodź! – Zero pociągnął go za kiteczkę i pobiegł po schodach. Zaprowadził nowego znajomego kilka pięter niżej, do jakiegoś ślepego zaułka. Posadził go na podłodze.
           - A więc… - zaczął.

Kilkanaście minut później, apartament Mejibray.
       Blondyn wpatrywał się w ekran, na którym prowadząca program rozpływała się na temat tego, jakie płatki zbożowe najlepiej kupować i które są najzdrowsze. Nagle coś wydało z siebie pstrykający dźwięk, a telewizor zatrzeszczał. Staromodne pudło poruszyło się.
 
         - Meto, zostaw ten telewizor... - westchnął gitarzysta. 

         - Meto wyszedł z domu. - oświadczył Koichi, dosiadając się do przyjaciela. - A co chciałeś? 

        - To w takim razie co rusza telewizorem...?
 
        - Tsuzuku, zostaw to... - mruknął Koichi z rezygnacją w głosie. 

        - Co? - wokalista wyjrzał z kuchni brudny od mąki. Nagle coś huknęło i wysiadł prąd w całym apartamencie. Wszechobecna cisza opanowała pomieszczenie. 

       - COŚ RUSZA TELEWIZOREM! - zapiszczał Mia. 

       - Cię robił. - odparł Tsuzuku, klepiąc wałek. 

       - Masz na ryju. - dołączył się Koichi. Chwilę później parsknęli śmiechem przez własny idiotyzm. 

       - Tja... Nic nie rusza. - uspokoił się gitarzysta. Zaraz potem telewizor zadrżał, a na jego ekranie włączył się film. Studnia, a ze studni wyczołgiwała się kobieta. Szła w stronę ekranu, szła, szła, aż ekran zgasł. Słychać było jakby coś spadło z telewizora na podłogę, ale dźwięk zagłuszył drący się Mia.  Ekran zaczął śnieżyć, oświetlając postać w białym prześcieradle z czarnymi włosami osłaniającymi twarz idącą w stronę kanapy. Tsuzuku rzucił wałkiem, na co postać zaczęła krzyczeć. Nagle telewizor zgasł. Kiedy prąd powrócił, rzeczona Samara Morgan właśnie wynosiła z apartamentu telewizor. 

        - Złodzieje! - krzyknął Koichi. Tsuzuku rzucił wałkiem w kobietę, ale już jej nie było. Wróciła się po przedłużacz, odrzuciła celnie wałek, trafiając wprost w czoło pierwotnego zamachowca i zatrzasnęła za sobą drzwi.
        - Nie mamy telewizora… - jęknął Mia.
        - I podpieprzyła nam go cyganka, która wyszła z telewizora w prześcieradle. – dodał Koichi.
        - Ale upiekłem ciasto.  – Tsuzuku wzruszył ramionami.
        - Chodźmy się nażreć. – Mia machnął ręką, odrzucając na tę chwilę wszystkie diety i ćwiczenia.

         Meto zbiegł z telewizorem do tymczasowej bazy. Odgarnął włosy do tyłu i wyplątał się z prześcieradła. Przybił z Zero piątkę. Podniósł telewizor do góry i wykonał taniec radości.
         - Po co telewizor? – zapytał Zero, przejmując urządzenie. Meto prychnął.
         - Okup. Tłuczek. – bąknął perkusista. Wyższy pokiwał z poszanowaniem głową. – Meto mieć pomysł na twoje ludzie.

Godzinę później, apartament D’espairsRay.
       - Tsukasa, gnoju śmierdzący! – wrzasnął Hizumi zdenerwowany.
       - Umyłem się. Czego chcesz?
       - Właśnie w tym rzecz! Teraz śmierdzi cała łazienka! – wokalista złapał się za głowę i zaczął nerwowo ciągnąć się za ciemne włosy. Perkusista aż zanurkował w swojej pasze.
       - Kłamiesz. Nie śmierdzi.
       - Ty po prostu już się uodporniłeś… - jęknął brunet cierpiętniczo. Zapadła cisza. Nie na długo.
        - Ale powąchaj sam! Nie śmierdzi! – Hizumi wywrócił oczami.
        - Daj spokój. Śmierdzisz jak dupa rumuńskiego menela i koniec! – wykrzyczał i zbliżył nos do pachy współlokatora. – O Anielko… Nie śmierdzisz! – przybliżył się ponownie.
        - A może to ty! – podniósł głos Tsukasa i powąchał pachę wokalisty. – Jednak nie.
        - Co tu się… - zdziwił się Karyu, stojący w drzwiach z bezgłowym pstrągiem w dłoni. Patrzył uważnie na kolegów wąchających sobie pachy. Ci podbiegli do niego i obwąchali także jego. Gitarzysta wyrwał się i chlasnął brunetów rybą po twarzach.
        - On śmierdzi. – skrzywił się Tsukasa.
        - Ale rybą. Nie tobą. W łazience wali tobą.
        - Może mi któryś powiedzieć, o co wam do cholery chodzi? – zbulwersował się Karyu i odłożył ryby na blat w kuchni.
          - W łazience się coś wydarzyło. Chodźcie.
Hizumi poszedł w stronę owianego smrodem gnijącego brudu miejsca, a za nim pozostali. Od wejścia uderzył ich obrzydliwy odór. Weszli do środka z zakrytymi nosami i ustami. Wokalista zapalił światło, a w oczy rzuciła mu się pełna czarnej, brudnej wody wanna. Zadrżał. Powoli, najwolniej jak umiał kroczył w stronę prawdopodobnie źródła smrodu. Przez myśli przebiegały mu obrazy ze wszystkich horrorów jakie w życiu oglądał. Spekulował co do dalszych wydarzeń i dawało to przewidywane efekty. W połowie drogi dzielącej drzwi wejściowe i wannę był już do tego stopnia rozdygotany, że Karyu wolał go wyręczyć. Przepchnął wokalistę z całej siły i podszedł do wanny. Hizumi jednak dopadł go i szarpnął do tyłu.
          - Won, ryby głosu nie mają.
Kontynuował dramatyczną wędrówkę. Pochylił się nad wanną, przyglądając się konsystencji cieczy, jaka ją wypełniała. Zdawało mu się, że przez chwilę błysnął mu w niej zarys jakiejś sylwetki. Zmrużył oczy i przyjrzał się jej. Pochylił się niżej. Wtem jasne ręce wyłoniły się z wody i wciągnęły głowę mężczyzny pod powierzchnię. Tsukasa zaczął piszczeć i podskakiwać z przerażenia. Karyu wywrócił oczami i pociągnął za słomkę do napojów wystającą w pewnym miejscu z wody. Chwilę później wyłonił się z niej człowiek. Umazany szlamem i jakąś inną kleistą substancją. Uderzył Karyu w twarz i wybiegł w popłochu z mieszkania, po drodze zabierając telewizor.
          - Pierdolone cygany! – warknął gitarzysta. Wybiegł przed mieszkanie, ale było już za późno. W tym samym czasie na wycieraczce naprzeciwko stał Mia.
          - Znajdę cię i zabiorę ci ten telewizor. Słyszysz?! – krzyczał blondyn, popijając z kieliszka sok pomidorowy zmieszany z wódką.
          - Chwila… Wam też ukradli? – zwrócił się Karyu do jednego ze znienawidzonych sąsiadów.
          - Też? Też był u was jakiś psychol i zarąbał wam telewizor?
          - Tak! I bawił się w rekonstrukcje horrorów.
          - Zemsta będzie słodka. Co powiecie na małą kooperację? – uśmiechnął się gitarzysta D’espairsRay do kolegi z Mejibray.
           - Brzmi nieźle. – blondyn odwzajemnił uśmiech.

__________________________
Przybywam z dwustrzałowcem, jej!

W sumie to nie mam nic do powiedzenia, prócz tego że bardzo miło czyta się komentarze. Zachęcam do przejrzenia dotychczasowych obywateli Psychiatryka.



Jak by kto chciał, to w sekcji "Dział Reklamacji" pod Tablicą informacyjną jest link do mojego profilu na fb. Chętnie poznam nowych ludzi, zapraszam do zapraszania ^-^ 



                                                                   No, z niektórymi chętnie pojadę na obóz :D